Gdzieś w górach...Poniedziałek - 13 września

5 rano - pobudka. O zgrozo! Zimno, ciemno, ale trzeba się szykować na pociąg o szóstej z minutami. Jak na PKP przystało pociąg stał nie wiadomo po co na stacji, więc na dzień dobry mieliśmy opóźnienie względem rozkładu o dobre 15 minut. Daruję już sobie w tym miejscu moją opinię o kolei, bo oto już około ósmej byliśmy na wschodnim, gdzie czekał na nas już Glider ze swoją Nexią WRC ;-)

Zapakowaliśmy nasze rumaki na dach i w drogę. Nie spodziewaliśmy się niezliczonej ilości remontów na trasie, toteż na miejscu w Szklarskiej Porębie zjawiliśmy się kilka godzin później, niż wcześniej było zaplanowane, bo dopiero około 17. Całe szczęście szybko znaleźliśmy zakwaterowanie w Górnej Szklarskiej. Ponadto postanowiliśmy darować sobie większe żarcie, żeby móc jeszcze tego dnia się rozeznać w okolicy i poczuć odrobinę wolności na rowerkach po całym dniu jazdy. Świadomi zbliżającego się zmroku dosiedliśmy pojazdów i ruszyliśmy w dół do centrum miasta. Dalej obraliśmy już kierunek na zielony szlak, który miał nas zaprowadzić do wsi Michałowice.

Szlak od razu nas mile zaskoczył. Dość szeroka ścieżka wiła się na pewnej wysokości przez las z jednej strony ograniczona niedostępnymi skałami, z drugiej zaś głębokim korytem rzeki. Co chwila wznosiliśmy się i opadaliśmy, gdzieniegdzie trzeba było mocniej zacisnąć hamulce, żeby przypadkowo nie zjechać do wody. Droga była o tyle przyjemna, że momentami należało wspinać się na wyżyny własnych umiejętności technicznych, szczególnie na podjazdach, gdzie musieliśmy lawirować pomiędzy wielkimi kamieniami nie posiadając żadnego zapasu w przełożeniach, żeby w razie czego mocniej przycisnąć - prawie każdy podjazd braliśmy z małej koronki.

Do Michałowic zawitaliśmy po dość szybkim zjeździe. Tam czekało nas parę set metrów asfaltem, skąd znów odbiliśmy do lasu zgodnie z oznaczeniami zielonego szlaku. Teraz trasa była już znacznie łatwiejsza, choć prawie cały czas musieliśmy się wspinać, aż prawie osiągnęliśmy Grzybowiec (752m n.p.m.). Jakieś 20 metrów niżej szlak odbił i skierował nas na dość szybki zjazd najpierw ścieżką, a potem już jakąś drogą pożarową, na której się trochę nagimnastykowaliśmy przeskakując nieregularnie rozmieszczone bale, które zapewne miały wzmacniać drogę i zapobiegać jej osuwaniu się. Na tej właśnie drodze gęsto usianej średniej wielkości kamieniami Trzmiel złapał pierwszą gumę. Mieliśmy więc nieplanowany postój o tyle nam nie na rękę, że mieliśmy mało czasu.

Awaria szybko została pokonana i ruszyliśmy dalej. Bardzo szybko znaleźlismy się w Jagniątkowie. Tam główną drogą przecięliśmy miejscowość i skręciliśmy znów na szlak. Teraz przestało już być tak różowo, gdyż robiło się naprawdę późno, a rzeczywistość całkowicie przestała nam się zgadzać z mapą. Z pomocą miejscowych trafiliśmy na rowerowy szlak, który miał nas zaprowadzić prosto do Szklarskiej. Trudno mi teraz nawet powiedzieć, jak jechaliśmy - jedno jest pewne: zaczęło się robić ciemno, a my nie potrafiliśmy znaleźć siebie na mapie :-(

W końcu dotarliśmy do Szklarskiej Dolnej, gdzie jakiś chłopak udzielił nam dalszych wskazówek i już po zrmoku dostaliśmy się do naszego domku. Dystans jak i czas przejażdżki niewieli, bo to przecież miała być rozgrzewka. Wieczorem postanowiliśmy tak planować trasy, żeby o 18 być na miejscu. Wtedy zawsze w zapasie czekałaby godzinka na nieprzewidziane okoliczności, których jak się okaże parę nas spotkało.

Dystans: 28km

Wtorek - 14 września

Dzień nam się rozpoczął około 9 tradycyjnym: "Trzeba pchnąć to gówniane życie do przodu!" ;-) Pogoda była ładna i zachęcała do jazdy. Zresztą, jaka by nie była, i tak byśmy jeździli ;-P Naszym celem na dziś była Szrenica. Krótka rozmowa z właścicielem domu uswiadomiła nam, że podjazd zaplanowanym przez nas szlakiem bedzie "bystry".

W bojowych nastrojach ruszyliśmy do centrum, gdzie odbiliśmy na szosę w kierunku Jakuszyc. Po krótkiej wspinaczce skręciliśmy na czerwony szlak, który początkowo lekko się piął pod górę, by po chwili pokazać pazury - a raczej strzaszne kocie łby, ostre, wielkie kamienie i duże nachylenie. Wszystko to razem w pewnym momencie uniemożliwiło nam jazdę i dość spory jeszcze odcinek pod Wodospad Kamieńczyka musieliśmy pokonać pieszo. Bolało nas to tym bardziej, że po drodze mijaliśmy jakąś wycieczkę i niestety mimo prężęnia się, stękania i cudów ekwilibrystycznych nie udało nam się pokazać, jacy z nas twardziele ;-) Trzeba było grzecznie podprowadzać rowery...

Glider na podjeździe na SzrenicęPrzy wodospadzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę, po czym dosiedliśmy ponownie naszych rowerów. Nachylenie się nie zmieniło, za to droga była teraz już przyzwoita i nie wybijała z rytmu. Jeszcze tylko przymusowy postój na kupno biletów wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego i ruszyliśmy od razu ostro pod górę. Droga została poprowadzona zgodnie z polskimi normami, czyli bezpośrednio przecinając poziomice najkrótszą z możliwych tras ;-) Bardzo szybko zaczęliśmy odczuwać brak jeszcze lżejszych przełożeń mimo, że posiadane przez nas kasety miały koronki po 34 zeby :-o Jak się okazało, "bystro" dopiero się zbliżało - za lekkim łukiem droga sprawiała wrażenie, jakby dopiero teraz miał zacząć się podjazd...

Potwornie spoceni brnęliśmy jednak dalej poruszając się z prędkością tylko nieco większą od prędkości piechurów. I to właśnie pełne podziwu i szacunku spojrzenia pieszych turystów dodawały nam sił, które pozwoliły z wielkim trudem dotrzeć do Hali Szrenickiej, na której zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Niestety zbyt długo nie mogliśmy odpoczywać, gdyż zimny wiatr stwarzał realne zagrożenie złapania jakiegoś choróbska.

Zaraz za schroniskiem na Hasli Szrenickiej spotkaliśmy wycieczkę, która zgodnie stwierdziła, że nie damy radę podjechać na Szrenicę. Nie chciałem się kłócić, bo nie wiedziałem, co nas dalej czeka, ale w duchu pomyślałem sobie pewnie to samo, co chłopaki: "Ja nie dam rady?! Patrzcie i podziwiajcie!" ;-) Łatwiej pomyśleć, trudniej zrobić, heh. Droga szła ostro pod górę, kręciliśmy cały czas na młynku, aż w pewnym momencie zaczęło się wypłaszczać i dało się już wrzucić nawet średnią koronkę. Ostatnie sto metrów pod schornisko na Szrenicy było jednak bardzo strome, ale i tak dalismy radę :-)

Na górze wiało nieziemsko. Schowaliśmy się do budyku, uzupełniliśmy zapasy wody, zrobiliśmy parę zdjęć i po konsultacjach z mapą zjechaliśmy tak, jak podjeżdżaliśmy jakieś 300 metrów. Z głównej drogi skręciliśmy w lewo ignorując wielki znak zakaz jazdy rowerami. Chwilę potem znaleźliśmy się na moment po czeskiej stronie przy Svinskich kamenach. Nieco niżej, kiedy byliśmy już z powrotem w Polsce, skręciliśmy w lewo na zielony szlak, który według mapy miał lekkim zjazdem okrążać Szrenicę. Tak było, jednak ścieżka tylko na początku była możliwa do przejechania. Po kilkuset metrach zaczęły się ogromne rumowiska głazów i chcąc nie chcąc, musieliśmy rowery wziąć na plecy i przenieść dobrych parę kroków, aż znów można było ich dosiąść.

Minęliśmy wyciąg i dość szeroką drogą powrócilismy na Halę Szrenicką. Tam z pewnymi kłopotami odnaleźliśmy ledwie widoczną ścieżkę stanowiącą kontynuację zielonego szlaku. Początek zapowiadał się bombowo - jechaliśmy po łące, co chwila pokonując rozmaite kładki i mosteczki na ciekami wodnymi. Ścieżka robiła się coraz bardziej trudna technicznie, jednak skoro był to zjazd, to nie przeszkadzało nam to za bardzo. Aż do czasu, gdy jechać już się nie dało ze względu na wiele powalonych drzew i bagniste tereny... Przemaszerowaliśmy ładny kawałek przez resztki lasu niegdyś zaatakowanego przez plagę korników.

"Spacerek" trwał dobrą godzinę, aż w końcu dotarliśmy do Rozdroża pod Przedziałem, skąd już dość dobrą drogą gruntową zjechaliśmy prosto do szosy na Jakuszyce. Skręcilismy w kierunku granicy, by po paru kilometrach odbić w prawo na szlak rowerowy, który bardzo delikatnie opadał i się wznosił. Szeroka drogą doprowadziła nas do opuszczonych torów i po chwili do wyeksploatowanych kamieniołomów. Tam też postanowiliśmy zrobić przerwę i podjąć decyzje odnośnie dalszej trasy.

Jak się szybko okazało, skręciliśmy na szlak za wcześnie. Obrana przez nas droga bardzo szybko doprowadziłaby nas do Szklarskiej, a że pora była jeszcze wczesna, zaczęliśmy szukać inych rozwiązań. Były w zasadzie dwa: albo wracamy do szosy i naprawiamy w oczywisty sposób nasz błąd, albo cofamy się nieznacznie i wykorzystując zaznaczone na mapie drogi pożarowe przecinamy las i wzniesienia i docieramy do właściwego szlaku. Jako że nie lubimy jeździć dwa razy tymi samymi drogami, a także nie lubimy iść na łatwiznę - wybraliśmy wariant drugi.

Od samego początku byliśmy z wyboru zadowoleni - droga pięła się pod górę, jednak była w bardzo dobrym stanie i wydawało się, że bez problemów doprowadzi nas do celu. Po kilkunastu minutach droga niepokojąco zaczęła się zwężać, aż w końcu zniknęła zupełnie na bagnistych terenach. Jakiej pozostałości ścieżki udało nam się namierzyć po dłuższym zastanowieniu. Nieco podenerwowani dotarliśmy w ten sposób do zrujnowanego mostu nad strumieniem prawdopodobnie nazywającym się Rychlik. Niestety nie potrafiliśmy zbyt precyzyjnie określić naszego położenia, jednak analiza mapy wykazała, że idąc w górę strumienia dotrzemy do szlaku. Niezbyt zadowoleni znów wzięliśmy rowery pod pachę i zaczęliśmy przedzierać się przez haszcze, mchy i powalone drzewa. Taktyka jednak okazała się słuszna, gdyż po paru minutach męczarni ujrzęliśmy jakichś ludzi i wkrótce znaleźliśmy się na Szklarskiej Drodze. Tym razem już zadowoleni z siebie ruszyliśmy rowerami pod górę na wschód, tak jak wcześniej planowaliśmy. Minęliśmy kopalnię kwarcu i cały czas trzymając się oznaczonego szlaku... znów się pogubliśmy :-( Tym razem nie mieliśmy sobie jednak nic do zarzucenia - cały czas śledziliśmy oznaczenia. Zastanawialiśmy się nas naszą sytuacją dłuższą chwilę, aż ustaliliśmy, że prawdopodobnie oznaczenia były lipne, bo nagle z trzykolorowego szlaku zrobił się jednokolorowy. Poza tym wszystko raczej nam się zgadzało z mapą - był delikatny zjazd, kopalnia. Nie, nusieliśmy jechać dobrze!

Jak pech, to pechŻe jechaliśmy jednak źle, okazało się paręnaście minut później, kiedy długą prostą dotarliśmy do czerwonego szlaku i po chwili do Zakrętu Śmierci nieopodal Szklarskiej Poręby. Po chwili oddechu odbiliśmy na czarny szlak, który zajefajnym zjazdem poprowadził nas do Zbójeckich Skał. Tam ostro zakręcając w prawo znów zaczął się szybki i kręty zjazd, którym dotarliśmy w końcu do Szklarskiej Poręby Średniej. Zrobiliśmy popas pod sklepem i dalej ruszyliśmy trzymając się czarnego szlaku, na którym Trzmiel znów przebił dętkę. Wywróżyłem mu wtedy średnio jedną gumę dziennie i jak się okaże na koniec ani trochę się nie pomyliłem ;-)

Wkrótce po załataniu dziur (bo to był snake) dotarliśmy do szosy, którą przecięliśmy trzymając się cały czas czarnego szlaku. Po dłuższej chwili w lesie ujrzęliśmy Wodospad Szklarki, od którego szedł szlak rowerowy... po schodach w górę :-o Przyzwyczajony już do warszawskich ścieżek rowerowych za bardzo się nie zdziwiłem ;-) Kolejny raz rower wylądował na plecach.

Ostatecznie dotarliśmy jednak do ścieżki, którą dało się jechać. Wskutek drobnego błedu nawigacyjnego skróciliśmy sobie nieco drogę i zamiast dotrzeć Czeską Drogą do Drogi pod Reglami, znaleźliśmy się szybko na ulicy 1 Maja, która zaprowadziła nas bezpośrednio do centrum. Stamtąd już tylko w miarę lekki podjazd do kwatery i około 18 zakończyła nam się przygoda tego dnia. Jeszcze tylko wciągnęliśmy spaghetti, browarka, trochę pograliśmy w karty i grzecznie około 22 poszliśmy spać w poczuciu nieźle spełnionego obowiązku.

Dystans: 45km, AVS: 11km/h

Środa - 15 września

Przebudzeni około dziewiątej z niepokojem spojrzęliśmy za okno. Spodziewaliśmy się co najmniej jakiejś katastrofy pogodowej, gdyż w TV zapowiadali nie lada niespodzianki na poranek. W zamian czekało nas prawie bezchmurne niebo i bardzo rzeźkie, zimne powietrze. Po wyjściu z domu okazało się, że owszem padało, ale w nocy albo bardzo wcześnie rano, bo jedyne tego znaki, to pozostałe niewielkie kałuże tu i ówdzie.

Około 10.30 ruszliśmy na podbój Drogi pod Reglami. Zgodnie z nazwą była to normalna szutrowa droga wijąca się łagodnie pomiędzy drzewami cały czas mniej więcej na tej samej wysokości. W cieniu drzew doskwierało nam przeraźliwe zimno, tym bardziej, że jazda szlakiem nie wymagała znacznych nakładów sił, zaś sami nie chcieliśmy się szarpać, bo nie wiedzieliśmy, co nas jeszcze czeka tego dnia.

A czekało wiele :-) Wkrótce dotarliśmy do Przesieki, gdzie zgodnie ze znakami skierowaliśmy się na Przełęcz Karkonoską. Spodziewaliśmy się ostrego podjazdu, gdyż droga na mapie przecinała kolejno niezliczone ilości poziomic. Jednak to, czego doświadczyliśmy przeszło nasze wyobrażenia o hardcorowych podjazdach! Początek był umiarkowany, choć w zasadzie od razu każdy z nas zrzucił na najmniejszą koronkę. Ale w zapasie mieliśmy jeszcze kilka koronek na kasecie. Każdy swoim tempem pokonywał kolejne setki metrów pod górę.

Pierwszy szok przezylismy po kilku już zakrętach - podjazd, który uskutecznialiśmy od kilku minut wydawał się być płaską drogą w porównaniu do tego, co teraz przed nami wyrastało :-o Redukcja na młynek... i tak zostało już do końca... Droga pięła się niemiłosiernie ostro pod górę. Po pewnym czasie osiągnęliśmy Drogę Sudecką, na której płaskim odcinku mieliśmy chwilę wytchnienia. Jednak nie za dużo, gdyż nasz szlak przecinał tą drogę i co gorsza stawał się coraz bardziej stromy. Wszelkie rozmowy już ustały, żaden z nas nie oglądał się już na pozostałych. Słuchaliśmy tylko rytmu wybijanego przez nasze serca i cisnęliśmy w pedały ile sił w nogach osiągając zawrotne prędkości rzędu 6-7km/h.

Kolejne zakręty przynosiły nam kolejne niespodzianki. Nie dość, że nie doświadczaliśmy praktycznie żadnych wypłaszczeń, to na dodatek droga co jakiś czas zwiekszała nachylenie. Oczywiste było juz dla nas, że droga ta zostałą wybudowana wg polskiej technologii tj. na górze lejemy asfalt i którędy on spłynie (zazwyczaj najkrótszą trasą), tam będzie droga... Najgorsze było jednak to, że po kilkudziesięciu minutach szczytu nadal nie było widać, w zamian na asfalcie zaczęły się pojawiać tajemnicze liczby - 5000, potem 4000. Kiedy przy 3000 dotarło do nas, że to dystans do przejechania do przełęczy, to nas krew prawie zalewała...

Tysiąc powitaliśmy z pewnym ożywieniem, zaś 500 z nieukrywanym entuzjazmem. Jednak żeby nam za dobrze nie było, ostatni odcinek bił nachyleniem na głowę wszystko, co do tej pory przejechaliśmy - pierwszy raz w życiu młynek nie wystarczał do w miarę luźnego podjeżdżania, trzeba było ostro naciskać na pedały cały czas nachylając się mocno do przodu, żeby przypadkiem fikołka w tył nie zaliczyć. Najgorzej na psychę działał jednak strasznie zimny wiatr, który w połaczeniu z ogromnym spoceniem nie wróżył nic dobrego. Nieco przemarznięci osiągnęliśmy w końcu Przełęcz Karkonoską (1198m n.p.m.) po około 1h20min pokonując w sumie prawie ośmiokilometrowy podjazd.

We względu na potworny wiatr i wyczerpanie zapomnieliśmy zrobić fotkę. Schowaliśmy się szybko za budynek straży granicznej, co wzbudziło zrozumiałą ciekawość jednego ze strażników. Po krótkim wyjaśnieniu pozwolił nam jednak spokojnie wciągnąć trochę prowiantu i odpocząć za zasłoną od wiatru.

Odpoczynek nie trwał zbyt długo, bo zaczęło nam się robić zimno. Oblukaliśmy mapę i zdecydowaliśmy się zjechać nieco tą samą drogą, którą wjechaliśmy, by skręcić potem na zielony szlak. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Szkoda tylko, że nikt nas nie uprzedził, że zjazd będzie niemal samobójczy :-o Przyspieszenie było potworne, zaś skuteczność hamowania znikoma. Jakimś sposobem udało nam się jednak zatrzymać przy skręcie bez NURkowania (NUR - Niespodziewany Upadek na Ryj ;-)), co Glider przypłacił przypaleniem klocka na tarczy hamulcowej, zaś Trzmiel powtórnym podjazdem, gdyż jego Kubuś stanął jakieś 100 metrów za daleko :-)

Trzmiel w wymarłym lesie na zielonym szlakuZielony szlak przywitał nas początkowo szeroką, usłaną kamieniami drogą, by po chwili odbić w wąską, krętą ścieżkę, która przypominała zielony szlak z poprzedniego dnia. Byliśmy jednak zadowoleni, że dało się jechać. Trudny technicznie zjazd spowodował bardzo szybkie rozgrzanie naszych organizmów. Niestety, te kilka minut radości to było wszystko, czego mogliśmy oczekiwać od tego szlaku - znów musieliśmy przedzierać się przez powalone pnie drzew, podmokłe tereny i gęste krzaki :-( Co gorsza szlak po pewnym czasie zaczął piąć się pod górę po dość duzych skałach. Rowery wylądowały więc na plecach, gdyż o prowadzeniu nie było uż nawet mowy. Narastająca frustracja zakończyła się, kiedy dotarliśmy po 40 minutach do Bożynowych Skał. Był to najwyższy punkt w okolicy, więc przynajmniej dalej nie musieliśmy się już wspinać. Obejrzeliśmy mapę i stwierdziliśmy, że wkrótce dotrzemy do miejsc, od których można oczekiwać, że będą przejezdne. Niestety odcinek ten, co prawda nie za długi, musieliśmy pokonać pieszo, gdyż szlak prowadził po spróchniałych drewnianych kładkach, które co jakiś czas po prostu się pod nami załamywały. Jazda po czymś takim byłaby nie lada wyczynem...

Wkrótce znaleźliśmy się na Petrowce, czyli czarnym szlaku prowadzącym wprost do Jagniątkowa. Droga może nie była rewelacyjna, gdyż pełno było dużych luźnych kamieni, ale przynajmniej dało się jechać i to nieraz naprawdę szybko - trzeba przyznać, że Bomberki trochę się napracowały :-) Krótki odcinek do polany wystarczył, by Trzmiel ptorzebował ewakuować się z roweru ;-)

Przy wspomnianej polance skręcilismy w lewo, by zaraz dotrzeć do II Drogi. Była to normalna leśna droga dość łagodnie opadająca. Jechało się tam bardzo dobrze i... rytmicznie - poprzeczne bale wzmacniające drogę wymagały bardzo reguralnych podskoków, co po paru minutach objawiło się bólami nadgarstków i obitymi o ramę kolanami...

Po dosłownie paru minutach przecięliśmy niebieski szlak nieopodal Leśniaka i niedługo potem dotarliśmy do skrzyżowania w pobliżu potoku Szklarka. Tam skręciliśmy na południe i pokonując krótki podjazd znaleźliśmy się na drugim niebieskim szlaku przy Wysokim Moście. Tam zrobiliśmy sobie mały popas i po chwili rozpoczęliśmy łagodny podjazd czarnym szlakiem. Na rozwidleniu opuściliśmy szlak i rozpoczęliśmy komfortowy zjazd szutrową nawierzchnią. Jeszcze tylko ostry nawrót w prawo i mieliśmy za sobą już punkt widokowy. Dosłownie za moment (ach, te zjazdy tak szybko mijają...) byliśmy już na skrzyżowaniu w pobliżu Dolnych Gawrów.

Obrana przez nas teraz droga doprowadziła nas w zasadzie wzdłuż poziomic do Starej Drogi w międzyczasie przecinając Czeską Ścieżkę i Szrenicki Potok. Mieliśmy ambicję podjechać Starą Drogą (żółty szlak) w górę aż do zielonego szlaku. Niestety dość szeroka droga wkrótce przekształciła się w szlak wijący się po kamieniach i głazach. Podjęliśmy decyzję o powrocie, bo dość mieliśmy pieszej turystyki na dziś. W Marysinie skręciliśmy znów ze szlaku na jakąś drogę, która przechodziła pod wyciągiem i doprowadziła nas do zielonego szlaku obok trasy narciarskiej Lolobrygida.

Przejazd przez potok KamieńczykStamtąd był już tylko rzut beretem do potoku Kamieńczyk, za którym odbiliśmy na czarny szlak, który był dokładnie tym, czego nam wtedy trzeba było. Ścieżka powoli opadała, zaś my mieliśmy pole do popisu lawirując pomiędzy głazami i pokonując niezliczone ilości ogromnych korzeni wystających z ziemi. Nie omieszkaliśmy zrobić paru fotek, zaś Trzmiel w przypływie zajawki znów przez przypadek nakrył się rowerem tym razem wbijając sobie w okolice łokcia zębatki (auć!). Upadek był efektowny, gdyż nawet piechurom szczęki poopadały w dół i dopiero po chwili poszli dalej swoją drogą ;-)

Wszystko, co dobre i piekne szybko się kończy - czarny szlak powiódł nas wprost do Szklarskiej Poręby. Przez pomyłkę tylko pojechaliśmy nieco okrężną drogą obok Muzeum Mineralogicznego. W planach mieliśmy jeszcze jakiś krótki wypad po okolicy, toteż zatrzymalismy się pod sklepem, żeby uzupełnić zapasy. Nad nami jednak zaczęły rozpościerać się czarne chmury. Wzięliśmy więc nogi za pas, gdyż woleliśmy nie moknąć na koniec dnia, szczególnie że zrobiło się juz naprawdę zimno.

Dystans: 47km, AVS: 14km/h

Czwartek - 15 września

Poranek przywitał nas chłodno, lecz pogodnie. Około 10.30 (jacy punktualni codziennie byliśmy ;-)) ruszyliśmy w kierunku Jakuszyc całyczas wspinając się z zamiarem osiągnięcia przejścia granicznego z Czechami. Szczerze mówiąc był to strasznie upierdliwy odcinek, gdyż droga wiodła raz przez las, gdzie było zimno, a raz przez w miarę otwartą przestrzeń, gdzie z kolei słońce w połączeniu z wysiłkiem wyciskało z nas ostatnie poty. Po kilku kilometrach przywitaliśmy łagodny zjazd wprost do rogatek na przejściu Jakuszyce-Harrachov.

Zapał na tle skoczni w HarachovieZaraz za granicą skręciliśmy na oznakowany szlak rowerowy, który od samego poczatku piął się ostro pod górę. Co prawda do podjazdu pod Karkonoską to nie nawet nie umywało, jednak ze względu na chłód, a także dość wczesną porę ;-) jechało nam się umiarkowanie dobrze... Kiedy osiągnęliśmy już jakąś tam wysokość, zaczęły przed nami rozpościerać się nienajgorsze widoki na czeską część Karkonoszy w tym także na słynny Harrachov, którego wszystkie skocznie były dla nas jak na wyciągnięcie dłoni.

Zaliczając na zmianę szybkie zjazdy i niezbyt upierdliwe podjazdy przemierzaliśmy kolejne kilometry (tak, to był pierwszy dzień, kiedy na bieżąco śledziliśmy kilometry). Nie ma co ukrywać, że droga była nudna i jedynie widoczki sprawiały jako takie wrażenie i kazały nam dalej kręcić z nadzieją odnalezienia jakichś atrakcyjniejszych przejazdów. Kiedy po jakiejś godzinie, może więcej, dotarliśmy do miejsca oznaczonego Na Pastvine, zrobiliśmy sobie mały postój. Nasz plan był taki, że pojedziemy teraz zielonym szlakiem do schroniska i dalej wschód zgodnie z oznaczeniami. Problemem był jednak jeden wielki znak - ZAKAZ RUCHU ROWERÓW!!!

Znak był o tyle irytujący, że droga za nim była w świetnym stanie tyle, że nie asfaltowa a szutrowa. Ponadto jej nachylenie i tak nie umożliwiałby jazdy duzo szybszej od tempa spacerowiczów. Nie ma co ukrywać, że byliśmy już znudzeni czeskimi trasami rowerowymi, zaś teraz kiedy zaczęło się robić ciekawiej, nie można było jechać. Postanowiliśmy pojechać pod zakaz, by po paru minutach odpocząć pod schroniskiem (Vosecka Bouda) i chwilę potem porwócić do Polski przejściem Szrenica- Vosecka Bouda.

Od razu zredukowaliśmy na młynek i powoli toczyliśmy się pod górę. Niestety pod samym schorniskiem wyskoczył do nas pepiczek, pomahał legitymacją i zażądał po 1000 koron od osoby za złamanie zakazu. Niby miał rację, jednak żadne argumenty do niego nie docierały, że stromo i że my walimy na przejście. Po dłuższej dyskusji odpaliłem mu dwie dychy tak, żeby z kumplem miał za co wypić i puścił nas wolno - warunek był jeden: rowery prowadzimy.

W trakcie naszego odpoczynku pod schronisko podjechały dwa wozy, w tym ciężarówka z piwem. Wkurzyło nas to totalnie, bo jakie zniszczenia może spowodować trzech rowerzystów męczących się na podjeździe, a ile dwa samochody, które pewnie nie raz zaorały ziemię na tak stromej drodze, nie mówiąc już o emisji spalin w obrębie Parku Narodowego. Znak wskazywał do przejścia 7 minut pieszo, więc czym prędzej tam ruszyliśmy z kopyta, zeby nie ryzykować kolejnej konfrontacji ze strażnikiem, któa teraz z pewnością spokojna by nie była, bo w nas aż się gotowało.

Kiedy wspięliśmy się pod Twarożnik z krzaków wyskoczył do nas strażnik graniczny, z którym chwilę pogadaliśmy i dowiedzieliśmy się, że możemy spokojnie jechać zaplanowaną przez nas trasą mimo, że teoretycznie zakaz jazdy rowerem tam obowiązywał ("Eeee, samochodami jeżdżą to i wy dacie radę, a tu nikt przecież nie sprawdza..."). Zrobiliśmy więc parę zdjęć i ruszyliśmy na podbój Głównego Szalku Sudeckiego (czerwony).

Droga rzeczywiście była łatwa. W zasadzie jeden większy podjazd czekał nas przed samym Centrum Nadawczym obok Śnieżnych Kotłów. Widoczki za to były świetne, zaś przepaść w Śnieżnych Kotłach zapierała dech w piersiach. Naszym zachwytom przeszkadzał tylko potwornie zimny wiatr, który spowodował, że każdy z nas założył na siebie wszystko, co miał - w moim przypadku także rękawiczki zimowe.

Glider na zjeździe na Czarną PrzełęczPo krótkim postoju przy Czarciej Ambonie pojechaliśmy dalej. Szlak stał się teraz strasznie trudny. Było co prawda płasko, ale kamienie wielkości telewizorów ;-) wymagały akrobatycznych nieraz umiejętności, zeby przejechać. Sztuka ta nam się w zasadzie udawała. Zrezygnowaliśmy dopiero w najbliższej okolicy Wielkiego Szyszaka, który to obchodziliśmy po drodze ułożonej z wielkich głazów. Co prawda było w miarę równo, jednak świadomość ogromnej przestrzeni po lewej stronie i ewentualnie długiego i bolesnego lotu w dół powstrzymywała nas od siadania na rowery.

Spacerek trwał parę minut. Co ciekawe z rowerami i w espedach byliśmy znacznie szybsi niż inni przygotowani do wędrówki turyści piesi :-) Na rowery siedliśmy, jak nie mieliśmy gdzie spadać na boki ze szlaku. Po głazach dojechaliśmy do Przełęczy pod Śmielcem, potem już ścieżką wspięliśmy się prawie na Śmielec i znowu zjechaliśmy do Czarnej Przełęczy (1350m n.p.m.).

Chłopaki na tle Czarnego Kotła JagniątkowskiegoPo dłuższym postoju zdecydowaliśmy się ujarzmić niebieski szlak zwany Koralową Ścieżką, który przecinając wprost poziomice pomyka do Jagniątkowa. Początkowo ścieżka nie opadała zbyt gwałtowanie. Jednak w okolicy Czarnego Kotła Jagniątkowskiego nachylenie było na tyle duże, że szlak zaczął wić się serpentynami. Jazda byłaby w miarę możliwa, gdyby nie bardzo gęsta kosodrzewina, która dosłownie zrzucała z rowerów. Przez ładnych parę minut rowery sprowadzaliśmy, jednak gdy skończyły się serpentyny, rzuciliśmy się w dół już na naszych rumakach. Zjazd był ciężki - duże nachylenie, wąska ścieżka i wielkie kamienie skutecznie nas męczyły i co jakiś czas dawaliśmy sobie chwilę na odpoczynek, którego najbardziej domagały się ręce, które teraz pracowały duzo intensywniej niż nogi. Na Rozdrożu pod Śmielcem przecięliśmy przeklęty szlak zielony, po czym pojechaliśmy dalej w dół. Zjazd zaczął nabierać kolorków, było coraz szerzej i szybciej. Dodatkowe atrakcje stanowiły roboty na szlaku - przeskakiwaliśmy więc jakieś niedokończone stopnie oraz kanały odprowadzające wodę. Zmęczeni, ale za to nieźle nabuzowani dojechaliśmy do wiaty na skrzyżowaniu z III Drogą.

Opowiedzieliśmy sobie wrażenia i nikt nawet nie chciał słyszeć o jakimkolwiek postoju. Trzmiel poleciał pierwszy, GLider drugi, ja zaś trzeci. Szlak co chwila łagodnie skręcał, co w połączeniu z dość dużą prędkością (cały czas ponad 40km/h) oraz dużą ilością kamieni i głazów dawało niezły przypływ adrenaliny. W tym przypływie szaleństwa popełniłem z pozoru drobny błąd techniczny - na łuku leżał płaski głaz i ja zamiast go ominąć chciałem przelecieć środkiem. Niestety przednie koło miało inne plany i rower momentalnie spode mnie wyjechał, ja zaś nauczony doświadczeniem rozłożyłem ręce do pozycji na supermena, wypiąłem się z bloków i poszybowałem w dół bez roweru. Muszę zaznaczyć, że była to moja pierwsza gleba w real-time, zawsze wszystkie wypadki dziąły się w zwolnionym tempie ;-(

Kiedy podniosłem głowę, chłopaków już nie było. Stał tylko jakiś koleś, który sprawił mi ogromną radochę tekstem: "Widać, że masz już to opanowane" ;-) Pozbierałem się, oceniłem straty (żadnych, nielicząc zakrwawionej lewej nogi) i... siadłem na rower w celu dogonienia pozostałych. Mimo gleby wcale się nie oszczędzałem. Ekipa czekała na mnie już w Jagniątkowie i mocno się zdziwiła, kiedy podjechałem tryskając krwią na lewo i na prawo.

Opowiedziałem, co się stało i podjechaliśmy do sklepu, gdzie się zaopatrzyliśmy, ja zaś się opatrzyłem. Skutki upadku były małe - rozbita kostka, pocięta lewa goleń, kolano, zdarde lewe udo, obite prawe, rozwalony łokieć i co gorsza, lekko porwana kurtka. Rower wykazał jedynie lekką zmianę pozycji rogów.

Bez zbędnych sentymentów ruszylismy więc przed siebie. Teraz kiedy emocje upadły, czułem jak kolano mi trochę zesztywniało. Jednak parę chwil na podjeździe wystarczyło do rozruszania skurczybyka. Objechaliśmy Sośnik jakąś drogą, bo żółtym szlakiem musielibyśmy spacerować, a to już nam się na tym wyjeździe znudziło. Dość szybko odnaleźliśmy żółty oraz zielony szlak, którym tak jak pierwszego dnia tyle że w drugą stronę pojechaliśmy w stronę Szklarskiej Poręby. Zmęczeni byliśmy już solidnie, bo każdy trudniejszy technicznie podjazd wybijał nas z rytmu i co jakiś czas musieliśmy awaryjnie zeskakiwać z rowerów, żeby się uchronić przed glebą.

Dystans: 55km, AVS: 12km/h

Piątek - 16 września

Tego dnia zebraliśmy się jakoś szybciej, bo już zaraz po 10 byliśmy na rowerach. Nasze ślady skierowaliśmy na Drogę pod Reglami, która nas poprowadziła do Przesieki. Tam pojechaliśmy kawałek jak na Przełęcz Karkonoską, jednak po chwili skręciliśmy na niebieski szlak, który od razu poszedł ostro pod górę. W dodatku pod prąd - ale co tam ;-)

Kiedy osiągnęliśmy koniec podjazdu, skręciliśmy na zielony szlak, by po krótkim zjeździe zaliczyć skręt w lewo na czarny szlak. W mgnieniu oka znaleźliśmy się przy Wodospadzie Podgórnej, skąd dalej czarnym szlakiem pomykaliśmy cały czas przez las.

Droga była bardzo przyjemna i zapowaidała się dość lajtowo. I o to nam chodziło, gdyż planowaliśmy tego dnia zaliczyć większy dystans. Po kilku krótkich podjazdach i przyjemnych zjaździkach trasu BikeMaratonu dotarliśmy do szosy, którą przecięliśmy. Niewiele dalej Trzmiel zaszalał i obrał niewłaściwy sposób zjazdu, czego efektem były snake'i w obu kołach na raz. Nie ma co, ale szczęście to on ma :-) Nie muszę nawet dodawać, że od razu pogubił wentyle od dętek, więc poza dymaniem z namiętnością oddawał się swojemu drugiemu ulubionemu zajęciu - przeczesywaniu trawy w poszukiwaniu uszczelki i nakrętki ;-)

Przerwę wykorzystaliśmy na doładowanie się kanapkami. Dalsze kilometry dosłownie połykaliśmy, głównie ze względu na bardzo szybki i kręty, asfaltowy zjazd do Sosnówki Dolnej. Minęliśmy zbiornik "Sosnówka" i we wsi zatrzymaliśmy się na konsultacje z mapą. Zdecydowaliśmy się przejazd szosą w kierunku miejscowości Kowary, by po paru kilometrach skręcić na czerwony szlak w prawo. Jak to u nas ostatnio bywa, skręt ominęliśmy. Na usprawiedliwienie muszę dodać, że rzeczeywiście bardzo słabo był on oznaczony.

Koniec podejścia na czerwonym szlakuNa szlak w końcu trafiliśmy. Od razu przyczepiły się do nas jakieś dwa głośno szczekające psy. Kiedy jednak wjechaliśmy do lasu dały sobie spokój i dobrze, bo my musieliśmy się teraz skoncentrować na bardzo stromym podjeździe. Niestety mimo naszych starań droga okazała się niemożliwa do przejechania w tym kierunku, gdyż rower już dosłownie dęba stawał :-( Uderzyliśmy z buta co jakiś czas próbując podjeżdżać, kiedy nachylenie się nieco zmniejszyło. Zawsze jednak kończyło się na piechotkę...

Takim stylem mieszanym dotarliśmy do Rozdroża pod Grabowcem, a w końcu także do Patelni Ostrej Małej, która oznaczała ni mniej, ni więcej, jak koniec męczarni. Przed nami czekał już tylko zjazd - przynajmniej na razie. Nastawieni na co najmniej takie nachylenie, jak przy podchodzeniu, srodze się zawiedliśmy - czerwony szlak dość łagodnie schodził w dół i jedynie jeden krótki odcinek wspominamy mile: jechaliśmy jakby torem saneczkowym, na zakrętach zaliczając bandy. Przy dość dużej prędkości wrażenie było co najmniej ok.

Tym sposobem znaleźliśmy się w Karpaczu, gdzie postanowiliśmy opuścić czerwony szlak na rzecze zielonego, a konkretniej trasy rowerowej ER-2, która przeprowadziła nas przez miejscowość długim, szybkim zjazdem. zeby za dobrze nam nie było, na jednym zakręcie zobaczyłem, jak Gliderowi napęd zwisa bezwładnie. Po zatrzmyaniu okazało się, że z przerzutki wykręciło mu się dolne kółeczko, bez którego dalsza jazda byłaby niemożliwa :-( Całe szczęście wszystko obserwował jakiś miejscowy, który wspomógł nas częściami ze swoich rowerów, któe uratowały nam skórę, bo z Gliderowych znaleźliśmy tylko kółko bez tulejki z łożyska...

Z pewnymi problemami nawigacyjnymi poruszaliśmy się dalej trasą rowerową. Minęliśmy Western City, niebywałą atrakcję turystyczną - taką symulację dzikiego zachodu - i bez większych trudności dotarliśmy do leśniczówki Jedlinki. Tam zapadła decyzja, by dalej poruszać się żółtym szlakiem, który zapowiadał się bardzo ciekawie - była ścieżka, pnąca się ostro pod górę przez las. Co prawda momentami nie dało się przejechać (kamienie, kłody), ale mimo wszystko warto było. Każdy na swój sposób dotarł do Kazalnicy, gdzie niestety zaczęła się nasza gehenna. Ścieżka szła bardzo stromo, a zmęczenie osłabiało koncentrację i coraz trudniej było utrzymać równowagę na tym trudnym podjeździe. Efektem było podprowadzanie rowerów.

Najgorsze w tym zmęczeniu było jednak to, że jakimś cudem przeoczyliśmy odbicie szlaku na drugą stronę strumienia, wzdłuż którego szliśmy. Uskutecznialiśmy cały czas wyraźną ścieżkę, więc nikt nie patrzył na jakiekolwiek oznaczenia, których w pewnym momencie (nieco późno...) nagle nam zabrakło. Podobnie jak ścieżki, która po prostu się skończyła :-o Trzmiel, który pilnował mapy, próbwał za wszelką cenę udowodnić, że idziemy dobrze, chociaż wyraźnie było coś nie tak. Kręciliśmy się po okolicy dobrą godzinę, aż w końcu usiedliśmy i razem ustaliliśmy, że nie mineliśmy kilku punktów, których nie da się nie zauważyć np. mostów.

Postanowiliśmy zejść nieco w dół (jakiś kilometr...) i tam przedarliśmy się przez rzekę na rugą stronę, gdzie w końcu odnaleźliśmy oznaczenia szlaku. Nawet nie będę pisał, jakie słowa wtedy padały o naszych zdolnościach nawigacyjnych, co w połączeniu ze zbliżającycm się Harpaganem powodowało narastanie niechęci i frustracji. Tym bardziej, że od dłuższego czasu uderzaliśmy z buta i nic nie zapowiadało, że to się kiedyś skończy.

A jednak - wreszcie dotarliśmy do zielonego szlaku (Tabaczan Ścieżka). Tam można już było jechać, chociaż ze zmęczenia średnio nam się chciało. Kiedy osiągnęliśmy już nieco większą drogę, zapadła ostateczna decyzja o rezygnacji z podjazdu na Przełęcz Okraj, która była naszym celem na dziś. Powodem było wyczerpanie oraz późna pora.

Trzmiel dba o statystykę - łatamy poprzebijane przez niego dętkiRozpoczęliśmy zjazd kamienistą drogą wzdłuż zielonego szlaku wkierunku Karpacza. I zagadka - co się stało? Trzmiel znowu złapał gumę!!! Lepszego momtnu nie mógł znaleźć - taka przymusowa przerwa idealnia nam pasowała w momencie, kiedy słońce powoli opadało za drzewa, a do Szklarskiej jeszcze zostało nie wiadomo ile kilometrów! Swoje zadowolenie wyraziliśmy zapowiedziami, co mu zrobimy, jak jeszcze jeden taki numer nam wywinie. W międzyczasie postanowiliśmy połatać już podziurawione gumy, żeby w razie czego nie tracić zbyt dużo czasu (już nie mieliśmy żadnego zapasu).

Tym sposobem Trzmiel wyrobił sobie statystykę jedna guma na dzień. Co lepsze dętka, którą wsadził popuszczała powietrze. Od drugiej odkleiła się łatka i dopiero za trzecim razem udało mu się napompować koło, które nie wydawało z siebie żadnych niechcianych odgłosów. Machając tyle razy moją krótką pompką Trzmiel wyrobił sobie tak biceps, że pewnie Pudzianowski przy nim wysiada ;-)

Coraz ciemniej się robiło w lesie, kiedy ruszaliśmy w dalszą drogę. Zjazd do Karpacza był ciężki - każdy kamień czuć było na całych ramionach i nogach. Nie poddawaliśmy się jednak. W Karpaczu musieliśmy jeszcze tylko pokonać długi podjazd trasą TdP na Przełęcz Pod Czołem. Dalej mapa wróżyła nam długi zjazd, zaś potem drogę niezbyt szalejącą po poziomicach.

Nawet nie wspomniam tego podjazdu w Karpaczu. Ciągnął się on w nieskończoność. Nagrodą za to był parokilometrowy zjazd aż do miejscowości Raszków, gdzie odbiliśmy w lewo na niebieski szlak. Droga teraz była już szutrowa i bardzo malownicza. Niestety nie mieliśmy czasu podniecać się widokami, bo było coraz zimniej, a i nogi na podjazdach zaczynały odmawiać posłuszeństwa. W Borowicach trafiliśmy na chwilę na trasę BikeMaratonu, by za moment skręcić z Drogi Sudeckiej na żółty szlak, który głównie opadając poprowadził nas do samej Przesieki. Muszę zaznaczyć, że ten fragment trasy był bardzo przyjemny - zjazdy na żółtym szlaku przywróciły nam nieco sił i podniosły morale.

Z Przesieki udaliśmy się dobrze nam znaną Drogą pod Reglami wprost do Szklarskiej. Po drodze Glider jeszcze użyczył jakiemuś maratończykowi skuwacza do łańcucha, po czym udaliśmy się przed siebie. Robiło się już ciemno, a my mijaliśmy coraz wiekszą liczbę zawodników, którzy szykowali się na sobotni wyścig. Nie muszę dodawać, że wtedy spinaliśmy się na całej długości, wrzucaliśmy blaty i w ogóle pokazywaliśmy, jacy twardzi jesteśmy mimo ogólnego wyczerpania organizmu ;-) Co gorsza nawet jak nikt nie patrzył, to nam odpierdzielało - ścigaliśmy się na podjazdach, po płaskim uderzaliśmy ponad 30km/h, czego nigdy w tym stanie bysmy nie robili. Efekt był taki, że szybciej dojechaliśmy na miejsce, ale i szybciej padliśmy martwi na wyrkach w domu.

Dystans: 78km, AVS: 15km/h{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach