Harpagan 26...a mówiłem, żeby włączyć akumulator do ładowania na noc!!! Jest godz. 9:45 w piątek 17 października 2003 roku i właśnie powinniśmy wyjeżdżać. Niestety z naszych planów nic nie wyszło, bo Ford, którego pożyczyliśmy od księdza Marka, nie zamierzał odpalić :-( Już nie będę pokazywał palcami, kto zawinił :-P

Ostatecznie wyruszyliśmy z Siedlec około godz. 11, po drodze zabraliśmy jeszcze jedną osobę z Warszawy i około godz. 14 byliśmy już (a może dopiero, bo w Warszawie wjechaliśmy nie tam, gdzie trzeba było...) na trasie gdańskiej. Około godz. 18 zrobiliśmy sobie "mini-lunch" w McDonaldzie w Grudziądzu i niecałą godzinę później byliśmy już w Bytonii, gdzie w miejscowej szkole znajdowała się baza Harpagana.

Rozejrzeliśmy się po całej bazie i w końcu znaleźliśmy Krasnala i Glidera, którzy razem z nami mieli pokonywać trasę rajdu. Dominik już od momentu przyjazdu rozpoczął przygotowania do startu, gdyż jako uczestnik trasy pieszej musiał być gotowy już o godz. 21. Jeszcze tylko rejestracja, odbiór koszulek, numerów i kart startowych i... teoretycznie można było pójść spać. Teoretycznie, gdyż przez całą noc obsługa rajdu balowała na wyższym piętrze budynku i nikt, ale to nikt z tej bandy nie domyślił się, że niektórzy tam obecni (jakieś 200 osób) o godz. 6:30 dnia następnego mieli wyruszyć w trasę liczącą około 200km. Zły byłem strasznie, nawet wielokrotnie budzony zwracałem uwagę hałasującym, ale na nic się to zdało :-| Wtedy pomyślałem, że mam to w d*** i że to mój pierwszy i ostatni Harpagan...

Po jakichś 5 godzinach snu obudziliśmy się o 5 rano. Na dzień dobry usłyszeliśmy od Glidera, że "trzeba to gówniane życie pchnąć do przodu". Jak zostało powiedziane, tak wzięliśmy się do roboty. Mycie, jedzonko, pakowanko - niby te półtorej godziny to dużo czasu, ale i tak ledwo się wyrobiliśmy. Zwarci i gotowi stanęliśmy przed szkołą, gdzie za kilka minut miał nastąpić start - dla nas ten pierwszy, czyli najważniejszy ;-)

Tuż przed startem w bazieKilka minut, a trwało to wieczność! Raz, że ciemno, jak wiadomo gdzie; dwa, że zimno - niektórzy uczestnicy przebąkiwali coś o -5 stopniach :-o Nie było trudno w to uwierzyć, gdy się rozejrzało dookoła - wszędzie było biało, szron pokrywał dosłownie wszystko. Póki co nie napawało nas to jakimiś specjalnie pozytywnymi emocjami.

3...2...1... START!!!

Biegiem do sędziów po mapy i..."Krasnal, szybko, gdzie najpierw jedziemy!?". Rzut oka dookoła i zdziwiłem się trochę: jakiegoś strasznego pośpiechu nie widać. W sumie nie liczy się tu jedynie czas, ale także nawigacja. Ale dla nas i jedno, i drugie liczyło się jednakowo, więc po około 30 sekundach wstępny wariant trasy został wybrany i ruszyliśmy przed siebie.

Tylko dlaczego wszyscy jadą tam gdzie my?! Hmmm... Takiego peletonu mrugającego wesoło czerwonymi diodówkami przed wschodem słońca to ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałem :-o Yo chyba też, bo aż z wrażenia stanął dęba - dosłownie ;) Po krótkiej stójce na przednim kole poleciał przez kierę, ale wylądował na nogach, więc bez zbędnych oględzin pognaliśmy dalej. Gnaliśmy to dobrze powiedziane - cały czas około 30km/h na liczniku, wzajemne wyprzedzanie z innymi grupami - czasem tylko odzywał się w nas głos rozsądku nakazujący konsultacje z mapą.

PK3Ale mapa Krasnalowi, a Krasnal nam mówili, że jedziemy dobrze. Mniej więcej na północny-zachód do punktu kontrolnego nr 3. Dość szybko zjechaliśmy z drogi krajowej, którą się poruszaliśmy, by po kilku kilometrach rozpocząć boje na bruku. Wszyscy, którzy zmierzali w to samo miejsce, co my, rozpoczęli nerwowo się rozglądać, my zresztą też. Gdzieś w krzakach spodziewaliśmy się ujrzeć zamaskowanych sędziów z pierwszego dla nas punktu. A skoro był to pierwszy punkt, to nie wiedzieliśmy nawet, czego się spodziewać, więc jak idioci skanowaliśmy wszystkie krzaczory ;) A jak się okazało punkt nr 3 był doskonale widoczny i oznaczony :)) Nasza wataha licząca około 20 osób przybyła jako pierwsza, więc sędzia dopiero się budził i podnosił ze śpiwora, w którym spędził samotnie całą noc czekając także na piechurów. Twardziel - ja bym to rzucił już po godzinie ;-)

Takie klimaty były przed wschodem słońcaPodbiliśmy karty, wpisaliśmy czas (godz. 6:57, a więc 27 minut po starcie), zaś ja zanotowałem dystans (7,5 km). Droga na następny punkt narzucała się sama. Kontynuowaliśmy więc jazdę drogą brukową, która zamieniła się w szuterek, a potem w piaszczystą drogę leśną. Ale to akurat nie było utrapieniem, gdyż wszystko było zamarznięte, więc jedyną niedogodnością było dodatkowe szarpanie kierownicy (Bomber rulez - Krasnal biedak na sztywnym brał wszystko na siebie). Niedługo potem skręciliśmy w przecinkę - trochę bardziej na północ - i... jakiś kilometr przed punktem moje wnętrzności domagały się oczyszczenia z zalegających produktów ubocznych przemiany materii :-( Skorzystałem więc z osłony krzaków i zrobiłem, co trzeba, ale czułem, że tej przygody to jeszcze będzie ciąg dalszy...

Chłopaki w międzyczasie dokładnie przebadali mapę i po kilku minutach byliśmy na punkcie nr 12, do którego przebyliśmy w sumie 18,8km. Krótka pogawędka z ekipą sędziowską, podbicie karty i o godz. 7:41 ruszyliśmy w stronę PK 14.

Tymczasem słońce wyszło zza horyzontu i coraz częściej zaczęliśmy powtarzać, iż "dobrze, że nie wzięliśmy aparatu" ;-) Widoki były zajefajne, cały ten szron pokrywający wszystko w promieniach porannego słońca przy czyściutkim niebie powodował w nas wrażenia estetyczne nie do opisania :-)) Wrażenia były dodatkowo potęgowane przez dość liczne oczka wodne i jeziorka, w których cały krajobraz się odbijał. Ponadto teren stawał się coraz ciekawszy- to w górę, to w dół - często ze wzniesień dane nam było przypatrywać się rozległym polom, mieniącym się jeziorkom, czy też bielejącycm lasom - ehhh, jakbym umiał wiersze pisać, to pewnie nie jeden bym tam spłodził ;-))

W takich warunkach zapomnieliśmy szybko o marznących stopach i niepostrzeżenie dotarliśmy do punktu nr 14. Punkt był oznaczony, jednak wbrew zapowiedziom sędziego głównego, nikogo tam nie było :-((( Minus dla organizatorów. Po krótkiej dyskusji wpisaliśmy nasze numery na symbol PK, zaś na karty czas i krótki opis punktu i znów ruszyliśmy przed siebie.

Z początkowego peletonu nikt już nie został. Jechaliśmy więc naszą piątką: Trzmiel, ja, Krasnal,Glider i Egon i jedynie co jakiś czas mijaliśmy się z pojedynczymi niewielkimi grupkami innych zapaleńców. Jak już wspominałem, przyroda powodowała, że zapominało się o wszelkich trudach - z wyjątkiem jednego. Woda nam w bidonach pomarzła, zaś ustniki pozamarzały. Po kilku godzinach jazdy można było bidonów używać jako grzechotek, gdyż więcej tam było lodu niż wody w stanie ciekłym :-( Na przemian podziwiając widoki i podniecając się wszechogarniającą bielą oraz złorzecząc na mróz uniemożliwiający picie dojechaliśmy do PK20. Tak nam się przynajmniej wydawało... Wszystko w okolicy zgadzało się z mapą, Krasnal też twierdził, że jesteśmy na dwudziestce, więc co jest? Nie ma ani oznaczenia punktu, ani sędziów. Ładny początek i kolejny minus dla organizatorów - tym razem ogromny! Zadzwoniliśmy więc do sędziego głównego i ku naszemu zdziwieniu, aczkolwiek zgodnie z naszymi oczekiwaniami, zaliczył nam obecność na PK20. Tutaj plus :-) Na wszelki wypadek jeszcze tylko króki opis w kartę oraz czas (8:40) i w drogę. Za nami już 34,7km.

Jechaliśmy dość wysoko położoną szutrówką i podziwialiśmy widoczki. Naszą konteplację spokoju i nieskazitelności przyrody przerywały tylko co jakiś czas jęki, że "pić się chce, a k**** nie ma co, bo wszystko zmroziło!!!". Na horyzoncie dostrzegliśmy jednak miejscowość. Gdy się zbliżyliśmy okazało się, że to wieś Orle, w której znaleźliśmy sklep i napoiliśmy się, i najedliśmy. Ja dodatkowo kontynuowałem poranną przygodę, jednak w o niebo lepszych warunkach - miałem do dyspozycji kibelek :-)

Rozpoczęliśmy krótki podjazd asfaltem, by po kilku kilometrach w miejscowości Stare Polaszki skręcić w lewo w polną drogę, która zawiodła nas do leśniczówki, gdzie znajdował się PK8. Czas 9:28, dystans 46,3km.

Oddech na PK15Następne kilometry stały pod znakiem odgłosów leśnych oraz rozmarzających powoli kałuż, więc i rowerki zaczynały nabierać kolorów ;-) Niestety wkrótce Krasnal wyprowadził nas na asfalt, by dopiero po około 10 kilometrach odbić na północ. Z drobnymi problemami odnaleźliśmy w końcu parking leśny, na którym rozlokowano sędziów z punktu nr 15. Czas 10:09, dystans 58,5km.

Warto zaznaczyć, że na PK15 było strasznie tłoczno. Z naszego kierunku przyjechało sporo ludzi, zaś jeszcze więcej z drugiej strony. Ci drudzy przyjechali ze wschodu, uprzednio wybrawszy jako pierwszy punkt nr 5. Po krótkim odpoczynku i posileniu się uderzyliśmy na wieś Głodowo, w której odbiliśmy na wschód asfaltem w kierunku miejscowości Skarszewy. Wydawało się, że czekające nas kilkanaście kilometrów minie dość szybko, jednak po drodze Krasnal miał pierwszy poważny kryzys. Mało pił i jeszcze mniej jadł, to i się doigrał. Jednak jako zespół nie chcieliśmy go zostawiać, więc poczekaliśmy kilkanaście minut, wbiliśmy mu trochę kalorii w postaci batoników i spokojnie ruszyliśmy dalej. W Skarszewach zrobiliśmy dłuższy postój pod sklepem, w którym spotkaliśmy kolejnych uczestników Harpagana. Przez jakieś 20 minut wygrzewaliśmy się w promieniach jesiennego słońca i dyskutowaliśmy nad tym, co już przejechaliśmy i gdybaliśmy na temat tego, co nas miało jeszcze czekać.

Gdy nabraliśmy sił, skierowaliśmy się na południe, by po dość przyjemnej leśnej drodze dotrzeć do PK18. Była to godzina 11:28, a w nogach przeszło 74km. Punkt ten był dość ciekawie ulokowany - sędzia siedział sobie pod mostem nieczynnej już kolejki. Krasnal zaczął go wypytywać o stan torowiska i pobliskiego mostu na rzecze Wierzyca. O ile torów nie było, to most był, ale w dużej części rozebrany przez szabrowników. Sędzia jednak zaznaczył, że dokładnie tamtędy przyjechało już do niego wiele osób, więc my także postanowiliśmy zaliczyć szlak nieczynnej kolei. Gra warta była świeczki, gdyż byłaby to zdecydowanie najkrótsza droga do punktu nr 5, który był teraz naszym kolejnym celem.

Resztki mostu, które trzeba było pokonaćNajkrótsza, ale niekoniecznie najszybsza. Dziury po podkładach skutecznie hamowały nas, zaś dokuczały jedynemu sztywniakowi w ekipie - Krasnalowi. Po pewnym czasie dotarliśmy jednak do wspomnianego mostu. Hmmm... mostu? Może to coś kiedyś i było mostem - teraz była to tylko stalowa konstrukcja, zaś najszerszym miejscem była jedna z dwóch nitowanych bel szerokości około 40cm. Staliśmy tak nad brzegiem, który był dobrych kilka metrów nad powierzchnią wody (jak się później dowiedzieliśmy dokładnie 12m) i każdy się zastawiał, jak tu powiedzieć reszcie, że wolałby pojechać naokoło ;-) Z zadumy wyrwał nas dość szybko Yo, który ustawił się z rowerem na wspomnianej belce i zaczął jechać :-o Dość długo podnosiliśmy szczęki z podłoża, jednak odwrotu już nie było. Po samobójczym przejeździe Egona należało jakimś cudem przedostać się cało na drugi brzeg, bo na pewno nie pozwolilibyśmy wracać mu z powrotem. Należy dodać, że resztki mostu miały około 20m długości, więc należało się zebrać w sobie i to bardzo...

Różnymi technikami pokonaliśmy przeszkodę, jednak adrenalina osiągnęła taki poziom, że jeszcze chwilkę staliśmy, by ochłonąć. Potem dopiero niesłychanie podnieceni przeprawą ruszyliśmy w dalszą drogę. Niestety szlak wzdłuż kolejki był z każdym następnym kilometrem w coraz gorszym stanie :-( Tym bardziej się ucieszyliśmy, gdy dotarliśmy do wsi Krąg, gdzie zjechaliśmy już na "normalne" drogi. Bez kłopotów odnaleźliśmy PK5, na którym zabawiliśmy nieco dłużej. Do pozostania również skłaniała sympatyczna dziewczyna stanowiąca załogę tego punktu :-)

Komu w drogę, temu czas. Chwilka odpoczynku to było najwięcej, na co mogliśmy sobie pozwolić. Przed nami przecież nie wiadomo ile kilometrów. Wiadomo jedynie, że była godzina 12:17, a my przejechaliśmy 84,3km. W okolicach Starogardu Gdańskiego opuściliśmy przyjemne dukty leśne, by wjechać na ruchliwą krajówkę nr 22. Krasnal znowu zaczął niedomagać, więc chcąc nie chcąc zatrzymaliśmy się w sklepie w Rokocinie. Miejsce dość dobrze pamiętam, bo tam Krasnal zapytał się o drogę na Sumin, po czym stwierdził, że pojedziemy dokładnie w przeciwnym kierunku, niż nam wskazał miejscowy :-) Taktyka okazała się słuszna, co potwierdziło tylko zasadę dystansu do miejsowych "geografów". Bez większych kłopotów dotarliśmy o godz. 13:16 do PK16 przejeżdżając do tej pory około 98km. Tak więc półmetek za nami, jednak czasowo nie wyglądało to najlepiej :-( Dodatkowo w leśniczówce, gdzie zorganizowano PK, Krasnal zaczął dosłownie zrzędzić, że nie damy rady zrobić zaplanowanego wariantu trasy i że w ogóle life sucks ;-) Na to przyjęliśmy taktykę brutalnego traktowania i braku miłosierdzia ;) Jedziemy i koniec - co jakiś czas tylko dorzucaliśmy tekst w stylu: "Yo, damy radę!!!" :-)))

Jechaliśmy, ale tempem emerytów :-( Średnia ostatniego odcinka pomiędzy PK wynosiła około 14km/h, a jechaliśmy przecież głównie po asfaltach... Momentami i my zaczęliśmy wątpić, czy nam się uda, ale jeśli nikt inny na to nie wpadł, to Glider krzyczał, że damy radę!!! No jasne, że damy!!! W Lubichowie zatrzymaliśmy się na "obiad". Z Trzmielem opyliliśmy kurczaka, zaś reszta udała się do baru na jakieś zapiekanki czy inne junk-foody. Po tej krzepiącej przerwie skręciliśmy znów w stronę kolei, by najkrótszą drogą dotrzeć do PK11.

Ta droga była jednak fatalna. Poruszaliśmy się z prędkością pieszego, a im dalej w las brnęliśmy, tym bardziej bezsensowny stawał się powrót i ewentualny objazd. Dopiero po dobrych kilkunastu minutach męczarni mogliśmy zjechać na równolegle biegnącą leśną drogę, którą dotarliśmy w końcu do mostu kolejowego na rzece Wda. Według mapy i opisu PK tutaj powinien znajdować się punkt kontrolny nr 11. Ale gdzie on jest??? Zagadka nie wymagała zdolności inspektora Gadgeta, więc szybko odkryliśmy sędziów kryjących się pod mostem tuż nad brzegiem rzeki. Po wybadaniu terenu postanowiliśmy z Trzmielem zjechać ze skarpy, co Krasnal skomentował, czymś w stylu "Idioci!". Mnie się udało, Trzmielowi prawie...

Czekając na dole zacząłem słyszeć coraz głośniejsze i częstsze przekleństwa. Gdy ekipa zeszła, dowiedziałem się, że Trzmiel urwał hak :-( Szybka inspekcja sprzętu i się okazało, że ucierpiał również łańcuch. Ale nic to: Trzmiel miał zapasowy hak oraz skuwacz w sakwie :-) Pełni entuzjazmu rozpoczęliśmy naprawę, jednak szybko przestaliśmy. Z haka nie dało się wykręcić śruby, gdyż oczko uległo dziwnemu spłaszczeniu :-( A ja na to, że mam francuza w sawkie - minę Trzmiela w tamtym momencie trzeba było po prostu zobaczyć :-))) W około 5 minut uporaliśmy się z awarią i ciągle nie wierząc w to, co się stało podbiliśmy karty, wpisaliśmy godz. 14:45 i rozpoczęliśmy wspinaczkę na most. Nasz 114. kilometr rozpoczęliśmy wzdłuż torów. Szybko jednak skręciliśmy w przecinkę leśną i cały czas prosto lecieliśmy mniej więcej na południe.

Naszym celem był punkt nr 19, zaś czas naglił, a Krasnal ciągle gadał, że nie zdążymy. My odpowiadaliśmy wiadomo co :-)) Jednak zaczęliśmy powoli tracić cierpliwość, gdy Krasnal twierdził, że już powinniśmy skręcać w stronę PK, ale ciągle nie mieliśmy pewności, gdzie dokładnie jesteśmy. Podjęliśmy więc z Trzmielem decyzję, że odbijamy w poprzeczną przecinkę. Gnaliśmy jak szaleni, a jeszcze szybciej, gdy dostrzegliśmy jakichś ludzi, którzy w naszym mniemaniu byli sędziami PK. Niestety - można powiedzieć, że to fatamorgana, gdyż nie była to ekipa sędziowska, a jedynie piechurzy z Harpagana :-((( Tym sposobem dowiedzieliśmy się, że dużo za wcześnie skręciliśmy i w ten sposób straciliśmy dużo czasu :-(( Dostaliśmy jednak wskazówki, jak odnaleźć dziewiętnastkę, gdyż oni też ją zaliczali.

Niestety ciągle się gubiliśmy i dopiero po bardzo długim czasie dotarliśmy nad brzeg jeziora, gdzie podbiliśmy karty z czasem 15:40. A mogliśmy tam być już pół godziny wcześniej...

Na PK9Nałożyliśmy sporo drogi, zaś niepotrzebna gonitwa kosztowała nas sporo sił, szczególnie, że za nami były już 123km. Yo z Krasnalem zaczęli zostawać w tyle i nie za bardzo palili się do dalszej jazdy, ale teraz byliśmy już tak blisko zrealizowania założonej trasy, że nie mogliśmy się poddać. Co prawda Krasnal nakazywał już jechać na północ do Zblewa, jednak my byliśmy napaleni jeszcze m.in. na PK9, który był całkiem niedaleko od nas na zachód. "Pognaliśmy" więc na PK9 różnymi dziwnymi leśnymi drogami, by w miejscowości Kasparus zrobić krótki regeneracyjny postój pod sklepem. Stamtąd już było tylko kilka kilometrów do dziewiątki, gdzie dotarliśmy w końcu o godz. 16:32, po przejechaniu łącznie 131,9km. Jak widać nasza średnia mizerniała z każdym kilometrem :-(

Dodam jeszcze, że począwszy od Kasparusa rozpoczęliśmy z Trzmielem i Gliderem wcielać w życie dodatkową taktykę- wycinaliśmy do przodu i kiedy nachodziły nas wątpliwości, zatrzymywaliśmy się i badaliśmy mapę. Tym sposobem kiedy Krasnal z Yołem już dojeżdżali, nie mieli potrzeby się zatrzymywać, choćby pewnie bardzo chcieli ;-) Ponadto działało to na nich w jakimś sensie mobilizująco, bo nikt nie lubi jeździć na końcu (no prawie - rajdowicze wiedzą, kto lubi ;-)).

Z całkiem niezłego traktu leśnego musieliśmy teraz skręcić na północ w przecinkę. Niestety coraz trudniej udawało nam się cokolwiek, co jest na mapie, potwierdzić w rzeczywistości. Przez to skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba, i po pewnym czasie zaczęliśmy wątpić, gdyż nic nam się nie zgadzało, a czas naglił...

Jednak najpierw bagna (całe szczęście przejezdne), a potem długo wyczekiwana linia kolejowa utwierdziła nas w słuszności naszego poprzedniego wyboru. Dodatkowo wyjechaliśmy dokładnie na most kolejowy, który wskazał nam precyzyjnie, gdzie byliśmy. Jeszcze tylko kawałek przecinką i odnaleźliśmy punkt nr 7. Zegarek nieubłaganie wskazywał 17:12, czyli mieliśmy już tylko około 1h15min do zakończenia. A przed nami nie wiadomo dokładnie, ile kilometrów, jednak w porównaniu ze 140km już przejechanymi na pewno niewiele. Na siódemce Krasnal się mocno wkurzył, gdyż nie daliśmy mu dłużej odpoczywać i nie omieszkał mi wypomnieć meczyków rozgrywanych na trasie, co wprawiło wszystkich obecnych na PK w znaczną wesołość ;)

Z PK7 wyruszyliśmy po krótkich konsultacjach z innymi, jednak nie uchroniło to nas od drobnej pomyłki, która kosztowała nas pewnie około 5 minut, które teraz były na wagę złota. Całe szczęście dotarliśmy w końcu do szosy, która powiodła nas przez Baby i Osowo do Borzechowa. Na szosie Krasnal odzyskał siły i praktycznie nie schodziliśmy poniżej 30km/h, chyba że był jakiś drobny podjazd. Wyprzedzaliśmy po kolei różne inne grupy. Zatrzymaliśmy się jednak gdzieś po drodze, żeby coś jeszcze szybko przekąsić i znów w drogę.

Za Borzechowem zaczęło się już ściemniać i znów diodówki zaczęły wesoło migotać, jednak tym razem nie w głowie nam było zachwycanie się widokami. Trzeba było gonić. Odliczaliśmy minuty i mieliśmy dylemat, czy uda nam się zaliczyć PK1, który leżał około kilometra od głównej drogi. Dylemat o tyle większy, że PK1 był niewiele wart, zaś potencjalna strata kilku minut na mecie zdecydowanie więcej by kosztowała. Zdecydowaliśmy jednak spróbować. Tym razem goniąc razem z jakąś grupą wycinaków około 40km/h dolecieliśmy do PK1, na którym panował duży tłok i niesłychany pośpiech. Zanotowaliśmy godzinę 18:01 i dystans 157,7km. Tak więc niecałe pół godziny do końca i niecałe 10km do bazy. To dobra wiadomość :-)

Triumfalny wjazd na metęMimo sprzyjających warunków postanowiliśmy zrobić jak najlepszy czas i cisnęliśmy, ile sił w nogach. Najbardziej na Trzmiela działały migające w oddali czerwone światełka, które dodawały mu skrzydeł, a nam pozostawało go gonić niezależnie, czy pod górkę, czy po płaskim ponad 30km/h :-) Na jednym z podjazdów odpadł Glider, więc musieliśmy poczekać, jednak w momencie, kiedy dojechał, ruszyliśmy ponownie z kopyta. Odliczaliśmy minuty i kilometry, coraz bardziej wiało w uszy - było już całkiem ciemno i coraz zimniej. A tu nagle: "K****!!!" - Trzmiel oznajmił światu, że doskwiera mu kolano :-| Zawziął się jednak i udało nam się wyprzedzić wszystkich, których widzieliśmy między nami a metą. W Bytoni skręciliśmy w kierunku szkoły, by dokładnie o godzinie 18:22 zakończyć maraton. O ile mogliśmy trzymać wysokie tempo jeszcze pewnie przez kilka kilometrów, tak teraz ledwo trzymaliśmy się na nogach - ja w momencie zatrzymania prawie glebnąłem - ale i tak byliśmy dumni z siebie :-)

Nasz pierwszy Harpagan wypadł nadzwyczaj dobrze. Zaliczyliśmy 14/20 punktów kontrolnych, co po przeliczeniu wagi każdego z nich dało wynik 44/60 punktów. Przejechaliśmy 165,5km ze średnią samej jazdy 20,8km/h. Można łatwo policzyć, że na rowerach spędziliśmy około 8 godzin, zaś całość zajęła nam prawie 12h. Gdzieś te 4 godziny się podziały i to jest cel na następne zawody, by te 4 godziny gdzieś odnaleźć ;) Z pewnością w przyszłości trzeba będzie rozwiązać jakoś problem zamarzającego picia, a także zastanowić się, jak optymalnie się odżywiać na trasie. Jest to o tyle ważne, że na codzień nie przejeżdżamy tylu kilometrów w terenie i w dodatku w tak niskich temperaturach. Tak naprawdę dobrze byliśmy przygotowani jedynie sprzętowo - rowery były dobrze zestrojone, choć przydałby się mapnik, zaś ciuchy dobrane, więc nie było nam ani zimno, ani specjalnie gorąco.

Epilog

Po wstępnym ochłonięciu ustawiliśmy się w kolejce pod prysznic. Odświeżeni zaczęliśmy wyczekiwać Dominika, który z trasy pieszej miał wrócić najpóźniej o godzinie 21. Niestety nie udało mu się to i sędziowie zgarnęli go z trasy - a zabrakło mu jedynie 3 kilometrów do tytułu pieszego Harpagana :-| Następnym razem mu się uda, tak jak i nam :-)) Wieczorem ciężko nam było powstrzymywać się od zaśnięcia, a chcieliśmy koniecznie poczekać na nieoficjalne wyniki oraz losowanie nagród. Tego pierwszego doczekaliśmy się dopiero dobrych kilka dni po zawodach, natomiast to drugie było nawet szczęśliwe - wygrałem worek kompresyjny, ale co to jest, nikt nie umiał mi powiedzieć :-))) Dodam jeszcze, że powracający z drugiej pętli piechurzy przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy - kuśtykający, ledwo trzymający pion, poobcierani, pełni odcisków na stopach i z nieodłącznym grymasem bólu na twarzy. Dopiero kilka godzin po powrocie na ich twarzach było widać radość z ukończenia trasy.

Jeszcze tylko po browarku i... nie, nie poszliśmy jeszcze spać. Obok nas rozłożyły się sympatyczne uczestniczki trasy pieszej, więc trochę czasu zajęło opowiadanie wzajemnych wrażeń i doświadczeń ;-) Około północy padliśmy jak zabici - tym razem żadne hałasy nam nie przeszkadzały ;-)

Godzina 7 rano pobudka. A to dlatego, że Krasnal chciał zdążyć na pociąg do Poznania w Tczewie. Zebraliśmy się dość szybko, wzięliśmy akumulator, który miał się ładować przez noc (mieliśmy prostownik ;-)) i ... zonk :-( Bus nie zamierzał odpalić, więc wtoczyliśmy go na wzniesienie i puściliśmy w dół, aż w końcu zaskoczył. Czasu na pociąg było niewiele, więc gaz do dechy i na pewno się uda. Zatrzymaliśmy się jeszcze zatankować i ... zonk nr 2 :( Korek wlewu zamarzł, a kiedy już w końcu go pokonaliśmy, okazało się, że Krasnal będzie musiał poczekać parę godzin na następny pociąg, bo średniej 120km/h tym samochodem na pewno byśmy nie wyciągnęli ;-)

Przygoda się skończyła, jednak pozostały wspomnienia. Oraz plany - w przyszłym roku na wiosnę bądź na jesieni pokażemy im, kto tam rządzi - tytuł Harpaganów będzie nasz :-)))) I tej wersji się trzymamy... A tymczasem trzeba się było zadowolić 42. miejscem na 185 sklasyfikowanych uczestników.{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach