Harpagan 27Dość długo nie byliśmy pewni, czy uda nam się wybrać do Bytowa na 27. edycję Harpagana. Całe szczęście plan zajęć na uczelni sprzyjał nam i po zaliczeniu czwartkowej laborki Trzmiela z elektroniki oraz mojej w piątek z podstaw radiokomunikacji spakowaliśmy się i po przyjeździe Glidera zapakowaliśmy rowerki na dach jego Nexii i ruszyliśmy w drogę. Następny dzień, czyli 17 kwietnia, miał być dla nas dniem wielkiej przygody i nie mniejszych emocji.

Na miejscu stawiliśmy się dopiero parę minut po 21, więc nie dane nam było zobaczyć startu piechurów, których de facto liczba przekroczyła 600 osób!!! Mieliśmy za to czas, żeby rozejrzeć się po szkole, przez którą miało się przewinąć przez cały weekend blisko 1000 osób. Ponieważ sekretariat był jeszcze zamknięty, skorzystaliśmy z okazji, by znaleźć dyplomy z poprzedniej edycji. I tu minus dla organizatorów- mimo gorących zapewnień, że zaliczyli Trzmielowi wszystkie punkty kontrolne, które odwiedził, na dyplomie była jedynie połowa z nich :-(

Kiedy wreszcie sekretariat otworzono, ustawiliśmy się w kolejce, która posuwała się w miarę żwawo. Przy samym stoliku zostaliśmy zaskoczeni - na tą edycję przygotowano dla startujących rowerzystów również sztywne numery do umocowania na kierownicy :-) Poza tym stadardowo: numer do przywiązania na klacie, trochę makulatury, numerek na obiadek, karta startowa, naklejka z logo Harpagana, która tak na marginesie to nie trzyma się ramy rowerowej w ogóle :-(

Po tym wszystkim przyszedł czas na posilenie się i znalezienie sobie miejscówy do spania. Jedno i drugie się udało mimo wielu trudności (nie)przewidzianych przez organizatorów: stołówka była zamknięta, więc należało koczować na podłodze; dostępne było tylko jedno gniazdko elektryczne (tyle znaleźliśmy), więc i do zagotowania wody też były kolejki; na nocleg przewidziano dwie salki lekcyjne i salę gimnastyczną - ciasno było jak cholera :-|

Skoro już tak narzekam, to wspomnę jeszcze o jednej rzeczy, która chyba jest jakąś tradycją na Harpaganie ;-) Otóż w nocy była impreza - tak jak rok temu, z tym że teraz obsługa twierdziła, że to nie oni, tylko "gdzieś obok". Fakt faktem, że do około 3-4 nad ranem słyszeliśmy jakieś wschodnie disco-polo, którego rytmiczne "umca-umca" przy wtórze dzikich okrzyków nie pozwalało zbyt szybko zasnąć :-( A i jeszcze w środku nocy włączył się jakiś alarm w samochodzie, który potrafił zagrać jakieś pięć melodyjek. Oczywiście właściciel obudził się ostatni (po co mu w ogóle alarm?) i zanim się pozbierał, żeby wyłączyć wyjca, istniała szansa, że akumulator się prędzej rozładuje ;-)

17 kwietnia, godzina 5:00 - POBUDKA!!!

Na zamku w Bytowie tuż przed startemNoc była ciężka i krótka, ale "trzeba to gówniane życie pchnąć do przodu"! Wstaliśmy dość szybko mimo, że było strasznie zimno. Zjedliśmy śniadanko przy tym samym gniazdku, co kolację, i zaczęliśmy się szykować. Zapakowaliśmy plecaki, przyczepiliśmy numery na sobie i na rowerkach i jak zwykle w ostatniej chwili stawiliśmy się na zamku w Bytowie, gdzie miał się odbyć start równo o 6:30. Wcześniej jednak (6:15) miało być oficjalne powitanie i takie tam gadanie. Jednak wszystko się opóźniło z niewiadomych powodów - plotka głosi, że mapy się jeszcze kserowały. Nie przeszkadzało nam to zbytnio - byliśmy rozentuzjazmowani i z poważnymi planami na najbliższe 12 godzin. Pogoda nam sprzyjała - słońce nieśmiało wychylało się ponad zabudowaniami, zaś niebo było praktycznie bezchmurne. Prognozy mówiły nawet o 17 stopniach w ciągu dnia :-)

Godzina 6:30

3..2..1..START!!! Obsługa dość żwawo rozdała wszystkim mapy. Zebraliśmy się naszą czwórką (ja, Trzmiel, Krasnal i Glider) i zaczęliśmy oglądać, co też nam organizatorzy zaserwowali na ten dzień. Spędziliśmy parę minut na analizowaniu mapy. Uwzględniając prognozy wiatru uznaliśmy, że najlepiej pojechać na zachód, a potem zatoczyć koło przez północną część obszaru, by ostatecznie wracać z wiaterkiem w plecy z południa. W ostatniej dosłownie chwili któryś z nas zobaczył, że na drugiej stronie arkusza odbita była jeszcze jedna część mapy. To nas zaskoczyło, nie mówiąć już o tym, że rozwiązanie było bardzo niepraktyczne - później w czasie jazdy trzeba było wielokrotnie przerzucać arkusze w jedną i w drugą stronę. Tak czy siak, postanowiliśmy najpierw udać się na punkt numer 2, który leżał gdzieś w lesie w okolicy wioski Świątkowo leżącej kilka kilometrów na zachód od Bytowa.

Około 6:40 wyruszyliśmy więc na trasę. Przejechaliśmy kilka kilometrów szosą i ciągle nie byliśmy pewni, kiedy należy odbić w lewo w kierunku lasu. Wybór mieliśmy z kilku polnych dróg, które mogły nas wyprowadzić jedynie w pole i tam się skończyć. Jednak w pewnym momencie, tj. na zakręcie we wsi Światkowo, stwiedziłem, że dalej to już bedzie za daleko. Pokazałem reszcie drogę prowadzącą do lasu i za chwilę znaleźliśmy się na niej. Najpierw jednak zaliczyliśmy skrócik przez podmokłą łąkę, przez co już na samym początku się nieźle ubłociliśmy i ochłodziliśmy ;-)

Parę minut zajęło nam dotarcie na skraj lasu, gdzie zdecydowaliśmy się jechać cały czas w kierunku wyznaczonym przez polną drogę, którą wcześniej jechaliśmy. W samym lesie zdaliśmy się raczej na czuja, gdyż mapa nie była na tyle dokładna. Mijaliśmy dość ciekawe miejsca, którym mogliśmy się dokładniej przyjrzeć ze względu na naszą prędkość - w jednym miejscu trafiliśmy na podjazd, pod który nie dalismy rady nawet na przełożeniu 1:1. Chwilę potem rozpoczęliśmy zjeżdżać i naszym oczom ukazał się charakterystyczny biało-czerwony lampion oznaczający punkt kontrolny. Lepiej po prostu się nie dało trafić, chciaż pewnie istniała znacznie prostsza droga dotarcia tam :-)

Godzina 6:55, dystans 5km, PK2

Na PK2Zameldowalismy się na PK2, podbiliśmy karty i ruszyliśmy dokładnie w przeciwnym kierunku niż reszta ludzi, chociaż prawdopodobnie wszyscy zamierzaliśmy teraz dotrzeć na PK16. My jednak nauczeni doświadczeniem woleliśmy nałożyc kilka km, by jednak poruszać się możliwie długo szosami - taka jazda była nieco szybsza i znacznie mniej wyczerpująca. Gdy dojeżdżaliśmy do wsi Dąbrówka Bytowska, słońce już na dobre wstało. Robiło się coraz cieplej, a nas brała taka zajawka, że trudno opisać - w czasie jazdy Trzmiel cykał foty, cały czas gadaliśmy jakieś farmazony i oczywiście poddawaliśmy się wizjom zaliczenia tego dnia wszystkich PK ;-)

Parę minut później zjechaliśmy z asfaltu na polną drogę, by po około 1,5km z powrotem znaleźć się na szosie w miejscowości Chątkowo. Z tą szosą to się może trochę rozpędziłem, bo w zasadzie był to bruk, całe szczęście dość równy, więc nie wytrzęsło nas za bardzo - nawet Krasnala na sztywniaku. W Modrzejewie skręciliśmy w prawo planując za chwilę znaleźć się w Modrzejewiwe-Wybudowaniach. Pomyliliśmy się jednak o kilkadziesiąt metrów i trochę za wcześnie skręcliliśmy. Efektem była przeprawa wzdłuż miedzy o długości jakieś 200m, by znaleźć się w końcu na właściwej drodze. Po chwili wjechaliśmy w las, gdzie znów się lekko pomyliliśmy - całe szczęście miejscowi przejeżdżający tamtędy ciągnikiem wyjaśnili nam, gdzie należy się kierować. Tracąc jedynie kilka minut powróciliśmy na właściwy szlak. Najgorsze jednak było to, że zwykliśmy raczej miejscowym nie ufać za bardzo i mieliśmy za chwilę nie lada kłopot :-| Według mapy należało jechać w innym kierunku, niż wskazali miejscowi. Tym razem jednak postanowiliśmy się ich posłuchać, chociaż cały czas niepewnie poruszaliśmy się wskazaną drogą, gdyż mieliśmy wrażenie, że niepotrzebnie i zbyt długo się wracaliśmy. Całe szczęście wkrótce Trzmiel z Gliderem namierzyli most na Kamienicy, który upewnił nas, co do naszej pozycji w terenie. Jeszcze tylko krótki przejazd piaszczystą drogą przez las, który powoli zaczynał się zielenić i w oddali dostrzegliśmy lampion.

Konsultacja mapy na PK16Godzina 7:48, dystans 22km, PK16

PK16 zaliczony. Jak się okazało, byliśmy tam jako pierwsi, więc do wąskiego grona naszych kibiców postanowiły dołączyć sympatyczne dziewczyny stanowiące załogę punktu (pozdrawiamy! :-)). Na nas z kolei fakt pionierskiego odnalezienia szesnastki podziałał stymulująco. Parę gryzów dopalaczy i w drogę. Upatrzyliśmy sobie dość prostą drogę w kierunku szosy, która miała nas zaprowadzić do wsi Barnowo, a następnie na punkt numer 8.

Jak już wspomniałem las powoli zaczynał się zielenić. Poza tym teren był bardzo ciekawie ukształtowany, zaś same drzewa i ściółka zdawały się być jakieś inne - jak nie z tej bajki. Nie wiem, czy to wspomniana zajawka, czy rzeczywisty urok Puszczy Słupskiej, ale faktem jest, że jechało nam się super :-))

Na szosę wyjechaliśmy bardzo szybko. Utrzymywaliśmy prędkość około 30km/h mimo, że momentami chciało się szybciej dokręcić. Nauczyliśmy się jednak panować nad sobą, żeby zbyt szybko nie opaść z sił. Cały czas mieliśmy przecież w planach dołączenie do grona Harpaganów ;-) Po drodze zaliczyliśmy kilka podjazdów, minęliśmy Barnowiec, zaś w Barnowie skręciliśmy w kierunku Bytowa. Z szosy planowaliśmy zjechać za około 4km, jednak po raz kolejny ominęliśmy właściwą drogę. Coś szczęścia do tych rzeczy do tego dnia nie mieliśmy :-( Poza tym na którymś z podjazdów Krasnal się zagrzał i nieco odstał. Poczekaliśmy więc na niego i parę minut później duktem leśnym dotarliśmy na PK8.

Godzina 8:40, dystans 40,2km, PK8

Na punkcie Krasnal zrzucił z siebie nadmiar ciuchów, zresztą podobnie reszta z nas. Robiło się naprawdę ciepło, co powodowało, że aż chciało się jeździć. Aha, zapomniałem wspomnieć, że od jakichś 20km cały czas mijaliśmy się z pewną grupką ludzi, którzy zmierzali w tym samym kierunku, co my, jednak zawsze docierali inną drogą. Raz wybrali skrót, który my odrobiliśmy szosą, wiec oni stracili, innym razem my przegapiliśmy zjazd i oni zyskiwali. Na ósemce byli dwie minuty przed nami i kiedy my dojeżdżaliśmy, oni już ruszali dalej. Niestety to był ostatni moment, kiedy się widzieliśmy na trasie...

Ruszyliśmy przed siebie z zamiarem powrotu na szosę, którą tu dotarliśmy. Dość przyjemną drogą wijacą się to w górę, to w dół, albo w lewo i w prawo przejechaliśmy jakieś 2km, by w końcu pognać równiutkim asfaltem w kierunku wsi Barnowo. Tam skręcilismy na północ, by za półtora kilometra odbić w prawo do lasu. Punkt numer 17 był bliziutko. Aż zacieralismy ręce z radości, że tempo mamy niezłe, i że tak szybko zdobywamy punkty.

Radość była jednak przedwczesna - 17 nie było tam, gdzie chcieliśmy, żeby była. Zatoczyliśmy kilka kółek wokół obszaru, w którym miał się znajdować PK, jednak nie mogliśmy tam trafić. Tereny dokoła były ciekawe, jednak zaczęło nas to denerwować, gdyż podjazdy niepotrzebnie nas męczyły, a my wciąż w kółko się kręciliśmy. Żal nam było odpuścić, jednak po kolejnym rozdzieleniu się i bezskutecznych poszukiwaniach postanowiliśmy jednak zrezygnować. Morale nam spadł drastycznie i szczerze mówiąc, gdyby któryś z nas wtedy powiedział, że wraca, to pewnie wszyscy byśmy tak zrobili :-( Teraz gdy wiedzieliśmy, że nie uda nam się zaliczyć wszystkich punktów, postanowiliśmy powalczyć o jak najlepszą pozycję wśród innych uczestników. Mieliśmy jednak około godziny straty na poszukiwaniach siedemnastki i dodatkowo brakowało nam już zajawki, która nam towarzyszyła nam od rana. Nastroje przygasły...

W tym miejscu Krasnal postanowił, że odłączy się od nas, gdyż nie zawsze odpowiadało mu nasze tempo. Ponadto stwierdził, że choćby nie wiem co - znajdzie ten cholerny punkt! Pożegnaliśmy się i teraz we trzech powróciliśmy na szosę, która poprowadziła nas przez Górki do miejscowości Gałąźnia Mała. Gdzieś w tej okolicy miał się znajdować Zamek Wodny, przy którym spodziewaliśmy się odnaleźć załogę punktu numer 10. Wspomagani przez tubylców dotarliśmy piaszczystym szlakiem do celu.

Godzina 11:00, dystans 68,3km, PK10

Na PK10 zjedliśmy co nieco i nie omieszkaliśmy pożalić się dziewczynom na nasz marny los i wyjątkowy niefart w tej edycji. Dodatkowym czynnikiem zaniżającym morale był fakt, że potwierdzenie kolejnego punktu zajęło nam prawie 2,5h. Do zdecydowanie za rzadko, żeby utrzymać zajawkę, a co dopiero ją odzyskać.

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy szlakiem, który zaczął piąć się pod górę i stawał się coraz bardziej grząski. Zawzięliśmy się jednak i dotarliśmy w końcu do szosy niedaleko wsi Niepoględzie. Tam też spotkalismy innych uczestników rajdu, którzy z kolei zaliczali północ od strony zachodniej. Tak więc do tej pory szło im znacznie lepiej - życzyliśmy sobie powodzenia i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Zostaliśmy jeszcze tylko ostrzeżeni, że oni musieli przeprawiać się wpław przez Słupię. Pomyśleliśmy, że pewnie pomylili drogi...

W Gałęzowie uderzyliśmy na oznaczony szlak rowerowy, który według mapy miał nas doprowadzić w pobliże mostu na Słupi, skąd już tylko 2km miały nas dzielić od PK3. Droga była świetna - dość równa szutrowa nawierzchnia pozwalała na trzymanie prędkości w granicach 30km/h. To powodowało, że powoli odzyskiwaliśmy wiarę w siebie i odzyskiwaliśmy ochotę do dalszej walki o kolejne punkty.

Nagle szlak skręcił ostro w lewo, co oznaczało nasze rozstanie z nim. Niecały kilometr dalej mieliśmy przebić się przez rzekę. Jednak zaznaczona na mapie ścieżka powoli zarastała i stawała się nieprzejezdna. Jednak będąc pewnym, że się nie pomyliłem, namawiałem chłopaków do dalszej przeprawy. Dotarliśmy w końcu do rzeki, na której czekały na nas resztki mostu w postaci kilku bali wbitych w dno na drugim brzegu... Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Według mapy trafiliśmy dobrze, jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Odjechaliśmy kawałek dalej w nadziei znalezienia jakiejś sensowanej przeprawy, jednak teraz, gdy straciliśmy pewność, co do poprawności odczytania mapy, postanowiliśmy sobie odpuścić i ten punkt...

A zaczynało być tak pięknie... Teraz entuzjazm spadł ponownie, jednak cały czas tłumaczyliśmy sobie, że trójka była warta jedynie jeden punkt, więc nie warto było tracić więcej czasu na pokonywanie przeszkód naturalnych. Zgodnie jednak stwierdziliśmy, że gdybyśmy mieli zaliczoną siedemnastkę, to byśmy się po prostu rozebrali i przeszli przez wodę. Jednak w naszej sytuacji nie mieliśmy na to ochoty, więc wróciliśmy na szlak, który miał nas za kilka kilometrów wyprowadzić na szosę, skąd było blisko do wsi Kartkowo, a stamtąd z kolei to już tylko rzut beretem do kolejnego punktu.

Kręciliśmy mozolnie wzdłuż szlaku w milczeniu. Dopiero, gdy okolica stawała się coraz bardziej malownicza, zaczęliśmy powtarzać, że "damy radę". Co prawda męczyliśmy się mocno na stromych podjazdach, jednak przejażdżka przez las wysoko położonym szlakiem tuż nad brzegiem Słupi wynagradzała nam wszelkie trudy. Humor odzyskaliśmy, gdy w pewnym momencie zobaczyliśmy w dole rodzinkę jeleni szukającej brodu. Trzmiel szybko złapał aparat, jednak chcąc podejść bliżej narobił tyle szumu, że zwierzęta się spłoszyły zanim zdążył zrobić fotkę - tropicielem to on raczej nie będzie ;-)

Ten miły i niespodziewany widok dodał nam energii, która nam była teraz bardzo potrzebna. Gdy bowiem we wsi Kartkowo zjechaliśmy z szosy na polną drogę, zaczęliśmy zmagać się z silnym wmordewindem. Jazda 20 kilka na godzinę była teraz szczytem naszych marzeń i możliwości. Po drodze dojechał do nas chłopak z numerem 928 jadący samotnie trasę tegorocznego Harpagana. Podczepił się za nami, chwilę pogawędził i praktycznie razem zjawilismy się na punkcie numer 14.

Godzina 12:25, dystans 89km, PK14

Na punkcie spędziliśmy chwilę - Glider zaczął mieć kryzys formy i trzeba było się trochę zregenerować. Spotkany przez nas kolega wyruszył z punktu przed nami, jednak jeszcze nie raz go spotkaliśmy tego dnia. Nie dawało nam jednak spokoju, że jemu się udało odnaleźć PK17 po około 20 minutach błądzenia oraz że był też na PK3, choć musiał zamoczyć się niemal do pasa. Cóż - to nie był nasz dzień...

Po paru minutach wyruszyliśmy i my. Ku naszemu zdziwieniu naszego znajomego spotkaliśmy bardzo szybko. Jednak po chwili znów się rozdzieliliśmy - gdzieś w Skotawsku on skręcił w prawo, my zaś pojechaliśmy prosto, jednak wszyscy mieliśmy ten sam cel - PK5 i PK18 :-)

Droga, którą pomykaliśmy coraz mniej przypominała tą zaznaczoną na mapie... Zaczęliśmy żałować, że nie pojechaliśmy razem z sakwiarzem w prawo. Jednak gdy dojechaliśmy do jakichś zabudowań, dowiedzieliśmy się, jak dotrzeć do miejscowości Łupawsko, skąd już bez problemów dotarlibyśmy na piątkę. Droga była dobra, więc nie żałowaliśmy już naszej decyzji.

W Łupawsku wyjechaliśmy na szosę, która zaprowdziła nas do wsi Soszyca. Tam skorzystaliśmy z obecności sklepu i uzupełniliśmy bidony. Przerwy jednak nie przeciągaliśmy i po chwili skręciliśmy w las celem odnalezienia PK5. Po drodze minęliśmy się z naszym znajomym, który punkt ten już zaliczył. Po paru minut jazdy piaszczystą drogą i my się tam zameldowaliśmy. Godzina 13:25, dystans 102,5km, PK5

W swoich notatkach zapisałem, że idzie nam coraz lepiej. Gdy piszę te słowa, nie wiem, w czym dokładnie lepiej było, bo jak się okazuje ostatnie 13km zajęło nam godzinę :-| Ale skoro tak zapisałem, to pewnie tak było - pewnie zajawka zaczęła nam wracać :-)

Wróciliśmy do Soszycy, skąd szosą ruszyliśmy na północ z zamiarem odnalezienia osiemnastki. We wsi Jasień skręciliśmy w lewo na drogę, która doprowadziła nas prawie bezboleśnie do punktu kontrolnego. Jazda była przyjemna, bo wiatr zawiewał teraz w plecy, więc prędkość nie spadała poniżej 30km/h. Najgorsze jednak, że za parę minut trzeba było tamtędy wracać :-(

Godzina 14:02, dystans 115,3km, PK18

Popas na PK18Na punkcie tradycyjnie już pożaliliśmy się na nieudaną próbę zdobycia PK17 (oj, prześladowało to nas jeszcze dwa dni po imprezie...). Pogadaliśmy chwilę z załogą i ruszyliśmy w kierunku, skąd przybyliśmy. Po chwili minęliśmy się z kilkunastoosobową grupą z Elbląga. Czasu starczyło akurat na wzajemne pozdrowienia. Kryzys fizyczny zaczął teraz i mnie dopadać, a i Trzmiel też jakoś spuścił z tonu... A do tego wszystkiego trzeba było walczyć z wiatrem. W Jasieniu odbiliśmy na podrzędną drogę z początku brukowaną, a potem szutrową, która prowadziła do Chośnicy. Tutaj do wiatru dołaczyło kilka upierdliwych podjazdów, po których potrzebowaliśmy chwili, żeby się zebrać do kupy.

Trafiliśmy na szosę, którą opuściliśmy po 2 kilometrach. Na leśnej drodze dotarliśmy w końcu do rozwidlenia, na którym postanowiliśmy kierować się drogą, która wydawała się byc jakąś główniejszą. Po chwili jednak z naprzeciwka wyjechał nasz dobry znajomy, który powiedział, że to zły wybór. Pojechaliśmy więc drugą odnogą i po krótkiej walce z piaskami zameldowaliśmy się na punkcie kontrolnym numer 12.

Godzina 14:53, dystans 128,2km, PK12

Na punkcie siedziało dwóch bardzo młodych chłopaków, którzy byli zszokowani naszymi planami. Gdy słyszeli, że w nogach mamy 130km, a do PK13 jakieś 10km, potem drugie 10 do PK9, a do dwudziestki razem nieco ponad 30km, to szczęki im opadały. Mimo że cały dzień spotykali wariatów podobnych do nas, to jakoś nie docierało do nich, jakie dystanse na tym Harpaganie trzeba pokonywać ;-) Ponadto zdziwieni byli, że każdy przyjeżdża do nich z innej strony - a było w czym wybierać: dróg było co najmniej 5 dookoła.

Wskazali nam najdogodniejszą drogę do PK13 i w końcu się pożgnaliśmy. Oczywiście tradycyjnie tego dnia zbłądziliśmy, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Jechaliśmy cały czas piaszczystą drogą, na której dogoniliśmy znajomego sakwiarza, po czym skończyła nam się droga :-o W zasadzie mieliśmy wybór prawo-lewo, jednak nijak się on pokrywał z mapą :-| Pojechaliśmy więc w prawo, bo tam w razie czego była szansa wyjechania na szosę, którą jechaliśmy wcześniej.

I rzeczywiście - kilka kilometrów dalej trafiliśmy na utwardzoną drogę. Najpierw jednak czekał nas długi zjazd po bruku, który to skutecznie wymasował nam nadgarstki i stopy przez kilkadziesiąt sekund. Fajnie było :-))

Szosą dojechaliśmy do Parchowa (świetna nazwa, nie?), gdzie znów dojechaliśmy gościa numer 928. To że z nim tak się rozstawaliśmy i doganialiśmy,spowodowane było tym, że on znacznie szybciej decydował się na jakiś wybór kierunku jazdy. Jechał jednak wolniej, więc zawsze go dochodziliśmy.

Razem dojechaliśmy teraz do jeziora Mausz, przy którym miał się znajdować punkt numer 13. Jednak historia lubi się powtarzać i znowu były problemy. Bujaliśmy się we czterech wraz z jeszcze dwoma rowerzystami w tą i z powrotem jakieś pół godziny nie mogąc znaleźć "skrzyżowania drogi z ciekiem wodnym" :-| Tego było już za wiele...

Tutaj jednak dość szybko stwierdziliśmy, że nie ma co walczyć o pietrzuszkę i że trzeba jechać dalej. Doszliśmy do wniosku, że jest jeszcze jedna możliwość odnalezienia punktu, którą wypróbujemy. Jeśli się nie uda, to odbijemy na wschód prosto do szosy.

Założenie było takie, że znajdowaliśmy się nie przy tej części jeziora, co myśleliśmy. Postanowiliśmy jechać wzdłuż brzegu aż znajdziemy punkt lub będziemy pewni, że jesteśmy za daleko. Pomysłu nie podzielili dwaj jeźdzcy, którzy dzielili naszą niedolę poszukiwań trzynastki. Gościa numer 928 już z nami od dłuższego czasu nie było, bo wpadł na coś innego, a nie był skłonny się dzielić nowinami z innymi. Jak się jednak okazało wpadł na ten sam pomysł, co my i po kilkuset metrach spotkaliśmy go jadącego z przeciwnego kierunku :-) Dowiedzieliśmy się, że był on już miejscowości Grabowo Parchowskie, co oznaczało, że zdecydowanie nie tędy droga. Nie czekał jednak na nas i pojechał dalej zapewne z zamiarem dotarcia znaną już sobie drogą do szosy. My postanowiliśmy sobie jednak skrócić jazdę i skręciliśmy w pierwszą drogę, którą na czuja mielismy zamiar dotrzeć do szosy.

Zaczęliśmy walkę z morderczym podjazdem. Widok ze szczytu jednak wynagrodził nam trudy: w dole widniało pieknie lśniace jezioro, które po blizszym przyjrzeniu się, zaczęło przypominać kształtem jezioro z mapy :-) Jeszcze paręset metrów i zobaczyliśmy lampion. PK13 czekała na zdobycie :-))))

PK13Godzina 16:24, dystans 145km, PK13

Trafiliśmy tu w sumie przypadkiem, ale sprawiło nam to tyle radochy, że ponownie zaczęliśmy się cieszyć jak dzieci :-) Na punkcie chwilę posiedzieliśmy, zaś Trzmiel skorzystał z okazji, że akurat był tam też sędzia główny i nie omieszkał mu wypomnieć karygodnej pomyłki z października (uznanie jedynie połowy z zaliczonych PK). Sędzia stwierdził, że wynik poprawił, zaś na pytanie, czemu na dyplomie są złe dane, odpowiedział, że dyplomy są pisane zaraz po zawodach. Pytanie więc: po co dyplomy lub możliwość odwoływania się od decyzji sędziów???

Jakby nie było Harpagan 26 już dawno za nami, a teraz trzeba walczyć w kolejnej edycji. Sił fizycznych zaczynało nam już poważnie brakować, jednak psychicznie staliśmy teraz dużo lepiej dzięki odnalezieniu trzynastki. Z nowym zapasem zajawki ruszyliśmy krętą drogą pod górę, by po kilku minutach zjechać w dół do szosy. Skręciliśmy na miejscowość Nakla, którą to osiągnęliśmy po kilku zaledwie kilometrach. Stamtąd dalej szosą pognaliśmy w stronę Wygody i jakiś czas później odbiliśmy w las. Dość przyjemną szutrówką dojechaliśmy do nieczynnych torów kolejowych we wsi Róg. Dalej wzdłuż torów, aż w końcu zameldowaliśmy się na PK9.

Godzina 17:10, dystans 157,7km, PK9

Tutaj zaczęliśmy dojadać resztki dopalaczy i dopijać ostatnie krople PowerAde'a. Gdy się posilaliśmy, na dziewiątkę dojechał nasz znajomy, którego jakiś czas nie widzieliśmy. Oczywiście pochwaliliśmy się zaliczoną trzynastką :-)) Gdy się posililiśmy, korzystając z rady załogi punktu pojechaliśmy drogą niezaznaczoną na mapie do szosy. A na szosie wiadomo- tempo przyzwoite i sił mniej potrzeba. Dodatkowo dochodził element powrotu, a to zawsze powoduje przyspieszone kręcenie. W planach mieliśmy zaliczenie jeszcze co najmniej czwórki, a przy dobrym wietrze może i jedynki.

Teraz jednak skupiliśmy się na jeździe. Trzmiel w zasadzie cały czas ciągnął naszą kolumnę - zdecydowanie miał z nas najwięcej sił w zapasie. Po drodze czekały nas jeszcze ostre podjazdy i całość strasznie się jakoś dłużyła... Ale to chyba zmęczenie powodowało, że mieliśmy coraz bardziej ograniczone kojarzenie czaso-przestrzeni. Mi już się odechciało całkowicie patrzeć na mapę, gdyż wiedziałem jak mniej więcej wrócić do bazy i to mi wystarczało. Całe szczęście Trzmiel zachował trzeźwość umysłu i gdy dojechaliśmy do wsi Ugoszcz, nakazał nam się zatrzymać. Korzystając z pomocy miejscowych ustalił przybliżone położenie opuszczonego dworca PKP, gdzie miał być PK4. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.

Godzina 17:45, dystans 169km, PK4

Ostatni oddech przed metą. Teraz było już jasne, że jest to nasz ostatni punkt kontrolny tego dnia, gdyż osiągniecie jedynki byo zbyt ryzykowne i potencjalnie niewiele warte. Jeszcze tylko kilka fotek i dosiedliśmy rowerów, by przebyć ostatnie kilometry dzielące nas od mety. Wróciliśmy do głównej drogi w Ugoszczy i obraliśmy kierunek Bytów. Czuliśmy już przejechane kilometry w nogach i kolejne podjazdy wydawały się coraz bardziej strome i dłuższe... Nagrodą był jednak długi zjazd do samego Bytowa z prędkością ponad 50km/h. W mieście jakoś dziwnie skręciliśmy i na zamek zajechaliśmy z zupełnie innej strony niż powinniśmy. Gdy przekraczaliśmy linię mety, sędzia przez megafon oznajmiał czas zakończenia trasy.

Godzina 18:06, dystans 177,5km, META

Oddaliśmy swoje karty obsłudze, a w międzyczasie odnalazł nas Krasnal, który swojego Harpagana zakończył po około 100km. Nacykaliśmy jeszcze trochę zdjęć i udaliśmy się do szkoły, żeby jeszcze zanim wszyscy się zjadą, zdążyć się umyć. Wielkim rozczarowaniem dla nas był brak natrysków - ponad 150 rowerzystów miało do dyspozycji praktycznie tylko dwie umywalki, gdyż jedna była zapchana, a w drugiej jakiś inteligent urwał kran :-| Piechurzy po zakończeniu trasy pieszej też szczęściliwi nie byli...

Żebyśmy się przypadkiem nie przejedli...Udało nam się jednak w miarę odświeżyć, po czym udaliśmy się do stołówki po zasłużony obiadek. No właśnie - obiadek. Słowo mówi wiele - o ile na poprzedniej edycji porcja bigosu mogła w miarę nasycić, to teraz oferowane dania (kilka do wyboru) pozostawiały wiele do życzenia. Spójrzcie na zdjęcie - Krasnal zamówił mielonego, szkoda, że mu nie powiedzieli, że będzie sam kotlet ze śladową ilością warzyw :-( My z kolei wzięliśmy smażone kiełbaski, które zapchaliśmy frytkami. Za to jednak trzeba już było płacić...

Późnym wieczorem odbyło się tradycyjne zakończenie rajdu połączone z losowaniem nagród. Tym razem Trzmielowi się poszczęściło i jego numer został wylosowany, zaś on otrzymał jakiś przewodnik po powiecie bytowskim.

Zanim to wszystko jednak nastąpiło, postanowiliśmy uczcić tą edycję Harpagana (chociaż niezbyt dla nas udana) przy piwku. Znaleźliśmy lokal z wielkim trudem, ale się opłacało. Żywiec stał po 3,30 :-) Przy browarku obgadaliśmy nasze całodniowe wyczyny i wyciągnęliśmy wnioski na przyszłość. Na jesieni im pokażemy!!! ;-)))

Rumaki dzień 'po'Drobne podsumowanie

    Plusy:
  • świetna pogoda
  • świetna trasa
  • budząca się do życia przyroda i dzikie zwierzęta
  • super przygoda :-)
  • świetna załoga na niektórych punktach
  • zupełny brak problemów sprzętowych :-)
    Minusy (do przemyślenia dla organizatorów):
  • mapa na dwóch stronach arkusza - pomysł fatalny
  • opisy punktów - prawie wszędzie skrzyżowanie dróg - panowie, więcej inwencji!
  • nieczynna stołówka
  • brak natrysków
  • impreza w nocy przed startem - czy to już tradycja?
  • obijająca się obsługa na mecie - tym razem mi zanotowali czas o 12 minut późniejszy!, mimo że oddałem kartę razem z Trzmielem i Gliderem dokładnie tej samej osobie i w tym samym momencie:-|
    Do przemyślenia dla uczestników (czyli dla nas):
  • więcej w głowie niż w nogach
  • chociaż w nogach też się przyda ;-)
  • na tej edycji odnaleźliśmy zaginioną godzinę (patrz Harpagan 26), gdzie reszta???

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach