b_180_135_16777215_00_images_relacje_kazimierz2005_kazimierz.jpgWszystko zaczęło się, gdy Darek nieopatrznie wspomniał, że jego szwagier jest księdzem na parafii pod Kazimierzem Dolnym i ma wolne pomieszczenia, w których chętnie przenocuje rowerzystów, gdyż sam też trochę jeździ. Zanim Darek pomyślał, czy dobrze zrobił, Trzmiel ogłosił wszem i wobec, że jedziemy :-) Co prawda jeszcze nie było wiadomo, gdzie to dokładnie, ani kiedy byłoby to możliwe, ale "jedziemy" :-)

Wszystko zaczęło się, gdy Darek nieopatrznie wspomniał, że jego szwagier jest księdzem na parafii pod Kazimierzem Dolnym i ma wolne pomieszczenia, w których chętnie przenocuje rowerzystów, gdyż sam też trochę jeździ. Zanim Darek pomyślał, czy dobrze zrobił, Trzmiel ogłosił wszem i wobec, że jedziemy :-) Co prawda jeszcze nie było wiadomo, gdzie to dokładnie, ani kiedy byłoby to możliwe, ale "jedziemy" :-) 

Ekipa szybko się ustaliła. Chętnych na wypad było wielu, zaś ostatecznie się zdecydowali: Trzmiel, Zapał, Darek, Misiek, Michał Komoń, Milena, Browar oraz państwo Krasuscy - Mirek i Małgorzata. No cóż, znany nam doskonale bus księdza Marka więcej pomieścić nie mógł. Spotkaliśmy się wieczorem w czwartek 10 listopada przy garażu Darka. Standardowo musieliśmy poczekać na Trzmiela, ale kiedy wreszcie do nas dotarł, pospiesznie zapakowaliśmy graty na przyczepę i do busa. Około 22. wyjechaliśmy z Siedlec kierując się na Radzyń. Tam odbiliśmy w celu odebrania pierogów w pokaźnej ilości od Darka teściowej. Potem bez żadnych problemów kontynuowaliśmy jazdę, by około 1. w nocy znaleźć się w Piotrawinie - wsi, która miała nas gościć przez weekend. Mimo późnej pory zostaliśmy przywitani przez Darka szwagra, który otworzył nam pomieszczenia na starej plebanii. Przyczepa została szybko rozładowana, więc mogliśmy się w końcu położyć spać. I tu przeżyliśmy pierwszy szok - w pomieszczeniach było okropnie zimno ze względu na długi czas ich nieużytkowania oraz niską temperaturę na zewnątrz. Nie mieliśmy czasu, ani też nie była to pora na zbytnie kombinowanie. Każdy więc wygrzebał ze swojego bagażu, co miał najcieplejszego i tak otuleni w ciuchy i śpiwory próbowaliśmy około 2 w nocy zasnąć. Zadanie było trudne, ale w końcu się udało ;-)

Pobudka została zarządzona na 7 rano, jednak wszyscy się pozrywali jeszcze przed tą godziną. Na śniadanie przewidziane zostało spaghetti, co spowodowało, że jeszcze długo nic nie robiliśmy w oczekiwaniu na zagotowanie się wody. Zimno dokuczało coraz mniej. Około godziny 9, posileni pokaźną ilością makaronu z sosem, dosiedliśmy naszych rowerów, by w towarzystwie naszego gospodarza udać się w stronę pobliskiego kamieniołomu, o którym Darek już nam wcześniej zdążył legend naopowiadać. A przez to tylko zaostrzył nam apetyty ;-) Po krótkiej przejażdżce znaleźliśmy się u stóp wysokiej wapiennej ściany, bo inaczej trudno to było nazwać. Gdzie niegdzie widać było ślady, po śmiałkach, którzy prawdopodobnie na rowerach zjeżdżali z samej góry. Dla nas to jednak byłoby chyba zbyt duże wyzwanie, chociaż jeszcze nie mówilismy nie :-)

b_150_100_16777215_00_images_relacje_kazimierz2005_kazimierz.jpg

Ze szczytu rozciągał się niczego sobie widok na Wisłę. U podnóża kamieniołomu usypane były z kamieni imiona. Nie wiem, czy to ku pamięci tych, co polegli próbując zjeżdżać, czy może po prostu na pamiatkę pobytu ;-) Tak czy siak na górze zabawiliśmy chwilkę. W międzyczasie Trzmiel spróbował swoich sił zjeżdżając w dół. Zakończyło się to dla niego ugrzęźnięciem w miękkim wapiennym podłożu i zaliczeniem dzwona :-) Dość powiedzieć, że ledwo mógł ustać na nogach z powodu stromizny, o wejściu z powrotem na górę nawet nie wspominając. Przy pomocy Michała wygramolił się on jednak na półkę, na której staliśmy. Wtedy dopiero wszyscy oceniliśmy straty: rozerwana bluza, przetarte spodnie, no i upierdzielony od opon, aż po mostek rower, o samym Trzmielu nie mówiąc :-) Całe szczęście sprzęt nie ucierpiał, tak rower, jak i wieziona w plecaku kamera oraz obiektyw na kasku. Zrobiliśmy sobie więc fotki, trochę się pokręciliśmy i ruszyliśmy na niebieski szlak w stronę Kazimierza. Dodam jeszcze, że w tym kamieniołomie Mirek zaczął zdradzać objawy cyklozy w stadium wybitnie zaawansowanym i mimo posiadania niezbyt odpowiedniego do tego sprzętu (trekking) zasuwał po kamieniach nie najgorzej, także w dół :-)

Droga do Kazimierza była długa. Początkowo jechaliśmy wałem, dokładnie tak, jak wskazywał szlak. Po drodze się trochę wygłupialiśmy, oczywiście nabijaliśmy się z Miśka (na tym wyjeździe poza rowerami, to była nasza ulubiona rozrywka ;-)) i tak przemierzaliśmy kolejne kilometry. Pogoda był świetna, jak na połowe listopada - brak wiatru, znośna temperatura i ogólnie było dość sucho. Ze względu jednak na krótkie dni zdecydowaliśmy się opuścić coraz bardziej monotonny szlak, by szosą jak najszybciej dotrzeć na miejsce i tym samym spędzić więcej czasu na tym, co tygrysy lubią najbardziej :-) I tak po drodze zaliczyliśmy długi i morderczy podjazd koło wsi Dobre, by po kilku kilometrach zacząć zjeżdżać w dół do Kazimierza. Nasza rozgrzewka to niecałe 40 kilometrów...

b_150_100_16777215_00_images_relacje_kazimierz2005_gleba.jpg

Na rynku w Kazimierzu postaliśmy chwilkę, pożywiliśmy się, Browar uzupełnił zapas wywaru chmielowego tak we krwi, jak i w plecaku ;-) i w końcu mogliśmy ruszyć przed siebie. Podzieleni na dwie grupy względem zainteresowań ustaliliśmy zbiórkę na godzinę 15, tak by jeszcze "za widnego" przebyć większość powrotnej trasy. Grupa HCMB (HardCore Musi Być) udała się niebieskim szlakiem ostro pod górę zamkową wypatrując po bokach jakichś wąwozów, czy zjazdów. Na szczycie masakrycznego brukowanego podjazdu znalazł się taki jeden. Rzuciliśmy się w dół po mokrych liściach, jednak radość nie trwałą zbyt długo, bo wyjechaliśmy w krzaki :-( Z buta więc uderzyliśmy z powrotem na górę, by po chwili namierzyć po lewej stronie jedną ze ścieżek dydaktycznych w wąwozie. Wyglądało to obiecująco, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo i po prostu ruszyliśmy na spotkanie przygody :-)

Ścieżka była piekielnie śliska. Na mokrej glinie, bądź miejscami kamieniach, leżała warstwa równie mokrych liści. Wszystko to powodowało, że serce biło na zakrętach znacznie mocniej niż zwykle, zaś przyczepność łapało się chyba także siłą woli ;-) Albo opon, albo woli zabrakło Michałowi, który zaliczył dzwona na jednym z zakrętów ;-) Otóż składając się do zakrętu, stracił panowanie nad przendim kołem, które "wiedziało lepiej", którędy jechać. Efektowny poślizg zakończony jeszcze akrobacją razem z rowerem wzbudził sporo radości tak u poszkodowanego, jak i u nas wszystkich - zaczynało się nieźle ;-) Nieco w dole poczekaliśmy na Michała oraz Browara i Miśka, którzy mu towarzyszyli od momentu upadku. Okazało się, że ta kraksa zakończyła żywot prawej manetki u Michała, a przynajmniej znacznie obniżyła jakość tego żywota. Połamany sprzęt nie puszczał linki, więc w zasadzie nie nadawał się do użycia. Całe szczęście, że górale są wyposażone w przednie przerzutki ;-) Po chwili przerwy lecieliśmy dalej przed siebie, niejednokrotnie na granicy przyczepności. Zjazd zakończył się tuż przy szosie na Puławy i przez te kilka minut zdążył nas naładować niezłą zajawką :-) 

Nasze poszukiwania przygód kontynuowaliśmy szosą. Już po chwili znaleźliśmy kolejną ścieżkę dydaktyczną, której niewątpliwą zaletą było, to że ktoś o nią zdbał i wszystkie liście były zamiecione. Pozostało nam tylko wdrapać się na samą górę. A okazało się to nie lada wyzwanie, bo jechanie tamtędy pod górę było sztuką, która się udała tylko Trzmielowi (a niech ma ;-), ja musiałem odpuścić już u stóp podjazdu ze względu na parszywie dokuczające lewe kolano :-( Parę minut nam się zeszło. Na samej górze daliśmy sobie czas na złapanie oddechu oraz zaplanowanie zjazdu. Postanowiliśmy, że ja pojadę pierwszy, za mną Trzmiel z kamerą, a potem reszta. Browar musiał wciągnąć trochę chmielu na odwagę, z czego po łyku odwagi obdzielił resztę ekipy ;-) No i zaczęło się... Rower momentalnie nabierał prędkości, zaś zakręty były ostre i mimo wszystko trochę śliskie. Gdzieś tak w połowie, Trzmiel wyleciał więc z drogi i musiałem chwilę na niego poczekać. Na samym dole zaś japy nam się śmiały same z siebie, jakby nam jakiegoś gazu rozweselającego dali ;-) 

b_150_100_16777215_00_images_relacje_kazimierz2005_kanal.jpg

Po krótkiej ponownej przejażdżce szosą namierzyliśmy niezły wąwozik. Ja z Miśkiem postanowiłem zostać na dole i robić zdjęcia, reszta zaś poleciała pod górę. Zjazd zapowiadał się efektownie, gdyż był cały poorany koleinami i przysypany liśćmi. Po pewnym czasie usłyszeliśmy z Miśkiem coraz głośniejszy dźwięk opon toczących się po liściach, co nam kazało zająć miejsca dla fotoreporterów i przygotować się do robienia fotek ;-) Pierwszy na horyzoncie pojawił się Michał. Długo mu jednak nie było dane pozować do zdjęć, gdyż prędkość oraz śliskie podłoże sprawiły, że wpadł w koleinę, która poprowadziła go wprost na ścianę wąwozu. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem i całe szczęście, że aparat mój uchwycił najważniejsze momenty, bo chyba później nikt by nie uwierzył ;-) Dość powiedzieć, że na ścianie został wyryty przez kierownicę ślad dwumetrowej długości, zaś po ostatecznym upadku jeszcze przez jakiś czas unosiły się tumany kurzu :-) A w międzyczasie pojawił się z tyłu Trzmiel, któremu dane było zakończyć jazdę jeszcze wcześniej ;-) doskonale sobie znanym sposobem - pomimo dość szerokiego zjazdu w tamtym miejscu, nie ominął on głębokiej koleiny i zaliczył bardzo ładne OTB, po którym pierwsze wypowiedziane (a w zasadzie wykrzyczane) słowa to: "Browaaaar, stóóój!!!" ;-) A co ciekawe obie te kraksy zakończyły się jedyne przebitą guma Trzmiela, nie licząc totalnego upierdzielenia roweru Michała oraz obu jeźdzców. Wrażeń jednak było za mało, przynajmniej dla Trzmiela. Udał się on wraz z Browarem raz jeszcze pod górę i znów rzucili się w dół. Znaczy się, Trzmiel się rzucił, bo Browar raczej starał się nie narażać ;-) Tym razem Trzmiel skończył parę metrów wcześniej wbijając się w ścianę. Niezniechęcony, ruszył dalej, by prawie na samym dole znów przydzwonić w ścianę i drzewo ;-) Oczywiście wszystko to wzbudziło ogólną wesołość i serię złosliwych komentarzy ;-)

Dalsza nasza trasa przebiegała bez przygód. Po długim podjeździe znaleźliśmy się z powrotem na niebieskim szlaku i pojechaliśmy w bliżej nieokreślonym kierunku. Analiza mapy oraz spojrzenie na zegarek kazały nam jednak zawrócić i kierować się raczej w stronę Kazimierza. Plan był prosty, ale nie udało się go oczywiście wykonać ;-) Do Bochotnicy zjechaliśmy szlakiem i tyle go widzieliśmy. Pokręciliśmy się trochę i w końcu zdecydowaliśmy się wracać szosą tak, by zdążyć na rynek na godzinę 15. I tym sposobem spotkaliśmy się z turystycznym odłamem naszej ekipy, który jak się okazało, wcale gorszych przygód nie przeżył :-)

b_150_100_16777215_00_images_relacje_kazimierz2005_kazimierz.jpg

Otóż ekipa w składzie Darek, Milena, Małgośka i Mirek udali się na początku tak jak my - pod górę niebieskim szlakiem. Podjazd ten również dał im w kość, ale na pewno nie zniechęcił. Niebieskim szlakiem toczyli się oni dość długo, zjechali z niego w Bochotnicy, tak jak my. Wieść niesie, że Mirek szarżował jak mało kto - nie zważając na liście, błoto, zakręty czy prędkość na zjazdach. I to wszystko na trekingowym Scott'cie :-) Całe szczęście nic mu się nie stało, więc postanowili przejechać się jeszcze wzdłuż Wisły, by po pewnym czasie wjechać do okresowo napełnianego kanału, o tej porze suchego ;-) Wzbudzali oni niemałe zaintersowanie, szczególnie gdy w pobliżu rynku wydostawali się po drabinie z rowerami na plecach na "poziom zero", i to na oczach gości jednej z restauracji. Dobrze, że nikomu z wrażenia kość w gardle nie utknęła ;-) No a wkrótce potem spotkaliśmy się już razem na rynku.

Zaliczyliśmy jeszcze sklep, doładowaliśmy się i szosą wróciliśmy do Piotrawina. Rowerowy dzień zamknął się w stu kilometrach i niezliczonych wrażeniach, utrwalonych również na zdjęciach i filmie, który wkrótce Trzmiel z pewnością zmontuje. Na miejscu wciągnęliśmy resztki porannego makaronu oraz przygotowany przez pp. Krasuskich bigos, wraz z jakimś whiskaczem domowej roboty i grzanym winem. W międzyczasie pomieszczenia, gdzie spaliśmy się zdążyły nagrzać dzięki znalezionym przez nas świeczkom oraz dostarczonemu przez księdza piecykowi. Wieczór zakończył się dość późno na przedłużającej się debacie na temat zaplatania kół i dyskusji, czy szprycha ciągnąca powinna być na zewnątrz kołnierza, czy może jest to miejsce dla szprychy nacierającej. Temat pozostał nierozstrzygnięty, kiedy zanurzyliśmy się w śpiworach i odpłynęliśmy w krainę snów.

Sobota zaczęła się strasznie leniwie. Nikomu nie chciało się ruszać z ciepłych śpiworów. Ostatecznie jednak przed ósmą wszyscy byli na nogach i po zaliczeniu pierogów około 9. ruszyliśmy grupami w swoje strony. Tym razem Milena przeszła do grupy HCMB, która to pognała w kierunku Karczmisk, by tam, zgodnie z tym, co odczytano z mapy, wyszumieć się na niezliczonych zjazdach w lesie ;-) Zaczęło się całkiem fajnie, bo gdy tylko zjechaliśmy z asfaltu, pomykaliśmy czarną żużlówką, która bardzo lubiła lądować na twarzach, szczególnie na twarzy Miśka, który zbierał wszystko, co moje Continentale wyrzuciły spod siebie ;-) Gdy już dotarliśmy do celu, uznaliśmy, że mapa w sklai 1:25000 to porażka dla rowerzysty, gdyż nie daje wyobrażenia o terenie. Szwędając się po lesie i poszukując jakichś ciekawszych miejsc zrobiliśmy ładnych parę kilometrów. W międzyczasie Browar się od nas odłączył, gdyż ciągle w wilgotnym piachu i błocie zasysał mu się łańcuch. My zaś się jeszcze pokręciliśmy trochę po okolicy, porobiliśmy fotki i o umówionym czasie spotkaliśmy się z Browarem w Karczmiskach obok "stadionu" tamtejszego klubu sportowego ;-) Wskoczyliśmy na szosę i nie spiesząc się za bardzo (mieliśmy dobry czas), ruszyliśmy w stronę Piotrawina. Po drodze zatrzymaliśmy się na pizzę w Opolu Lubelskim (a propos - strasznie ciężko tam znaleźć jakąś restaurację) i dokładnie o 14 byliśmy z powrotem na plebanii, gdzie czekała na nas już ekipa "turystyczna".

Dlaczego teraz "turystyczna", a nie turystyczna, jak dnia poprzedniego? Otóż Darek z Małgośką i Mirkiem mieli na swojej drodze więcej hardcoru niż my, a wcale go nie szukali - i gdzie tu sprawiedliwość? ;-) Zaliczyli oni szlak niebieski na południe od Piotrawina. Wedle opowieści, błoto latało seriami, Mirek zaliczał co chwilę dzwony, a zjazdy mieli całkiem przyjemne. Co prawda zrobili jedynie 40km, ale byli chyba bardziej zadowoleni niż my, którzy się trochę rozczarowaliśmy tego dnia.

Około 15:30 byliśmy już spakowani i wyruszyliśmy z powrotem do Siedlec tak, by Małgośka zdążyła do pracy na 19. a my na spotkanie połączone z projekcją filmu z rajdu wakacyjnego. Wyjazd jednogłośnie uznaliśmy za udany, już planujemy wypad w prawdziwe góry, a Mirek kombinuje skąd wziąć kasę na dwa górale, coby mógł z żoną pośmigać bez obaw na trudniejszych szlakach. :-)

Joomla SEF URLs by Artio