Harpagan 31W końcu nadszedł ten dzień. Po rocznej przerwie znów miałem stanąć na starcie mimo, że za każdym razem, gdy już tam stałem, zastanawiałem się po co ;) Jak zwykle z poślizgiem opuściliśmy Siedlce. Ruszyliśmy w drogę z zamiarem zabrania z Warszawy jednego piechura i jednego "mieszańca". Szyki nam pokrzyżowała awaria samochodu już w Mińsku Mazowieckim. Nie będę się rozwodził nad straconym czasem (i pieniędzmi) - dość powiedzieć, że w Bożympolu zjawiliśmy się przed godziną 23, czyli już dawno po starcie trasy pieszej. Rozpakowanie busa i przygotowanie siebie oraz rowerów zajęło nam trochę czasu, tak więc dopiero po północy dane nam było klapnąć na twardej podłodze sali gimnastycznej i rozkoszować się tymi kilkoma godzinami snu, które nam pozostały...

Poranek przywitał nas rzęsistym deszczem oraz bardzo niską temperaturą. Nie chciało nam się nawet wychylać nosów ze śpiworów, no ale... Rejestracja w biurze zawodów, śniadanko, szybkie pakowanie plecaków, ostatni rzut oka na rowery i ... Nie, jeszcze nie start - ten się opóźnia o pół godziny, tak więc dopiero o godzinie 7 dostajemy mapy i słyszymy...

POWODZENIA!

W drodze na PK19od organizatorów. Długo się nie zastanwialiśmy nad wariantem trasy - wybór w sumie sam się narzucał. Należało go tylko sprawnie zrealizować. Tyle teoria - a teraz praktyka :) W pełnym składzie tj. Ania, Gary, Szwagier, Trzmiel i ja ruszyliśmyna południe w celu zdobycia punktu numer 19. Sporym zaskoczeniem dla nas było to, że tak drogi punkt (za 5 pkt. wagowych) znajduje się 4km od bazy. To zapowiadało niespodzianki :) I tak też było - pierwsza już na samym początku - brak drogi, która na mapie była i konieczność objazdu piaszczystą drogą. Żeby nie było za łatwo, to w strugach deszczu, kopiąc się niemal po osie w piachu ;) trzeba nam było zacząć się wdrapywać ostro pod górę. Tutaj pożegnaliśmy się z Anią. W kość dostaliśmy mocno, po pewnym czasie straciliśmy orientację co do naszego położenia, czego efektem było klasyczne przekombinowanie i duża strata czasu :( Na szczyt Jeleniej Góry, gdzie mieściła się dziewiętnastka wdrapaliśmy się (dosłownie) dopiero po godzinie 8 :-o Jeszcze tylko trzeba było się wgramolić na wieżę obserwacyjną, żeby podbić karty i zrobić fotki i można było ruszyć dalej.

Przepoceni i zziajani ruszyliśmy w dół. Wygwizdało nas nieźle, ale adrenalina na długim i wyboistym zjeździe robiła swoje. Naszą zajawkę przerwała kolejna niezgodność rzeczywistości z mapą, jednak tym razem łatwiej podjęlśmy decyzję i po chwili... znów nie mogliśmy się połapać :/ Strumień był, jary i wzniesienia też, tylko układ dróg się nie zgadzał. Najgorsze, że trzeba było wybrać tą jedną właściwą. Pierwszy wybór był prawie dobry - prawie, gdyż aby dostać się na właściwą drogę musieliśmy pokonać głębokie koryto strumienia. I po raz kolejny czekała nas ciężka wspinaczka. Takie przeżycia zbliżają i zawsze dają tematy do rozmów z nieznajomymi :) Tym razem pogawędziliśmy sobie (a raczej posapaliśmy) razem z zawodnikiem z Otwocka. Po krótkiej wymianie opinii na temat Harpa i maratonów on został czekając na kolegów, a my pojechaliśmy dalej.

Do PK4 dojechaliśmy bez dalszych problemów nawigacyjnych. Niestety zaczęło mi doskwierać prawe kolano i to na tyle, że zacząłem się zastanawiać nad wycofaniem :/ Udało mi się na szczęście wypracować inny styl jazdy - taki, który ograniczał ból znacząco i pozwalał na jazdę - spokojniej, ale zawsze. Tutaj zdecydowałem, że jadę dalej już sam, nie chcąc opóźniać pozostałych Leniwców. Nie wiedzieć czemu, oni siedli mi na kole i tak sobie jechaliśmy szosą, a następnie ciekawą leśną drogą w stronę punktu numer 13. Po drodze zostaliśmy wyprzedzeni przez paru wycinaków, jednak na PK zjawiliśmy się przed nimi, gdyż my zastosowaliśmy skrót przez las, a oni chcieli nadrobić prędkością na szosie. Tym razem my byliśmy lepsi :)

Odpoczynek na trzynastceNa trzynastce pozwoliliśmy sobie na małe co nieco, parę fotek i krótką pogawędkę z sympatyczną obsługą :) Jednak co miłe, szybko się kończy - znów trzeba było wracać do ekstremy ;) Niezbyt odległy punkt numer 6 można było osiągnąć na kilka sposoób. My wybraliśmy nie najkrótszą, ale za to najprostszą nawigacyjnie oraz terenowo drogę przez Okalice i Zakrzewo. Dość długa jazda przez las oszczędziła nam sporo sił, które przydały się, gdy tylko wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń i zaczęliśmy zmagania z silnym wschodnim wiatrem. Przed Zakrzewem podczas błotnych kapieli Garemu zdarzyło się urwać przednią przerzutkę, co spowodowało drobne opóźnienie. Pomogłem mu się pozbierać i zdecydowaliśmy o kolejnym rodzieleniu się. Ja pojechałem dalej z Trzmielem, zaś Gary nieco za nami wraz ze Szwagrem. Linię lasu przywitaliśmy z niekłamaną radością, gdyż potworny wmordewind odbierał jakąkolwiek ochotę do jazdy. Po chwili zjawiliśmy się na szóstce, gdzie postanowiliśmy nie bawić zbyt długo. Kiedy my odjeżdżaliśmy, Gary ze Szwagrem dojeżdżali.

Kolejne kilometry przez las sprawiały, że traciliśmy wiarę we własne możliwości nawigacyjne, a to za sprawą mapy, która coraz częściej obnażała swoją nieaktualność. Póki co jednak udawało nam się z tym skutecznie walczyć za pomocą kompasu i przy odrobinie szczęścia, które zawsze się przydaje :) Problemy się zaczęły znowu, kiedy przekroczyliśmy granicę terenów wojskowych. Co prawda droga przyjemnie schodziła w dół i prowadziła przez malownicze tereny nadrzeczne, jednak sielankę tą przerwały wątpliwości co do naszego położenia. Byłem pewny, że przejechaliśmy skręt, jednak najgorsze było to, że żadnej drogi wcześniej nie było :/ Zdziwienie, zaskoczenie, powątpiewanie. Zdecydowaliśmy się przekroczyć rzekę, odnaleźliśmy szlak, którego postanowiliśmy się trzymać. Z grubsza wszystko nam się zaczęło zgadzać, jednak punktu dalej znaleźć nie mogliśmy. Kręciliśmy się tak już dobrą godzinę, gdy z pomocą przyszedł nam miejscowy. Uświadomił on nas, że jesteśmy gdzie indziej, niż myśleliśmy, że jesteśmy :/ Niestety, na niewiele się to zdało. Kolejne kilometry pod górę, a następnie zjazdy i znowu pod górę, i jeszcze raz z powrotem. Przeklinając na czym świat stoi zjeździliśmy całą okolicę :[ Już zarządziliśmy ewakuację, gdy spotkani po drodze piechurzy stwierdzili, że PK11 jest blisko i że droga jest banalna. Ok, znaleźliśmy punkt, ale wcale nie było tak, jak oni mówili - zresztą oni sami się zgubili, gdyż nie spotkaliśmy ich więcej mimo, iż wracaliśmy z jedenastki tą samą drogą...

Było coś około godz.13, zaś nasze liczniki pokazywały niesamowitą liczbę niemalże 60km(!). Postanowiliśmy odpuścić sobie piątkę (jak się później okazało niepotrzebnie - gdyż łatwo było tam trafić) i udaliśmy się na północ, by w Strzebielinie Morskim wyjechać na krajową szóstkę. Morderczy asfaltowy podjazd zakończył się skrętem na Kochanowo. Utwardzona nawierzchnia i znaczne wypłaszczenie się terenu umożlwiły nam pokonywanie znacznie większych odległości w krótszym czasie. Motywacja do jazdy zaczęła powoli wracać, zapominaliśmy o niepowodzeniach. PK18 zdobyliśmy bez żadnego problemu. Na miejscu szamanko batoników i prościusieńką drogą (tym razem chwiliowo z wiatrem) udaliśmy się w kierunku Góry Pomorskiej. Następnie po krótkim leśnym odcinku nasze opony znów zaczęły huczeć na twardym asfalcie. Za ciekawie jednak nie było, gdyż w twarz wiało niemiłosiernie. Najgorszy chyba był odcinek w okolicy elektrowni...

Połowa obsady piętnastki ;)Zaczęliśmy mijać się z innymi ekipami, które wybrały inny wariant trasy i teraz nacierały z północy. Jednak i oni, i my mieliśmy pod drodze piętnastkę - punkt, na który trzeba się było dostać pokonując dość ciężki kilometrowy podjazd. Jednak uśmiech dziewczyn-ratowniczek stanowiących obsadę punktu pozwolił zapomnieć o dopiero co doświadczonych trudach :) Po nieco dłuższej przerwie na posilenie się, wróciliśmy się do szosy tą samą drogą - tym razem w dół. Kolejne kilometry w stronę Żarnowca minęły nam naprawdę szybko - dzięki zasłonie z drzew cały czas jechaliśmy ponad 30km/h. PK17 to punkt banalny do znalezienia. Zaczął ponownie mnie dopadać kryzys. Ponowna jazda pod wiatr i dość mocne tempo Trzmiela zaczęły mnie wykańczać. Z drobną różnicą czasu między sobą dojechaliśmy do miejscowości Nadole. Tam zmusiliśmy lokalsa do podania nam najkrótszej drogi do Bychowa (tam po drodze był kolejny punkt). Dlaczego zmusiliśmy? Bo on koniecznie chciał wysłać nas do tej wsi asfaltem dookoła, coby nas w żaden sposób nie urządzało ;) Jednak wskazał nam drogę, lecz zgodnie z tym, co powiedział, jechać się nie dało :( Zaliczyliśmy więc niemalże kilometrowy spacerek w głębokim piachu ostro pod górę. Trzmiel był nieco szybszy i na dziesiątce zjawił się 2 minuty przede mną. I na tym zakończyła się nasza wspólna jazda. Kiedy on odjeżdżał, ja rozpakowywałem sobie kanapkę z pasztetem i wycierałem pot z czoła :)

W przeciwieństwie do Trzmiela (i paru innych osób) nie wybrałem niepewnej ścieżki, lecz skierowałem się w stronę Bychowa, zapewniając sobie łatwość nawigacji i jako taką pewność jakości drogi. Zmagając się z silnym wiatrem oraz coraz większym zmęczeniem dotarłem do Bychowa, a stamtąd prostą (chociaż strasznie nierówną) drogą do Gniewina. Już szosą dotarłem do Mierzyna, gdzie po raz kolejny obrałem wariant inny niż wszyscy, których spotkałem. Oni jechali w prawo (na zachód), ja zaś w przeciwną stronę. Na skraju lasu opuściłem asfalt, by prostą drogą dotrzeć w pobliże PK16. Tam też spotkałem dwóch panów z ekipy Łeb-ski Team, którzy również mając kłopoty z mapą (a jechali w sumie na swoim terenie), postanowili potraktować Harpagana jak wycieczkę terenową :) Wizyta na punkcie była krótka - czas naglił, a dystans jeszcze spory, szczególnie biorąc pod uwagę potencjalne podjazdy.

A trzeba przyznać, że do rangi podjazdu zaczęły urastać drobne zafałdowania terenu, których w normalnych okolicznościach nawet bym nie dostrzegał... Fizycznie czułem już kres sił, problemem stawała się jazda ponad 20km/h po asfalcie. Niecierpliwie spoglądając na zegarek oraz kontrolując mapę ze świadomością, że każdy błąd to ryzyko spóźnienia na metę, zmierzałem powoli, aczkolwiek dość równo w kierunku siódemki. Do samego punktu prowadził zjazd, na którym zamiast odpoczywać - dokręcałem. Wszystko po to, żeby zyskać sekundy, które razem mogłyby mi dać tą minutę lub dwie niezbędne do przybycia na czas...

Na mecieNie wiem, z czego to wynikało (poza niezgodnością mapy i terenu), ale gdybym był sam na tym punkcie, tobym pojechał źle :/ Całe szczęście sam nie byłem i wraz z kilkoma innymi rowerzystami pojechałem właściwą drogą w stronę Bożegopola. Wykrzesałem z siebie resztki sił i na opadającej drodze cały czas mocno dokręcałem chcąc utrzymać się na kole takiego jednego wycinaka (numeru nie pamiętam - za bardzo padnięty byłem ;)). Sztuka mi się w sumie udała i praktycznie do samej miejscowości zasuwałem dość ostro - teraz jednak wiedziałem, że na bank zdążę, więc walczyłem już tylko o lepszy czas.

Na mecie zjawiłem się po 11 godzinach i 27 minutach jazdy. Przejechałem w sumie 150km ze średnią niecałe 18km/h. Statystyki z pulsometru mnie bardzo zaskoczyły, gdyż tak niskich tętn nie miałem nawet podczas naszych leniwych wypadów (chociażby ostatniego do Fronołowa). Nie zmieniło to jednak faktu, że zmęczony byłem totalnie, zaś tą edycję Harpagana zgodnie okrzyknęliśmy najtrudniejszą z dotychczas przez nas zaliczonych. I jak zwykle bywa - emocje towarzyszące imprezie spowodowały, że zapowiedzieliśmy już nasz udział w jesiennym rajdzie, oczywiście z zamiarem pokazania im wszystkim ;)

Oficjalne wyniki, trochę zdjęć i relacje na oficjalnej stronie Harpagana.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach