Wszystko zaczęło się gdy Grzesiek wspomniał na forum o wyjeździe do Istebnej na finał BikeMaratonu. Trasa miała być trudna - została określona jako "kwintesencja kolarstwa górskiego", więc od razu pomyślałam, że to nie dla mnie. Jednak namowy Grześka nie miały końca i wreszcie pewnego poranka pomyślałam, że co tam, trzeba spróbować - w końcu do odważnych świat należy ;) Jedynym celem, który sobie stawiałam to nie zabić się na zjazdach i dojechać do końca na dystansie mega - na nic więcej nie liczyłam, w końcu to miał być mój pierwszy raz i nie chciałam, żeby stał się ostatnim.

Mimo chęci niektórych leniwców, ostatecznie tylko ja i Grzesiek zdecydowaliśmy się na start. Dołączył do nas jeszcze kolega z Mrozów. W takim trzyosobowym składzie wyruszyliśmy w piątek do Istebnej. Po przyjeździe na miejsce ulokowaliśmy się w całkiem przyzwoitym hoteliku, który jak się później okazało został zdominowany przez uczestników maratonu. Pomieszczenie w piwnicy stało się jednym wielkim garażem dla rowerków. Po zostawieniu bagaży, ruszyliśmy jeszcze do biura - załatwić formalności. Adrenalina startowa zaczęła już powoli się wydzielać.

Start

Istebna, 16 września 2006

W dniu startu pozwoliliśmy sobie na trochę komfortu i poszliśmy na gotowe śniadanko, serowane w hotelowej stołówce. Oczywiście nie zabrakło na nim głownego składnika pokarmowego kolarza, czyli makaronu. Ogólnie jedzonko było wyśmienite. W pewnym momencie do stołówki wszedł Glider z Dzieciakiem - okazało się, że mieszkają w tym samym hoteliku, dwa pokoje dalej :) Po śniadaniu Glider z Grześkiem zaczęli się nawzajem nakręcać: "jedziemy na giga!". Grzesiek jednak nie był tego taki pewien, trochę dokuczały mu plecy :(

Ok. 9 ruszyliśmy na start. Trochę się jeszcze pokręciliśmy po okolicy, po czym stwierdziliśmy, że trzeba się wrócić po dowód osobisty, bo zapowiadana odprawa celna zamiast przy rejestracji w biurze, miała się odbyć tuż przed startem. W końcu zajęliśmy całkiem niezłe miejsce na starcie i oczekiwaliśmy na rozpoczęcie. W tym maratonie startowały również sławy kolarstwa górskiego: Gary Fisher oraz czołowi zawodnicy polskiego MTB.

W końcu o 11 maraton wystartował. Już od pierwszych metrów po przekroczeniu linii startu zaczynało się ładowanie pod górę przez ok. 10km. Początkowo trasa wiodła asfaltem, jednak nachylenie terenu sprawiało, że wcale nie było łatwo. Potem trasa przerodziła się w klasyczny górski podjazd, z kamieniami, korzeniami i wszelkiego tego typu niespodziankami. Po niecałej godzinie takiej 'rozgrzewki' można było zacząć podziwiać piękne widoki z góry, jednak nie długo, zaraz potem był zjazd.

Dalej trasa prowadziła już tylko pod górę, albo z góry. Nie brakowało podjazdów usłanych kamieniami i korzeniami, jak też czysto szosowych - to samo na zjazdach - były i szybkie zjazdy po szosie i niezbyt trudne szerokie szutrówki, jak też zjazdy usłane kamieniami, korzeniami i błotem. Często także trzeba było pokonywać górskie potoki - w jednym nawet udało mi się buty zamoczyć ;)

Pokonywaliśmy kolejne szczyty i przełęcze Beskidu Żywieckiego. Na 22 km była meta dystansu mini i bufet. Chwilowo przez myśl mi przeszło, żeby na tym dystansie skończyć, ale szybko zmysły wróciły na miejsce i ruszyłam dalej. A dalej kolejny podjazd na najwyższy szczyt maratonu - Gańczorkę (909 m. npm.) i kolejny dość trudny zjazd z zakrętem, na którym niewyrobienie się groziło lotem w dół po stromym stoku porośniętym drzewami. Jeszcze raz pod górkę, na której spotkałam się z miłym dopingiem ze strony ekipy Maruderów i grupki zakonnic, kiedy to wyprzedzałam facetów podprowadzających rowery :D Po zdobyciu szczytu następował dość trudny technicznie zjazdowy singletrack. W tym momencie stwierdziłam, że to przerasta moje umiejętności i zaczęłam sprowadzać rower, na szczęście nie był to długi kawałek. Pod koniec zjazdu, gdzie singletrack wpadał na szerszą szutrówkę, stała już karetka - zbierali tych, którzy przecenili swoje umiejętności. Potem następował dłuuugi łagodny zjazd, początkowo po niezbyt przyjemnym kruszcu, na którym wiele osób łapało gumy. Zjazd wydawał się nie mieć końca, ale cały czas miało się świadomość, że to jeszcze nie koniec.

Na końcu zjazdu był bufet, po którym następował krótki lecz stromy podjazd. Po drugiej stronie znajdowała już się granica ze Słowacją, przedtem jednak trzeba było pokonać bardzo strome zbocze, które sprawiało problem nawet podczas schodzenia z rowerem. Tam miła pani celniczka powitała nas słowackim 'dobrý deň'. Wraz z wjazdem na Słowację zaczęło się błoto, ale i niezwykła dzika przyroda.

Zdobywając kolejną górkę Valý można było podziwiać położone u jej zbocza słowackie zabudowania. Z Valý prowadził całkiem przyjemny zjazd, na którym wreszcie odważyłam się trochę popuścić klamki hamulca. Wylatywało się w okolicy torów i po przejechaniu kawalka wzdłuż nich robiło się nawrót w stronę Czech. Po drodze do przejechania był całkiem spory strumyk, w którym udało mi się zmoczyć buty ;) Wylatując z lasu przekraczało się granicę z Czechami. Nieduży podjazd i niewiadomo kiedy znowu było się w kraju.

Tu znowu ładowanie pod górę i szosowy zjazd, by znowu wrócić na teren Czech. Po przejechaniu kilku kilometrów po czeskich łąkach wracało się z powrotem do kraju tym razem przez normalne przejście graniczne. Na szczęście nikt nie sprawdzał dokumentów ;) Tam zaczynał się długi podjazd, który nie miał końca, mimo, że przejeżdżało się przez miejscowość Koniec ;) Okoliczne dzieciaki częstowały i polewały wodą styranych maratończyków. Podobno wcześniej nawet pewna kobieta częstowała kompotem, dla mnie już widać nie starczyło :( Do mety już było niedaleko, ale podjazd niemiłosiernie wydłużał te ostatnie kilometry. Na podjeździe porozmawiałam sobie chwilę z zawodnikiem ekipy SKOK Piast, jednak on w pewnym momencie stwierdził, że musi odpocząć i poczekać na kolegę. Pojechałam dalej sama odliczając kilometry do mety. W pewnym momencie wjeżdżało się na szosę, dalej pod górę.Chyba ten podjazd miał zniechęcić do jazdy na giga ;) W końcu pojawiły się znaki kierujące na metę. Niestety spóźniłam się o ponad 1,5h, żeby wjechać na giga, więc droga na metę była jedyną możliwą. W międzyczasie, nawet nie wiem kiedy dostałam dubla od Urbańczyka. Po pokonaniu malowniczej ścieżki w młodym lasku wylatywało się na znajomy mostek, teraz już metry dzieliły od mety.

Meta

Po przyjechaniu na metę nie czułam zbytniego zmęczenia, chciałam jechać dalej. Zastanawiałam się tylko czy Grzesiek jest jeszcze na trasie giga. Jednak on za chwilę do mnie podszedł i wtedy zapytałam, czy pojechał mega, czy już zdążył giga przejechać? ;) Oddałam chipa i pojechaliśmy na kwaterę zmyć z siebie błoto. Potem wróciliśmy na obiadek. Przejeżdżając zauważyliśmy Garego Fishera, który tym razem był otoczony mniejszą grupką ludzi niż przed startem. Postanowiliśmy udać się do niego po autograf oraz wspólną fotkę Garego z Leniwcami i zapoznanymi przez Grześka na Transcarpatii chłopakami z Lucky Losers - Bartkiem i Jurkiem. Duży entuzjazm wzbudziła całkiem liczna grupa Maruderów.

Istebna 2006Istebna 2006Istebna 2006Istebna 2006Istebna 2006

W końcu postanowiliśmy się posilić trochę mdłym makaronem. Po tym niezbyt udanym posiłku poszliśmy skosztować jeszcze czegoś z grilla i zupki chmielowej :). Grzesiek czekał jeszcze, aż wypalą płytki z Transcarpatii. W międzyczasie była prowadzona dekoracja zwycięzców. Gary Fisher zajął 4 miejsce w swojej kategorii i objechał nawet naszych chłopaków.

Ja nie pojechałam najlepiej, przejechanie tych 60 km zajęło mi 5 godzin, prawie 2 godz. więcej niż Ani Szafraniec. Wyszły braki w technice, zamiast nadrabiać na zjazdach pokonywałam je z prawie taką samą prędkoscią jak podjazdy, zdzierając tylko klocki hamulcowe. Zajęłam 17 miejsce w swojej kategorii i 30 w open kobiet. Grzesiek oczywiście pojechał lepiej - 210 w open mężczyzn i 52 w M3. Ilość uczestników przekroczyła 800 osób, w tym ok 40 kobiet.

W końcu zrobiło się ciemno i zimno, a dekoracja trwała wieki i płytek z Transcarpatii jak nie było tak nie było, więc postanowiliśmy wrócić do ciepłego pokoju. A nazajutrz, ze wspaniałymi wspomnieniami, wyruszylismy z powrotem do domu :)

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach