IMG_4947

Wystartowaliśmy o wschodzie słońca, wyjeżdżając z Siedlec o 5 rano. W leniwym składzie mieli wystartować Jasiek i Paweł na trasie ekstremalnej, ja na trasie rowerowej, a Krasnal chciał się sprawdzić w biegu na orientację na 10km. Paweł i Jasiek byli pełni obaw ze względu na swoje kontuzje, ale ubezpieczeni w środki przeciwbólowe zdecydowali się startować. Od świtu zapowiadała się piękna pogoda.

 

W Sadownem nie mieliśmy wiele czasu do startu trasy ekstremalnej, ale jakoś szybko się ogarnęliśmy i chłopaki ruszyli na start, a ja póki co w roli fotoreportera. Ekstremaliści na starcie zostali pożegnani odgłosem kuranta z wieży kościelnej. Pół godziny później wystartowali piechurzy i na miejscu startu nastała cisza. Po ich starcie miałam jeszcze 1,5 godziny na poobijanie się, więc nie przemęczając się zajęłam ławeczkę na skwerku. W międzyczasie nadjechał także Krasnal, który miał startować jeszcze później.

O godzinie 9 wreszcie przyszedł czas na rowerzystów. 10 minut przed startem otrzymaliśmy mapy. Początkowo nie mogłam skojarzyć jak dwie oddzielne karty połączyć ze sobą, dopiero gdy zauważyłam, że jedna z nich jest zorientowana jakoś ukośnie, udało się skompletować mapę i obrałam szybko wariant przejazdu, atakując najpierw na wschód. Punktualnie o 9 wystartowaliśmy, jakoś szybko zrobiło się pusto wokół mnie, czyżby większość wybrała inny wariant? Zmierzając na pierwszy obrany PK-D zaczęłam spotykać piechurów. Odnalezienie punktu nie sprawiło większego problemu, choć troszkę zagalopowałam się jadąc drogą i musiałam się wrócić. Na punkcie spotkałam kilku piechurów, pojawili się też nieliczni rowerzyści. Oczywiście w pobliżu punktu nie zabrakło podmokłego terenu i malin, na których jeden z rowerzystów złapał gumę.

Na kolejny punkt pojechałam za zawodnikiem z teamu Sony, który jak raz jechał moim tempem. Skręt za mostkiem i dalej przez łąkę do małego lasku. Jadąc usłyszałam jakiś brzdęk o oponę, uznałam, że to pewnie jakiś patyk podskoczył. Niedługo potem zorientowałam się, że nie mam kompasu, który był przywiązany do mapnika. Skojarzyłam ten brzdęk z upadającym kompasem i postanowiłam się wrócić, by go poszukać. Na szczęście znalazłam go tuż za mostkiem, bez kompasu dalsza nawigacja byłaby mocno utrudniona, więc lepiej było stracić te parenaście minut na poszukiwania.

W tył zwrot i dalej tą samą drogą do punktu, oczywiście teren podmokły, ale dało się jechać. W okolicy punktu moja babska intuicja mówiła mi, że to musi być gdzieś niedaleko, zatrzymałam się aby dokładniej przestudiować mapę, podjechałam kilka metrów dalej i zobaczyłam punkt PK-20.

IMG_4927W drodze na kolejny punkt zapomniałam, że mapa jest krzywo zorientowana i wyszło mi, że muszę kierować się na zachód. Wypatrzyłam pierwszą lepszą drogę kierującą się w tą stronę, ale gdy zauważyłam, że kieruję się wprost na tory, którymi właśnie przejeżdżał pociąg, szybko zorientowałam się o błędzie. Na szczęście ujechałam dopiero kilkadziesiąt metrów w złą stronę i zawróciłam na drogę prowadzącą do Kiełczewa. Tam przejazd przez tory i pora na PK-19. Droga oczywiście pływała - przepływał przez nią strumyk, jednak dało się jakoś przejść przez leżące kłody. Dojechałam do kawałka wypalonej ziemi i znowu babski instynkt mówił, że to tu, ale nic nie widziałam. Przedarłam się parę metrów przez krzaczory i zza drzewa zauważyłam wystający kawałek lampionu. Zaraz potem na punkcie dojechał kolejny zawodnik, który stwierdził, że jakoś dziwnie jeszcze suche buty mam ;)

Do PK-1 postanowiłam pojechać trochę dalej, ale szosą, bo przestraszyła mnie mnogość kanałów z wodą w opcji terenowej. I znowu się za bardzo rozpędziłam,  jadąc cały czas główną drogą skierowałam się zbytnio na południe, ale rzut oka na kompas szybko mi uświadomił, że nie tędy droga, znowu straciłam parę minut cofając się. Po zjechaniu w teren do PK prosto jak po sznurku, przez bardzo ładny las. Kolejny falstart mojej intuicji, wyciągnęłam dokładniejszą mapę, by przeczytać opis, czego szukać - "dół głęboki", rozglądam się więc za czymś wielkości wykopu pod dwukondygnacyjny schron (taki przynajmniej 8m głębokości), podjeżdżam kawałek, jest lampion, ale gdzie ten głęboki dół, w tle jedynie mały wykopany dołek ;) Najwyraźniej moja wyobraźnia przerosła rzeczywistość.

Do PK-2 skierowałam sie przecinką. Tym razem dół, ale płytki, nie sprawił większych problemów, bo nawet nie pamiętam jak go zaliczyłam. W drodze do PK-3 znowu często spotykałam piechurów. Początkowo usiłowałam znaleźć przecinkę, która prowadziła na wzgórze, gdzie krył się punkt, ale najwyraźniej zarosła krzaczorami. Skierowałam się więc na drogę na skraju lasu i stamtąd na przełaj lasem na punkt. Przynajmniej nie było krzaków i nawet dało się jechać.

Kolejny PK-4, było nieco trudniej, w lesie mnóstwo przecinek, a na mapie dużo mniej, trafić w odpowiednią to prawie ruletka. Ruszyłam jakąś w górę, jedynie po ukształtowaniu terenu można było się domyślić gdzie jestem. Prawie dobrze trafiłam, ale punkt leżał nieco na lewo od niej, tylko jak zwykle nie było go widać z tej odległości, więc pokrążyłam chwilę zanim trafiłam na punkt. Pomocni okazali się piechurzy, którzy właśnie stali przy punkcie i ich widok przyciągnął mnie w odpowiednie miejsce.

IMG_4933Kolejny PK-18 znajdował się na terenie obozu w Treblince. Zatrzymałam sie na małą sesję foto i stwierdziłam, że trzeba będzie tu wrócić, by zwiedzić to miejsce. Punkt był ukryty nieco na uboczu żwirowni - miejsca niewolniczej pracy więźniów obozu. Dojście do punktu nie należało to najłatwiejszych, najpierw ściana młodych iglaków, potem maliny, które czepiały się ubrania, a sam punkt oczywiście w wodzie. W drodze powrotnej musiałam omijać slalomem jakąś wycieczkę, która rozpełzła się po całym terenie, włażąc mi wręcz pod koła :[

Z Treblinki przez Maliszewę do PK5 i znowu zabawa w obieranie właściwej przecinki, znowu blisko, ale o jedną za blisko. Na punkcie jakiś chłopak zachwycił się marką mojego roweru, który ma naklejone w miejscu napisu XtC - NoFuckingName ;)

Do PK-13 niby prosta droga na południe, ale w którymś momencie pomyliły mi się kierunki i odbiłam zbytnio na wschód. Jednak każda droga prowadziła do Ugoszcza, tylko można było troszkę skrócić. Przy drodze prowadzącej do punktu znajdowała się kolonia mrówek - masa mrowisk w jednym miejscu. Starałam się znaleźć przecinkę, która prowadziła bliżej punktu, ale nie była przejezdna, więc pojechałam jedną wcześniej, po czym trzeba było odbić w odpowiednim miejscu. Punkt oczywiście na bagnie, nie szło dotrzeć tam suchą stopą, w dodatku do przekroczenia był głebszy kanał, który pokonałam po jakiejś spruchniałej kłodce, tylko czekałam, aż się pode mną załamie, ale wytrzymała. Punkt ten rozpoczynał serię bagiennych PK. Kolejny postanowiłam zaliczyć PK-12 - pod mostkiem, nawrót do Kozołupów. Całkiem ładna aleja tam prowadziła, w jednym z gospodarstw natomiast znajdowała się bardzo urokliwa pasieka. Korzystając z okazji, że znalazłam się na otwartym terenie, gdzie komary nie atakowały, postanowiłam zatrzymać się na posiłek. Komarów nie było, ale dopadły mnie chmary meszek i wraz nie udało się w spokoju zjeść bułki, przynajmniej nie marnowałam czasu na jedzenie ;) Od PK15 zaczęło się bagno. Początkowo próbowałam zaatakować punkt z drogi prowadzącej na Starą Wieś, ale szybko okazało się, że ta droga to już od ładnych kilkudziesięciu lat nie jest używana i totalnie zarosła krzakami, więc zawróciłam się by zaatakować od drugiej strony. Trochę za wcześnie zjechałam do lasu i zaczęłam się przedzierać przez las na azymut. Do przeskoczenia miałam sieć bardzo charakterystycznych kanałów, które pozwoliły mi się zorientować w aktualnym położeniu. W drodze na kolejny punkt zaczepiła mnie grupka tubylców, pytając się co my tu tak wszyscy błądzimy. Natomiast na pytanie gdzie ja teraz zmierzam, odpowiedziałam - "w kolejne bagno" ;) I wiele się nie pomyliłam, na PK16 bagno przerosło moje wyobrażenie, już nie wiedziałam którędy się przedzierać, żeby w nim nie utknąć. Dodatkowym utrudnieniem były sterczące badyle, które co chwilę właziły w szprychy oraz komary, które w momencie gdy użerałam się z zaklinowanym w badylach rowerem, żarły niesamowicie. Naszła mnie chwila zwątpienia, w którem miałam ochotę rzucić ten rower w bagno i uciekać stąd.

IMG_4954Po dojściu do oczekiwanego skraju polany zauważyłam na drzewie biało czerwony punkt, ale lampionu z perforatorem nie było. W momencie gdy zaczęłam obchodzić to drzewo w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu lampionu, zauważyłam, że znajduje się on nieco dalej, ciężki do zauważenia z tego miejsca. Po podbiciu karty pospiesznie ewakuowałam się z tego przeklętego miejsca na północ. Wreszcie dojechałam do jakiejś bardziej suchej drogi, która jednak szybko zaczęła zanikać w krzakach, więc zawróciłam, aby obrać tą jednak bardziej przejezdną. Całkiem ładnie biegła nasypem ponad bagnem, jednak w pewnym momencie urwała się wymyta przez spiętrzoną wodę, postanowiłam wykorzystać całkiem stabilne żeremia bobrowe jako mostek, tylko znowu badyle nie dały mi spokojnie roweru przenieść. Dalsza droga była naprawdę piękna - rząd starych świerków, bagna po bokach, a droga biegnąca nasypem. To musiał być w dawnych czasach jakiś poważny trakt. Po dojechaniu do PK-17 droga znowu się urwała w strumieniu spiętrzonym przez kaskadę żeremi. Nad strumieniem była na szczęście kładka, ale i to nie uchroniło od przeprawy przez bagno kawałek dalej. Przez te bagienne przeprawy czas zaczął się niemiłosiernie kurczyć i niestety plan zaliczenia wszystkich punktów trzeba było zweryfikować. Wybrałam te PK bliżej szosy, by w razie czego można było szybko dotrzeć do bazy. Początkowo miałam odpuścić PK-11, ale stwierdziłam, że nie jest daleko. Po dojechaniu do niego okazało się, że stoi wręcz na wodzie. Pierwszy atak przez wodę, ale dna nie było widać i woda zaczęła sięgać pampersa. W tym momencie zauważyłam lepszą drogę dojścia na punkt. Co ciekawe to bród okazał się głębszy niż samo koryto rzeki, przez które dalej się przeprawiłam. Przynajmniej rower się umył :)

Następny ogień poszedł na PK-6. Po drodze minęłam grupkę zawodników z trasy ekstremalnej na rowerach. Do PK6 znowu nieco z wcześnie odbiłam, ale nie tylko ja, na horyzoncie jeszcze dalej od punktu widziałam kolejnych zawodników. Do punktu przeszłam po łące skrajem lasu, ale wróciłam już właściwą przecinką, przy której ujrzałam cmentarzysko jakiś dużych kości (krowy albo jakiegoś jelenia).
Została już niewiele ponad godzina do limitu i ostatecznie postanowiłam jeszcze zaliczyć po drodze PK-8 i jak się uda to też OS. Z PK-8 nie było problemu i ostatecznie jeszcze został czas na OS, biegnący przez teren wydmowo-bagienny. Dwa punkty zaliczyłam bez problemu, mijając jeszcze po drodze jeden stowarzyszony, ale trzeciego nie znalazłam. Dopiero potem zauważyłam, że miałam tak złożoną mapę, że ominęłam końcowy etap OS-u, na którym pewnie znajdował się ten punkt.

Po zaliczeniu OS-u ogień do bazy, jechało się całkiem nieźle - mimo tych 12 godzin tyrania na szosie prędkość oscylowała koło 30km/h. Skręciłam w zamkniętą dla ruchu drogę, bo alternatywa prowadziła przez krajówkę, po której poruszanie się tym bardziej było zabronione. Droga okazała się trochę rozkopana, ale rowerem bez problemu dało się przejechać. 10 min przed końcem limitu zameldowałam się na mecie, za chwilę podszedł Paweł oznajmiając, że oni też dopiero co wrócili z trasy ekstremalnej. Tylko oni zaliczyli ją całą i mieli jeszcze 4 godziny zapasu do końca limitu. Tym samym zostali najlepszym zespołem trasy ekstremalnej.

Zaraz potem wyruszyliśmy do sklepu po zupkę chmielową, która zniknęła zanim doszliśmy z powrotem do bazy, gdzie czekał na nas całkiem dobry żurek. Za namową organizatorów postanowiliśmy poczekać na dekorację, jednak z trasy ekstremalnej nie było jeszcze kogo dekorować poza naszymi chłopakami, więc czekaliśmy na kolejne zespoły. W międzyczasie miała odbyć się dekoracja trasy rowerowej, na której jakimś cudem udało mi się wywalczyć 2 miejsce. Pobiegłam po aparat i w momencie, gdy wracałam na metę wbiegł drugi zespół z trasy ekstremalnej ze stratą ponad 2 godzin do naszych, a z karami to nawet 4. Trzeciego zespołu się nie doczekaliśmy, a że już Paweł zasypiał na podium (dosłownie), to organizatorzy zlitowali się i przeprowadzili dekorację tylko dwóch zespołów.
Podsumowując, impreza jak zwykle ciekawa i trudna. Buty począwszy od pierwszego punktu w wodzie nie miały okazji wyschnąć aż do końca zawodów. Miałam nadzieję, że tym razem uda sie zaliczyć całą trasę, jako, że limit był wydłużony do 12 godzin w stosunku do poprzedniej edycji, w której brałam udział, jednak trasa też była wydłużona i bardziej wymagająca. W sumie to nikomu nie udało się ukończyć jej w całości.
A na drugi dzień tylko zmieniłam rower i już byłam na kolejnych zawodach, tym razem czasówka na szosówce - tylko 18km i tylko 38 minut jazdy, ale z racji nieznajomości trasy też z mapą w kieszeni, tylko mapnika i kompasu do pełni szczęścia brakowało ;)

IMG_4963IMG_4967

Więcej zdjęć

 

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach