III Triathlon SiedleckiMój dzień organizatora rozpoczął się bardzo wcześnie, bo już o 5 rano, kiedy to budzik drwiąco oznajmił mi, że czas najwyższy kończyć i tak za krótką regenerację po weselnych hulankach. Dwie godziny później byłem już w Siedlcach i kiedy dojeżdżałem na plac boju, jedna myśl zaprzątała mi głowę: "jeśli przesunęli godzinę rozpoczęcia prac, to się pogniewamy". Całe szczęście dla moich relacji z pozostałymi Leniwcami i sympatykami cała ekipa już się krzątała nad zalewem.

Główny podział zadań był prosty - na moje barki stanęło wytyczenie i organizacja strefy zmian oraz korytarzy dolotowych i wylotowych z tejże. Wszystko poszło dosyć sprawnie, zajęliśmy się więc pomocą pozostałym grupom przy tworzeniu biura i strefy dla zawodników oraz wytyczaniem niektórych fragmentów trasy. Nad naszymi głowami kłębiły się czarne chmury, nie wróżące nic dobrego, ale jak się później okazało, to te same czarne chmury zapewniły, że trzecia odsłona Triathlonu Siedleckiego była wyjątkowa.

Kiedy biuro zaczęło funkcjonować zacząłem powoli zmieniać swoje role - jako zawodnik odebrałem swój pakiet, by po chwili znów jako organizator upewniać się, że powoli przybywający na miejsce startu triathloniści znali odpowiedź na każde pytanie, jakie przyszło im do głowy w związku z wyścigiem. Nieco później ponownie stanąłem w kolejce do biura, żeby dać się podstemplować numerem startowym. Tak sobie wymyśliliśmy, że pierwsza dwudziestka open z zeszłego roku otrzyma numery startowe zgodne z zajętym miejscem na poprzednich zawodach. Dumnie napiąłem więc biceps, kiedy przybito mi krągłą dziewiątkę. Potem jeszcze jeden odcisk na owłosionej łydzie i mogłem ponownie przekształcić się w orga. Czym bliżej samego startu, tym natarczywiej atakowały mnie wizje poprawienia zeszłorocznej lokaty, ustanowienia jakiegoś osobistego rekordu (tu po cichu liczyłem na bardzo mocny bieg), może pokonania Kuby Bieleckiego (z którym w zeszłym roku ramię w ramię wyszedłem na ostatni etap, którego tempa niestety nie wytrzymałem), a na pewno już sportowego zmiażdżenia drugiego orga-zawodnika: Jaśka.

Deszcz sobie siąpił. Czasem nawet padał. Ale mimo to było dosyć ciepło, bo raczej bezwietrznie. Ciekaw byłem, ile osób pokona pogoda i jak się później okazało, całkiem sporo (na starcie ostatecznie stanęło w sumie 160 osób z ponad 190, które opłaciły wpisowe). Mnie natomiast osobiście jedna kwestia nie dawała spokoju - zakładać koszulkę na rower, czy jechać w startówce triathlonowej, innymi słowy - zmarznę czy nie zmarznę? ;)

Wyścig dzieci. Udało mi się w 100% przestawić na rolę organizatora. Niestety zmuszeni byliśmy opóźnić start, ze względu na pokaźnych rozmiarów wandalizm trasy. Szkoda było patrzeć na trzęsące się z zimna dzieciaki oczekujące w mżawce na start. Po odprawie technicznej i upewnieniu się co do tego, że wszyscy wiedzą, jak zawody mają przebiegać, odliczyłem od 5 i odtrąbiłem sygnał startowy. III Triathlon Siedlecki na krótkiej trasie właśnie się rozpoczął!

Dzieciakom brakowało techniki w wodzie, ale na pewno nie ducha. Walka była zacięta i mimo że to tylko 100m, to widać było, że nie było lekko. Ciekawostka - jako 5. z wody wyszła 9-letnia dziewczynka, której bynajmniej nie był to pierwszy start w triathlonie. Chwilę później nie pozostawiła co do tego żadnych wątpliwości opuszczając strefę zmian na drugiej pozycji nie tracąc zbędnie czasu na wycieranie nóg, przebieranie się, tudzież inne czynności nie związane z rywalizacją. Jak doświadczona zawodniczka zapięła tylko kask, założyła buty i pognała na podbój trasy rowerowej.

Zakończony wyścig dzieci to jednocześnie znak, że główny start tuż, tuż. Wysłaliśmy na trasę rowerową jeszcze dwa zwiady, żeby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Ja zająłem się jeszcze rozmieszczeniem dodatkowych wolontariuszy w newralgicznych miejscach. Mając grubo ponad setkę zawodników na trasie nie mogliśmy sobie pozwolić na jakikolwiek problem z oznakowaniem. Kiedy upewniliśmy się, że można zaczynać, szybko wskoczyłem w piankę i pognałem na brzeg, gdzie jeszcze musiałem chwilę poświęcić na odprawę dla dorosłych. Gwar był dość duży i moje słowa z trudem docierały do zainteresowanych. Nic dziwnego - było chłodno (szczególnie, jeśli ktoś właśnie wyszedł z wody) i wszyscy z niecierpliwością czekali na start. A sam start został bardzo mocno przyspieszony przez ulewę, która nagle się pojawiła i zdecydowanie skróciła odprawę. Czepek na głowę, okulary na oczy i spokojnym rozgrzewkowym kraulem popłynąłem sobie w stronę pierwszej boi, gdzie upatrzyłem sobie dobrą pozycję startową. Problemy organizacyjne zostawiłem już pozostałym, teraz byłem tylko i wyłącznie zawodnikiem.

Raz, dwa, trzy, oddech, raz, dwa trzy, oddech, nawigacja, raz, dwa trzy, oddech... Kiedy spojrzałem przez prawe ramię coś mnie zaniepokoiło. Zrobił się szum i zamieszanie, a linia startowa zaczęła mi się oddalać. Co żesz?! Wystartowali?! Niezbyt optymistyczny początek dla kogoś, kto przepracował całkiem mocno ładnych parę miesięcy i kto planował powalczyć o czołowe lokaty. Przede mną 150 osób, z czego pewnie coś około połowy z niewielkim doświadczeniem, a czołówka już na dobre się rozpędziła. O co to, to nie! Ogień! Miałem płynąć średnio intensywnie, żeby wyjść w miarę świeżym z wody. Ale w obecnej sytuacji pozostało mi tylko jedno - cisnąć, ile się da. Załączyłem program wyprzedzania oraz unikania konfrontacji. Wymagało to ode mnie zaliczenia pierwszego odcinka długim łukiem, ale się opłaciło - nie tracąc sił na bezpośrednio walkę i kontakt fizyczny z rywalami, dopłynąłem sprawnie do nawrotu. Tam zrobiło się ciasno, ale wyczułem, że dominuję nad znajdującymi się tam osobami kondycyjnie i technicznie. Bardzo szybko wykorzystałem skrawki wolnej przestrzeni i już nawigowałem do drugiej boi. Zanim doleciałem do nawrotu w stronę brzegu, za sobą miałem już zdecydowaną większość stawki. Przede mną jakieś kilkanaście osób. Ogień!

Do roweru miałem bardzo krótki dobieg, ale udało mi się zrobić, co trzeba - rozpiąć i zsunąć piankę, zdjąć czepek i okulary. Przy samym rowerze miałem lekki problem z błędnikiem, ale chyba nie ja jeden. Przede mną stał Kuba Bielecki, który podobnie jak ja szamotał się z pianką i pozostałym sprzętem. Jaśka jeszcze nie było. To mi dodało skrzydeł i zaliczyłem chyba najszybszy w życiu bieg w butach rowerowych. Mata pomiarowa i ogień! Nie pozwolę, by spóźniony start zaważył na moim wyniku. Ból w udach? Trudno - wytrzymam. Śliska trawa - jednak czasem trzeba będzie hamować, ale tylko czasem. Pierwsze kilkaset metrów i już byłem w pierwszej dziesiątce. Na około 2. kilometrze widziałem przed sobą dwóch reprezentantów WTT - Kubę i Wieśka. Wyprzedziłem ich. Obejrzałem się jeszcze, czy przypadkiem Kuba nie atakuje, ale odpuścił. Cisnę! Błoto, piach, lekki podjazd, ból! Ogień!

Z rytmu mnie wybiła gałąź, którą złapałem w koło. Ale te 5 sekund straty nie zmieniło mojego celu - cisnąć, ile wlezie. O dziwo, nie martwiłem się, jak potem pobiegnę - wiedziałem, że rower musi być na maksa. Nawet fakt, że przede mną nie widziałem nikogo, nie osłabił tego postanowienia. Natomiast pojawił się dodatkowy motywator - za mną niebezpiecznie szybko zaczął się zbliżać zawodnik w pomarańczowej koszulce. Kiedy mnie wyprzedził, usiadłem mu na koło. I tu złapałem chwilowego doła, bo utrzymałem się jakieś 200m, a potem mnie objechał jak furmankę. Nie znałem gościa, ale poznałem później i już się nie dziwiłem - to Piotr Łobodziński, specjalista od biegania po schodach, jak widać jazda w kopnym piachu także nie sprawiała mu problemu.

Do strefy zmian po drugiej pętli wpadłem jak szalony. Bloki się pozapychały, rzepy nie współpracowały, co skończyło się tym, że biegłem z rowerem na bosaka w ręce trzymając jednego buta, którego zdjąłem podskakując na jednej nodze tuż po tym, jak zeskoczyłem z roweru. Tego jeszcze nie przerabiałem ;) Czterdzieści trzy sekundy - tyle zajęło mi przebiegnięcie około 100m z rowerem, zostawienie roweru w boksie, zdjęcie kasku, zmiana butów i wybiegnięcie na trasę trzeciej części wyścigu.

Ogień! Doping kibiców mimo kiepskiej pogody był niesamowity. Nogi aż same mnie niosły. Obejrzałem się za siebie, a tam nikogo. No to lecimy - szóste miejsce, które aktualnie miałem, wydawało się realne do utrzymania. Po 500m poczułem, że rower przejechany w trupa daje o sobie znać. Tempo 4'/km musiałem odpuścić i biegłem po około 4'20"/km. Obejrzałem się ponownie - jakieś 100m za mną Kuba oraz Piotr Małek. O nie, nie, nie - nie damy się. Podkręciłem tempo. Ale na wejściu na groblę wokół zalewu musiałem ponownie zwolnić. Obejrzałem się - Kuba biegnie już sam, Piotrek został za nim. Ok - uciekam. Mniej więcej po przebiegnięciu 1,2km coraz głośniejszy ciężki oddech Kuby oznajmił mi, że jest blisko, coraz bliżej. Wyprzedził mnie. Ogień! Złapałem plecy i próbowałem utrzymać tempo. Znowu około 4'/km. Za mocno, lekko odpuszczam z zamiarem kontrolowania odległości. W międzyczasie z naprzeciwka nadbiegła ścisła czołówka z Twisterem na czele z dużą przewagą. Zaliczam nawrót i widzę Jaśka. O nie, nie, nie - nie damy się. Czułem, że to bardziej życzenie niż realna szansa, bo przewaga może 200m, którą miałem, była niczym, skoro przed nami jeszcze 1,5km. Teraz zacząłem wymijać więcej zawodników, sporo znajomych twarzy. Postanowiłem nie oglądać się za siebie, tylko biec najmocniej, jak się dało, ale nadal równo. Nie chciałem dać się za bardzo podpalić do rywalizacji z Jaśkiem - jeszcze nie teraz - bliżej mety tak - ale jeszcze nie teraz.

Niecały kilometr do mety i "biegniemy razem czy walczymy?" - Jasiek właśnie mnie wyprzedził. "Biegniemy" - powiedziałem - "ciekawe, czy się utrzymam" - pomyślałem. I znowu 4'/km, a chwilami szybciej. Treść żołądka niebezpiecznie blisko gardła, ale przebieram tymi nogami. No co - kilometra nie przebiegnę, jak jeszcze 3 tygodnie temu robiłem w tym tempie 8 x 1km? Cisnę!

A jednak nie przebiegnę - musiałem odpuścić, Jasiek pobiegł dalej, oglądał się na mnie, czasem nawet na chwilę zwalniał, ale dla mnie to nadal za mocno było. Trzysta metrów do mety obejrzałem się za siebie, czy przypadkiem nie nadciąga jakieś zagrożenie. No i nadciągało - Piotr Małek był niebezpiecznie blisko. Teraz już nie miałem dla siebie litości - ogień! Ogień! Ogień! "Będę rzygał". Ogień!

Tuż przed metą Jasiek poczekał na mnie i linię przekroczyliśmy niemal jednocześnie, oczywiście nie byłem świnią i jednak puściłem go przodem ;) Nie zmieniło to faktu, że potrzebowałem około minuty na uspokojenie organizmu i przekonanie go, że "paw" to nie najlepszy pomysł przed kamerami i w obiektywach aparatów fotograficznych. Mój czas to 50 minut z jakimiś sekundami. Wygrał Twister, a jak ja dobiegałem zadowolony z ósmej lokaty, to on już od pięciu minut odpoczywał na mecie! Szok. Dwie minuty po mnie finiszował Grzesiek, co dawało już trzech Leniwców w pierwszej dziesiątce. Ładnie :) Na zwyciężczynię wśród kobiet czekaliśmy kolejne 3 minuty.

Wymiana wrażeń i ponowna zmiana ról. Już jako organizator zacząłem przymierzać się do dekoracji w poszczególnych klasyfikacjach, w tym w tej najśmieszniejszej dla wąsaczy. Wszystko poszło dość sprawnie, najlepsi dostali cenne nagrody, potem wspólna fotka, a gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, dla nas rozpoczął się kolejny etap - sprzątanie. Ekipa była dość duża i sprawna, więc w 2 godziny się ogarnęliśmy. Pełen sukces - i sportowo, i organizacyjnie. A te czarne chmury, to był tylko smaczek: pływanie w ulewie okazało się bardzo przyjemne, natomiast rower na zmoczonej trasie dał w kość podwójnie. Najważniejsze, że na mecie były same uśmiechy i duma z pokonanej (niełatwej) trasy.

Zdjęcia i wyniki na stronie III Triathlonu Siedleckiego oraz na naszym profilu na Facebooku.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach