DyMnODzień zaczął się wcześnie - przed 5 rano. Nie zapowiadał się ciekawie, na dworzu było ponuro, a ciemne chmury nie wróżyły niczego dobrego. Do tego nienajlepsze samopoczucie od kilku dni :|. Już miałam na mysli, żeby w ogóle nie jechać na tą imprezę, ale w końcu 'trzeba być twardym a nie miętkim' ;)

Przed 6 ruszyliśmy z Kotunia razem z Grześkiem i Powerkiem. Po drodze wycieraczki miały co robić, na szczęście było ciepło. Na miejscu byliśmy przed 8. Grzesiek miał okazję wypróbować GPS, który prowadził nas do bazy. Na ulicę trafiliśmy bez problemu, tylko nikt nie pamiętał jaki numer ma szkoła, gdzie miała być baza. Próbowaliśmy zasięgnąć informacji wśród okolicznej ludności, jednak dwoje z zapytanych nie wiedziało w ogóle, że na tej ulicy jest jakaś szkoła . Dopiero grupka młodych ludzi nam wskazała, gdzie to dokładnie jest. W bazie przywitała nas miła pani, jednak nie było głównego organizatora i nie mogliśmy załatwić formalności. Poczekaliśmy trochę, po czym zdecydowaliśmy się jechać na start i tam się zarejestrować. Na starcie zaskoczyło nas niespodziewane spotkanie z Jurkiem Lekkim :)

I etap

Na pól godziny przed startem byliśmy gotowi, sprawnie załatwiliśmy formalności i pozostało oczekiwanie na strart. Jeszcze nie padało, ale ciemne chmury już czekały, żeby nas zmoczyć. Kilka minut przed startem zostały rozdane mapy. Start... i zaczyna padać . Pierwszych 6 punktów trzeba było zaliczyć w kolejności, reszta scorelauf. Na pierwszy punkt starałam się utrzymać za chłopakami, zginęli mi dopiero na przejeździe kolejowym w Chotomowie. Trafienie do pierwszego punktu nie było trudne - praktycznie jechało się tam gdzie wszyscy. Na drodze do drugiego punktu pojawiła się pierwsza przeszkoda - nagle na drodze, która prowadziła prosto do celu wyrosło ogrodzenie. Chwilę postałam nad mapą, żeby rozważyć jakiś sposób objazdu, ale nic rozsądnego nie mogłam wymyślić. W tym czasie w to samo miejsce dojechała grupka dziewczyn i wspólnymi siłami przerzuciłyśmy rowery i siebie przez ogrodzenie, kawałek dalej przez drugie i kontynuowałyśmy wspólnie jazdę do kolejnego punktu. Na drugim punkcie znowu spotkałam chłopaków. Po drodze do PK3 mijaliśmy pole golfowe w Rajszewie, na którym stał wielki baner SIEMENS, od razu pomyslałam o Trzmielu ;) Do PK 3 i 4 dalej jak po sznurku, czyli za ludźmi. Na wale grupka dziewczyn uciekła mi, już wtedy poczułam, że coś jest nie tak - traciłam zupełnie siły. Wszędzie było pełno wysokiej mokrej trawy, a jazda po wale skutecznie zasyfiła mi napęd i tarcze. Już nie tylko ja szwankowałam, rower też.

Kolejny punkt PK5 był umieszczony w ruinach bunkra. Bunkier znalazłam bez problemu, ale problemy zaczęły się kiedy mój instynkt bunkrołaźcy się odezwał i zamiast iść tam gdzie byli ludzie, musiałam zwiedzić wnętrze, a potem skierowałam się w miejsce, gdzie widziałam ludzi i tu zonk - żadnego punktu tam nie było. Wspiełam się na górę od północy - tak jak było w opisie (w szczelinie, najście od północy) przeszłam w te i z powrotem wzdłuż wielkiej rozpadliny, zajrzałam w każdą szczelinę, a tu ani śladu punktu. Chwilę potem przyjechał kolejny zawodnik, a za nim Jurek i kolejni zawodnicy. Razem szukaliśmy z każdej strony, aż któryś z chłopaków znalazł punkt - jak na złość znajdował się w najniższym punkcie, a ja szukałam od góry. Uciekło z 15 min :( . Kolejny punkt znajdował się na górce w forcie i znowu instynkt bunkrołaźcy nie dawał mi spokoju, ale się opanowałam. Miałam sobie zrobić tam przerwę na jedzonko, ale komary nie dały spokojnie ustać, więc trzeba było się czym prędzej ewakuować. Wtedy siły poważnie zaczęły mnie opuszczać i nawet już myślenie zaczynało sprawiać problem.

Kolejne punkty to scorelauf, ale kolejność nasuwała się sama. PK51 przy ruinach pałacu znaleziony bez problemu, ale dalej zaczął się hardcore. Punkty znajdowały się na łące, w całości porośniętej wysoką trawą. Na szczęście przede mną już trochę ludzi tamtędy przeszło wydeptująć ścieżki w trawie. Tylko tych ścieżek było tyle co ludzi i nieraz trzeba było dokonywać wyboru, którą iść - zazwyczaj tą najbardziej wydeptaną :D W taki sposób zaliczyłam te dwa punkty. Potem trzeba było skierować się na wał i tu pierwszy błąd - pojachałam sobie jakby nigdy nic czerwonym szlakiem, myśląc, że dojadę nim do wału. Dopiero, gdy kraczory odsłoniły mi widok na wał zauważyłam, że nie tędy droga. Przestawałam już wtedy myśleć i zaczął łapać mnie dól. Podczas podjazdu na wał łańcuch nie wytrzymał i rozpadł się. Sięgnęłam czym prędzej do plecaka, będąc pewna, że mam zapasową zapinkę, którą woziłam od jakiegoś czasu, a tu nic. Wyrzuciłam wszystko z plecaka na ziemię, śmieci różnych co niemiara, nawet łatki miałam, a zapinki brak. Skuwacza też nie miałam. Wtedy załamka sięgnęła szczytu, a deszcz ciągle nacinał. Kiedy się trochę pozbierałam wzięłam z gleby łańcuch i zauważyłam, że pękł niedaleko zapinki :) Nie pozostało mi nic innego, tylko wyrzuciłam krótszy kawałek i spiełam to co pozostało. Łańcuch skrócił się o dobre 10 cm, a że już wcześniej też był zerwany i wyrzuciłam z niego kilka ogniw, to teraz zrobił się już naprawdę krótki. Musiałam pamiętać, żeby tak operować przerzutkami, by nie urwać przerzutki.

Zaliczyłam jeszcze PK54 i wtedy popełniłam kolejny, tragiczny w skutkach błąd. Wyjeżdżając z powrotem na wał pojechałam w przeciwną stronę :/ . Sama już nie wiem jak, ale jakimś cudem znowu znalazłam się na czerwonym szlaku z widokiem na wał, więc po raz kolejny pojechałam tą samą drogą. Wtedy już podjęłam decyzję, że kończę po pierwszym etapie, zresztą limit nieubłaganie zmierzał do końca. Poleciałam jeszcze na PK 55, wybierając wariant przeprawienia się przez jeziorko po utworzonym z opon i gałęzi mostku. Jak zwykle na punkt doprowadziła mnie wydeptana ścieżka. Wracając z punktu spotkałam znowu tą samą grupkę dziewczyn, co wyprzedziła mnie na początku. Trochę się zdziwiłam, że przecież na tym kawałku tak błądziłam, użerałam się z łańcuchem, a wraz w jakiś sposób znalazły się za mną. Trochę mi to dodało wiary w siebie.

Poleciałam prosto na punkt przy jeziorze Klucz. Tam było też rozstawione stanowisko do zadania specjalnego na tresie ekstremalnej (kajaki). Podczas gdy perforowałam swoją kartę, podszedł do mnie ten miły pan co opowiadał o trasie na starcie i powiedział, żeby nie przejmować się limitem i jechać dalej. Ja wtedy już kompletnie byłam załamana i jakoś nie dopuszczałam do myśli możliwości dalszej jazdy na drugi etap. Powiedziałam, że już raczej daruję sobie dalszą jazdę, bo i nie wiedziałam czy łańcuch jeszcze pociągnie. Wtedy on, najwyraźniej próbując pocieszyć, powiedział, że kiedyś jeździł na 3 razy skracanym łańcuchu i było dobrze. Po tej rozmowie zaczęłam się zastanawiać, a może jednak pojechać dalej.

Bez większego problemu zaliczyłam PK57 i udałam sie na ostatni punkt tego etapu. Na przecinkę, na której on był, trafiłam bez problemu, wjechałam na górkę i wszystko wskazywało na to, że powinien tam być punkt. Obeszłam wszystko dookoła a punktu brak. Nie zastanawiając się dłużej pojechałam dalej. Tak, dalej była następna górka i był punkt. Potem już był tylko powrót wzdłuż torów do bazy. Oczywiście w samym Legionowie też musiałam się pogubić, bo coś mi się ubzdurało, że to musi odchodzić droga gruntowa, a wszędzie był asfalt. Ale w końcu dotarłam do mety, a tam jakby ktoś mnie zaprogramował - kiedy pani w bazie zapytała się czy jadę dalej na 30km, odruchowo odpowiedziałam, że jadę, choć przez połowę trasy zarzekałam się, że to już koniec. Na liczniku miałam już wtedy 60km...

II etap

Na przepaku nie traciłam ani chwili i ruszyłam w dalszą trasę. Ciągle nie opuszczała mnie myśl, żeby się wrócić i zakończyć tą zabawę, jednak jechałam dalej. Na PK1 postanowiłam kierować się wzdłuż torów. Niestety w pewnym momencie droga urywała się przechodząc przez ciemny minitunel pod torami. Dopiero gdy tam wjechałam usłyszałam, jak Złom toczy się po masie rozbitych szkieł... na szczęście opony wytrzymały. W okolicach PK zaczęłam rozglądać się za cmentarzem, na którym miał być umieszczony punkt, jednak nic takiego nie było widać. Dopiero gdy po prawej zauważyłam jeziorko wiedziałam, że punkt jest naprzeciw. Cmentarz okazał się być kilkoma zarośniętymi nagrobkami. Kolejny punkt znajdował się w okolicy Wieliszewa. W miejsce gdzie powinien być trafiłam bez problemu. Nawet znalazłam dziurę, w której powinien się znajdować, ale punktu nie było. Byłam pewna, że to jest to miejsce, więc obeszłam dziurę do okoła, by poszukać przynajmniej konfetti. Jednak wysoka trawa i krzaczory utrudniały sprawę. Kiedy krążąc po tej trawie i krzaczorach władowałam się piszczelą na wystający z ziemi pieniek :/, postanowiłam skończyć eksplorację i jechać dalej. Udałam się wałem wzdłuż Narwii. W okolicy PK3 odbiłam w pierwszą drogę za strumieniem. Droga zaczęła byc coraz bardziej zarośnięta, ale widziałam jeziorko i stwierdziłam, że jeśli będę kierować się wzdłuż brzegu to dojadę do punktu. Tylko jedno mi nie pasowało - jeziorko miałam mieć po lewej, a nie po prawej. Mimo to byłam przekonana, że punkt jest na końcu jeziora i czy z lewej, czy z prawej dojadę do niego to nie ma znaczenia. Dopiero gdy bliżej spojrzałam na mapę zobaczyłam, że jeziorko ma kształt litery V, a ja kieruję się właśnie na to wewnętrzne zagięcie. Zarządziłam odwrót i pojechałam drogą kawałek dalej - tym razem po prawej stronie jeziorka. Na końcu jeziorka zobaczyłam punkt... ale po drugiej stronie - trzeba było przeprawić się przez strumień, który raczej przypominał bagno. Próba wejścia do wody jakoś nie przekonała mnie do pokonania strumienia w ten sposób - dno było pokryte gnijącymi roślinami, a dna nie było widać. Postanowiłam przeprawić się po ułożonych z gałęzi żeremiach. Obawiałam się tylko o stabilność konstrukcji, ale była porządnie zrobiona i wytrzymała :) Szkoda, że nie wzięłam opisów punktów na starcie - tam było napisane, że kawałek dalej jest zwalone drzewo, po którym należało się przeprawić.

Na PK4 udało się trafić bez problemu - ale tam zastałam tylko rozsypane konfetti. Myślałam, że lampion z perforatorem wisi pod mostkiem, więc zeszłam na dól, ale tam też go nie było. Wejść z powrotem już nie było tak łatwo - ścianki rowu były wyłożone betonowymi płytami, po których spd-y się ślizgały jak po lodzie. Zaznaczyłam tylko na karcie, że perforatora brak i pojechałam na PK5. Początkowo rozważałam ominięcie tego punktu, ale jego prosta lokalizacja sprawiła, że udałam się tam. Miało być prosto, a wyjeżdżając ze Skrzeszewa poleciałam za bardzo na zachód. Kiedy zorientowałam się, że coś jest nie tak zauważyłam innego zawodnika, który skręcił w las - zrobiłam to samo. Najpierw były pokrzywy, potem skończyła się droga - początkowo chciałam polecieć na siagę za nim, ale uznałam, że wrócę do drogi, bo już kompletnie nie wiedziałam, gdzie jestem. Wróciłam, skręciłam gdzie trzeba i spotkałam dwoje zawodników - starszego pana i dziewczynę z tej damskiej ekipy, z którą co raz się spotykałam. Tylko gdzieś resztę towarzyszek zgubiła ;) Pojechałam razem z nimi na PK5.

Tym razem już bez problemu trafiliśmy na punkt. Podczas gdy pan zgrabnie nawigował, dziewczyny wdały się z babską rozmowę. W ten sposób dotarliśmy do PK6 - tu znowu brak perforatora, dobrze, że lampion był. Nie pozostało nic innego tylko kontynuować jazdę. Pozostał już tylko PK7 i pół godziny czasu. Dotarliśmy do góry, na której był punkt, tylko coś tu nie pasowało - góra była po lewej (a powinna być po prawej), a do tego oznaczenie na punkcie to "A". Ale punkt to punkt i poznaczyliśmy karty. Dopiero kawałek dalej zauważyliśmy prawidłowy punkt - tym razem wszystko się zgadzało.

Droga do mety to była już tylko gonitwa z czasem. Ostatecznie wpadliśmy 5 min przed końcem. Tam już chłopaki czekali na mnie. Na mecie wdałam się w rozmowę z miłą panią, która kiedyś uczyła się w Siedlcach i znała dobrze pana Bogdana Balę, a także Jaśka. Niedługo potem udaliśmy się w podróż powrotną, podczas której Grzesiek co chwilę dostawał sms-ami relację z meczu Polska-Azerbejdżan. Wyjeżdżając zwróciliśmy uwagę, że samochód Jurka jeszcze stał, a jego nie było na mecie. Grzesiek zadzwonił do niego i się dowiedział, że jest jeszcze na trasie i daje z buta, po tym jak rozerwała się opona.

Podsumowując - warunki nie były łatwe, trasa też nie prosta. Organizatorzy bardzo życzliwi, przez co atmosfera zawodów dużo zyskała. Impreza była bardzo ciekawa, ale jednocześnie był to najgorszy mój start - rower zawiódł, a także moja forma szwankowała. W sumie wyszło mi 108km na dwóch etapach. Chłopaki wykręcili ok 130km na trzech etapach. Rowery dostały nieźle w kość. Powerkowa obręcz dokonała żywota, Grzesiek zjechał klocki hamulcowe, mój łańcuch powędrował na złom, a napędy kwalifikują się do remontu generalnego.

Mapki z zaznaczonym moim przejazdem:
Etap I - 50km - AnnSEtap II - 30km - Anns

Mapki z zaznaczonymi przejazdami Grześka:
Etap I - 50km - GrzesiekEtap II - 30km - GrzesiekEtap III - 20km - Grzesiek

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach