Czarnogóra - szlak wokół DurmitoruPotrzeba eksploracji zaprowadziła Leniwców na początku września do Czarnogóry. Po zimnej i deszczowej Norwegii postanowiliśmy się tym razem nieco wygrzać na Bałkanach, a żeby nam słońce za bardzo nie przypaliło - wybór padł właśnie na wrzesień. Niezaprzeczalnym atutem tego regionu miały być również niskie ceny, oraz nieskażone turystyką tereny. Jak było naprawdę?

Dzień pierwszy

Žabljak przywitał nas deszczem i zimnem, ale nie zmartwiło nas to za bardzo, bo tego dnia i tak marzyliśmy jedynie o solidnej dawce snu. Niestety, drugi dzień również nie zaczął się optymistycznie: 8 stopni i padający deszcz nie nastrajały zbyt ciekawie, ale skoro przyjechaliśmy pojeździć, to pojeździć trzeba było :) Razem z Mirkiem, Grześkiem, Miśkiem i Gołym ruszyliśmy na objazd okolicy kierowani śladem ściągniętym z internetu. Map niestety nie mieliśmy, bo w Žabljaku - mimo pretendowania mieściny do miana kurortu górskiego - ich po prostu nie było. Track prowadził z Žabljaka poprzez rozległe łąki w kierunku widniejących na wschodzie wzniesień. Tempo, jak na wspomnianą ekipę przystało, było umiarkowanie intensywne - na tyle, że deszcz i temperatura przestawały grać jakąkolwiek rolę, zaś odczucia były bliższe przegrzaniu niż wychłodzeniu ;) Na pierwszym solidnym podjeździe asfaltowym trzymałem równe tempo za chłopakami. Jednak po paruset metrach stwierdziłem, że podjazd będzie dłuższy i z blatu go nie zaatakuję - Misiek nie doznał takiej refleksji i ciągnął równo, aż do momentu, gdy nie zorientował się, że nikt z nim nie jedzie ;)

Czarnogóra - okolice ŻabljakaAsfaltowa droga w końcu zaczęła opadać i doprowadziła nas do bardzo przyjemnej doliny, wzdłuż której pięła się szutrówka. Miejsce było bardzo klimatyczne, szczególnie przy delikatnym zamgleniu. Ostra wpinaczka pod koniec dolinki zakończyła się oczywiście karkołomnym zjazdem po luźnych kamieniach. Kiedy nieomal się katapultowałem podczas tego zjazdu, myślałem, że uniknąłem nieprzyjemnych przygód. Niestety, chwilę później zmuszony byłem zmieniać dętkę, która nie wytrzymała naporu ostrych kamieni :/ Parę kilometrów dalej ten sam los spotkał koło Mirka. Dalsza część trasy odbywała się bez niespodzianek - kilometry pokonywaliśmy w miarę sprawnie malowniczymi szutrami wznoszącymi się i opadającymi pod różnymi kątami. Okolice zdecydowanie przypominała nam znane z Norwegii pejzaże. Sielskie rowerowanie przerwała awaria amortyzatora oraz tylnej piasty u Gołego. Tym samym dla niego zakończyła się przejażdżka i zmuszony był atakować dalej z buta. Na równinach w pobliżu Žabljaka Misiek z Grześkiem polecieli przodem, żeby jak najszybciej zorganizować Gołemu transport. Ja z Mirkiem natomiast jechaliśmy nieco spokojniej. Chcąc oszczędzić dystansu postanowiliśmy kierować się na azymut od razu w kierunku naszej chatki w Viraku. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy droga nam się nie skończyła i tym samym wycieczka przerodziła się w pieszą przechadzkę po miękkich łąkach z rowerami pod pachą ;) Dzień zakończył się solidnym zmęczeniem.

Wykres przewyższeń dnia pierwszego

Dystans: 74km, przewyższenia: 1191m.

Dzień drugi

Czarnogóra - widok na góry DurmitoruDrugi dzień przywitał nas przejmującym chłodem (około 10 stopni) i całkiem silnym wiatrem. Na szczęście nie padało. Wraz z Bronką, Krasnalem i Mirkiem wybraliśmy się na petlę wokół Durmitoru. Wycieczka zaczęła się od razu dość intensywną wspinaczką (około 7-10%) i tak przez 40 minut aż do osiągnięcia restauracji tuż pod przełęczą Dobri Do (ponad 1900m n.p.m.). W tym miejscu poczekaliśmy na Miśka i Grześka, którzy wyjechali z domku po nas, a których dostrzegliśmy w dole na serpentynach. Po krótkiem sesji zdjęciowej przekroczyliśmy przełęcz i ruszyliśmy ostro w dół. Kręta, stroma droga nakręcała pompowanie adrenaliny, jednak silne podmuchy wiatru przy prędkości ponad 50km/h nie należą do wybitnie przyjemnych doznać - musieliśmy więc nieco hamować nasze zapędy w łamaniu barier szybkości.

Po paru minutach zjazdu droga znów zaczęła się piąć do góry. Tym razem osiągnięcie kolejnej przełęczy zajęło nam jakby dłużej - a przynajmniej tak się nam wydawało z powodu napierającego wiatru i przenikliwego zimna. Na górze schroniliśmy się pod skałami i poczekaliśmy na zebranie się całej ekipy (Misiek z Grześkiem już dawno byli z przodu, więc relacja tego dnia już ich nie obejmie ;))

Czarnogóra - napotkane podczas zjazdu z przełęczyPrzed nami czekał kolejny zjazd, który ochoczo rozpoczęliśmy. Niestety tym razem hardcore był jeszcze większy i to bynajmniej z powodu nachylenia. Droga opadała najwyżej na 12%, ale za to była potwornie kręta, zaś wiatr robił z naszymi rowerami, co chciał :/ Podmuchy były tak silne, że przy czołowym wietrze trzeba było dokręcać, aby licznik pokazywał 25-30km/h. Apogeum podmuchów przypadło chyba w dość ciekawym miejscu - a mianowice przy małym boisku do koszykówki wyszykowanym na środku górskiej drogi :) Podczas próby zatrzymanie wiatr poderwał mi koło i obrócił rower; Bronka dojeżdżając do nas została zepchnięta z drogi; Mirkowi oparty o wspornik kosza rower sam odjechał, zaś Krasnal z powodzeniem ćwiczył sylwetkę do lotów narciarskich ;) Odpoczynek, zabawa i sesja zdjęciowa nieco się przedłużyły.

Dalsza część zjazdu prowadziła już nie wśród skał, a pomiędzy rozległymi pastwiskami - jakość drogi też się znacznie pogorszyła. W dalszym ciągu także walczyliśmy z silnymi podmuchami. Po osiągnięcu pierwszych zabudowań zrobiliśmy sobie krótką sjestę, po której rozpoczęliśmy znowu wspinaczkę. Jazda stała się nieco przyjemniejsza, bo pomiędzy drzewami było zdecydowanie ciszej. Po drugiej stronie wzniesienia była wioska Trsa, w której zamarzyło mi się napić czegoś w karczmie. Piwko (w cenie 1,15 euro) nie było najlepszym pomysłem, więc spytałem o colę lub wodę. Ze zdziwieniem przyjąłem informację, że wszystko jest po 1,15euro :-o Ciekawe, czy noclegi w chatkach-miniaturkach, które stały tuż obok, też tyle kosztowały? ;)

Gdy ekipa się zebrała w całości, ruszyliśmy dalej. Zjazd doprowadził nas do osady, w której przywitało nas dwóch tambylców. Całe szczęście nie mieli wrogich zamiarów, choć pogawędka z nimi była utrudniona - my nie kumaliśmy, co oni do nas mówią w swoim narzeczu, a oni też nie chwytali słów wypowiadanych w znanych nam językach. To, co się udało, to potwierdzić, że napotkana szutrówka faktycznie zaprowadzi nas z powrotem do Żabljaka.

Zgodnie ze wskazówkami ruszyliśmy, jednak juz po kilometrze zrobiliśmy postój na krawędzi głębokiego kanionu, który (o, zgrozo!) musielliśmy pokonać. Robienie zdjęcie odwlekało moment, kiedy należało się za ten kanion w końcu zabrać. Ruszyliśmy jednak, początkowo pod górę, a po osiągnięciu wysokości ponad 1500m n.p.m. już całkiem żwawo w dół po bardzo kamienistej i niestabilnej szutrówce. Zjazd dostarczał nie lada wrażeń: na dużych luźnych, kamieniach rowery często zachowywały się nieprzewidywalnie, co szczególnie na ostrych zakrętach tuż nad krawędzią podnosiło znacząco ciśnienie. Upragniony odpoczynek (tak, tak - ten zjazd umęczył nas konkretnie) zrobiliśmy sobie tuż obok schroniska na samym dnie wąwozu (1170m n.p.m.). Tam też liczyliśmy na jakiś ciepły posiłek, co okazało się niemożliwe, bo schronisko było zamknięte na cztery spusty, zaś okna zabite deskami. Pozostało nam tylko wciągnięcie mielonki mocy, czy innego koksu, w zależności kto co zabrał ;)

Czarnogóra - widok z kokpitu podczas wspinaczki po ścianie kanionuWydostanie się z kanionu okazało się dużo trudniejsze, gdyż nachylenie dochodziło nawet do 20%, a nawierzchnia uległa wręcz pogorszeniu. Luźne kamienie odskakiwały spod kół i wytrącały z równowagi, którą i tak trudno było utrzymać przy 5km/h. Pozbywając się litrów potu wdrapaliśmy się jednak na górę, gdzie droga zamieniła się w całkiem przyjemną szutróweczkę wśród drzew, a następnie w asfaltowy trakt. Ostatnie minuty wspinaczki i w końcu zjazd do wsi Crna Gora (średnio nieco ponad 1500m n.p.m.). Trzeba przyznać, że wioska jest bardzo malowniczo położona na krawędzi kanionu oraz na niezliczonych pagórkach. Prezentuje się to nieźle, aczkolwiek podejrzewam, że zimą to jest tam nie do pozazdroszczenia.

Na wylocie z wioski czekał na nas podjazd. Właściwie to zjazd do wioski był jedynie chwilowym prezentem-odpoczynkiem przed dalszą wspinaczką. Przed nami groźnie prężył się masyw, na którym można było dostrzec najbliższe godziny naszego życia - wijącą się wśród drzew drogę. Nie powiem, żeby było lekko. Pokonanie prawie 10km oraz ponad 400m w pionie zajęło nam trochę czasu i było męczące psychicznie: drzewa zasłaniały widoki, natomiast wiatr zawsze znalazł sposób, żeby przeszyć nas zimnym powietrzem :/ Na górze było na tyle zimno, że postanowiliśmy się rozdzielić. Mirek, a parę minut po nim Krasnal, pojechali w dół do Żabljaka, ja natomiast poczekałem trochę na Bronkę. Gdy w końcu ruszyliśmy na zjazd, nie wiedziałem, czy się się czieszyć, czy nie: było potwornie zimno i w sumie nie byłem w stanie czerpać żadnej przyjemności z bądź, co bądź całkiem fajnej drogi. Do chatki w Viraku dojechaliśmy konkretnie styrani i zziębnięci, ale przynajmniej zadowoleni :)

Wykres przewyższeń z objazdu Durmitoru

Dystans: 82,9km, przewyższenia: 2183m.

Dzień trzeci

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na wędrówki piesze. O dziwo, wszyscy zostawili rowery pod chatką i postanowili zmierzyć się z najwyższym szczytem Durmitoru, który zwał się Bobotov Kuk, a który otrzymał wdzięczną nazwę Punkt G, do którego miał nas doprowadził GPS, gdyby wszystko inne zawiodło. Na szlak ruszyliśmy ze znanej nam przełęczy Dobri Do. Początek był bardzo ciekawy - trawersowaliśmy skaliste zbocze, aż przeszliśmy na drugą stronę skał. Niestety było dosyć zimno, a to za sprawą wiatru, który hulał z każdej strony i odbierał ochotę do wędrówki. Szliśmy jednak dziarsko (albo nieco mniej dziarsko) podziwiając i fotografując widoki, które nawet mimo gęstych chmur zapierały dech w piersiach. Co ciekawe, na szlaku co chwila spotykaliśmy Polaków, którzy właściwie byli jedynymi turystami przemierzającymi okolicę. Czyżby tylko naszych rodaków ciągnęło w trudno dostępne miejsca?

Czarnogóra - w drodze na Bobotov KukCałe szczęście nasze obawy o jakość oznaczeń szlaku były bezpodstawne. Droga na szczyt nie pozostawiała wątpliwości, problemy mieliśmy jednak w określeniu (choćby przybliżonego) czasu dostarcia do celu. Mapka, którą Krasnalowi udało się zdobyć, miała podane odległości w kilometrach, co jak wiadomo, w górach nie sprawdza się w ogóle. Współrzędne szczytu zdobyte wcześniej też okazały się nieco lipne. No ale jakoś dawaliśmy radę, choć na czym wyżej byliśmy, tym bardziej się odechciewało walczyć z wiatrem. Kres osianęliśmy na przełęczy, gdzie było ciemno od chmur i tak wietrznie, że trudno było ustać na nogach. Tutaj postanowiliśmy się podzielić: Grzesiek, dziewczyny i ja rozpoczęliśmy zejście, gdyż uznaliśmy, że jest dla nas zbyt niebezpiecznie, natomiast reszta ekipy nie poddała się i zaatakowała Bobotova. Spotkaliśmy się ponownie dopiero na dole, pierwszy oczywiście był Misiek, który postanowił zbiec ze szczytu :-o Muszę przyznać, że wyglądało to dość niezwykle, zaś walka na ostatnich kilkuset metrach przed parkingiem była nawet pasjonująca ;)

Dzień czwarty

Czarnogóra - zachód słońca w UlcinjW środę wczesnym rankiem zapakowaliśmy się do samochodów i udaliśmy się nad morze. Droga była dosyć męcząca i zdecydowanie dłuższa niż się spodziewaliśmy. Właściwie o tym dniu nie ma co wiele pisać, bo działo się niewiele. Ciekawa była droga z Cetinje do Kotoru, która wiła się krętymi serpentynami wśród malowniczej scenerii. Sam zjazd do zatoki dostarczał także nie lada wrażeń i to nie tylko dzięki widokom - kierowcy autobusów nadjeżdżających z naprzeciwkach również podnosili ciśnienie. W Kotorze spędziliśmy dwie godziny. Potem ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża do Budvy, gdzie rozdzieliliśmy się: ekipa Grześka postanowiła uderzyć na plażę, my natomisat chcieliśmy nieco się powłóczyć jeszcze po starych uliczkach. Po ekspresowym zwiedzaniu Budvy, zaliczyliśmy jeszcze fotki charakterystycznej wyspy Svety Stefan, po czym także zalegliśmy na plaży. Na relaks w słonej wodzie przeznaczyliśmy dosłownie chwilę, gdyż chcieliśmy osiągnąć Ulcinj, w którym Krasnal podczas swojej wyprawy dwa lata temu wypatrzył świetne miejsce na zachód słońca. Cel osiągnęliśmy rzutem na taśmę - zaparkowaliśmy na wzgórzu nieopodal portu miejskiego, skąd rozpościerał się przyjemny widoczek na nadmorskie miasto. Po sesji zdjęciowej w promieniach zachodzącego słońca, zjedliśmy jakies lokalne żarełko i udaliśmy się z powrotem do Viraka.

Dzień piąty

Na kolejny dzień nie mieliśmy sprecyzowanych planów. Po drodze znad morza postanowiliśmy jednak wyruszyć na pogranicze czarnogórsko-bośniackie. Krasnal wraz z dziewczynami zamierzał zdobyć najwyższy szczyt Bośni (Maglic), ja miałem natomiast zamiar samotnie objechać trasę, której track ściągnąłem z sieci. W ostatniej chwili na wyjazd dał się namówić też Mirek. Po godzinie jazdy samochodem osiągnęliśmy miejscowość Mratinje położoną dość wysoko nad sztucznym jeziorem górskim.

Ekipa piesza ruszyła dość szybko tuż po zasięgnięciu języka wśród miejscowych. Nam się jeszcze chwila zeszła, zanim byliśmy gotowi do jazdy. Postanowiliśmy zacząć od zjazdu (przeciwnie do kierunku objazdu pętli na tracku), gdyż dzięki temu prawdopodobnie męczącą jazdę zakończylibyśmy zjazdem. Pokonaliśmy więc kilka kilometrów tej samej drogi, co samochodzem, tym razem jednak na rowerach. Zjechaliśmy do tuneli przy głównej drodze, a potem już jechaliśmy (głównie w dół) do samej granicy z Bośnią i Hercegowiną. W międzyczasie zrobiliśmy postój na wysoko zawieszonym mostem nad kanionem rzeki. Na granicy odprawa przebiegła bez problemów, chociaż oczekiwaliśmy, że pozwolą nam przejechać bez stania w kolejce i okazywania dokumentów.

Po bośniackiej stronie droga była dużo gorszej jakości, zaś na poboczach leżało sporo śmieci. Niemniej asfalt wznosił się i opadał delikatnie nie wymagając od nas nazbyt dużego wysiłku, co nie dziwi, gdyż jechaliśmy w pobliżu i wzdłuż rzeki. Kręcą mniej lub bardziej leniwie dotarliśmy do miejsca, gdzie track prezentował nam dwie możliwości: krótszą i dłuższą. Biorąc pod uwagę kondycję oraz planowany dystans wybraliśmy opcję krótszą. Skręciliśmy więc w teren w stronę rzeki. Ku naszemu zdziwieniu droga zaczęła zanikać, a na ścieżce coraz pojawiały się rumowiska, które trzeba było pokonać pieszo.

Czarnogóra - wysadzony most na pograniczu czarnogórsko-bośniackimWszystko się wyjaśniło, gdy osiągnęliśmy najniższy punkt trasy (około 420m n.p.m.). Przed nami był zniszczony most, który po przyjrzeniu odsłaniał zniszczenia po wybuchach. Przeprawa na drugą stronę była ryzykowna, ale podjęliśmy się tego zadania, bo w sumie nie wiedzieliśmy, czy wariant dłuższy zapewniłby nam coś lepszego, a na pewno 20km gratis by było. Na moście trzeba było bardzo uważać - nieuważny krok mógł zakończyć się nurkowaniem w rzece płynącej dobre 20m niżej. Zadanie jednak wykonaliśmy bez strat w ludziach i sprzęcie i rozpoczęliśmy wspinaczkę w górę kanionu.

Po dojechaniu do asfaltu zakręciliśmy ostro w lewo i cały czas się wspinaliśmy. Zrobiło się zdecydowanie cieplej, a i jazda była dosyć przyjemna wśród licznych sadów śliwowych. Miejscowi nawet kusili nas śliwowicą, jednak poddanie się pokusie mogło zaowocować końcem wycieczki ;)

Zjazd się zaczął, gdy osiągnęliśmy wysokość 850m n.p.m. Po zniwelowaniu wysokości do około 540m n.p.m. odbiliśmy z głównej drogi w okolicy miejscowości Tjentiste i rozpoczęliśmy kolejną wspinaczkę. Tym razem już tak przyjemnie nie było. Droga przerodziła się w dość luźny szuter, a nachylenie zmuszało nas do częstych postojów. Do tego jechaliśmy cały czas przez las, więc nie było żadnych panoram, które mogły na rekompnsować ponoszone trudy. Turlając tak metr za metrem doczłapaliśmy w końcu na wyskość 1660m n.p.m., skąd oczekiwaliśmy już tylko zjazdu do Mratinje (około 650m n.p.m). Wysłaliśmy info do Krasnala, który wcześniej napisał, że zawrócili ze szlaku z powodu braku oznaczeń i z niecierpliwością czekają na ansze przybycie. Zaraz potem ruszyliśmy więc drogą, która delikatnie opadała.

Zdziwiliśmy się jednak, gdy track odbił z głównej drogi i wyprowadził nas do łąkowej doliny z paroma pasterskimi chatkami. Psycha nam siadła, bo nastawiliśmy się na zjazd, a tu trzeb a było dalej kręcić lekko pod górę, ale po miękkiej łące. Padł nawet pomysł powrotu na główną drogę, ale jedyne, co mieliśmy do nawigacji do track, więc nie wiedzieliśmy, dokąd drogą by nas doprowadziła. Gdy wkrótce ścieżka na łące się skończyła, pocieszaliśmy się, że "tutaj za tym wzniesiem już na pewno będzie jakaś droga, bo przecież tak track prowadzi". Dane na było jednak prowadzić i nosić rowery przez kolejne 2 godziny. Co gorsza, bateria w Garminie zaczęła padać, a my byliśmy dosłownie w środku niczego. Owszem, widoki były ciekawe, ale złość na autora tracka, zmęczenie, zbliżający się mrok i zdychająca nawigacja nie nastrajały nas do zachwycania się okolicą :/

Na łąkach zaczęła się pojawiać nieśmiało jakaś ścieżka i zaczął się powoli zjazd. Jednak tuż po wjechaniu do lasu Garmin umarł. Wątpliwości co do dalszej trasy były spore, ale możliwości terenowych niewiele. Znosiliśmy więc stromym kamienistym trawersem rowery, gdy wokoło zaczęło się robić coraz ciemniej. Kilkukrotnie udało mi się jeszcze wskrzesić gpsa, by stwierdzić, że jesteśmy na tracku. Gdy osiągnęliśmy większą szutrówkę, ulżyło nam znacząco, ale także jednocześnie byliśmy trochę źli, że wcześniej nie zawróciliśmy z łąki. Prawie na 100% droga, na której teraz byliśmy, była tą samą drogą, z której wcześniej zgodnie z trackiem skręciliśmy. Ale cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba kręcić, bo wieczór w górach przy braku oświetlenia to nie było nasze marzenie na ten dzień.

Zjazd był potwornie męczący. Bardzo stromy, bardzo luźny i kręty. Był dużo trudniejszy od zjazdu do kanionu na objeździe Durmitoru. Pokonanie go zajęło nam ponad godzinę, w czasie której zjechaliśmy z około 1700m n.p.m. do samego Mratinje (około 650m n.p.m.). Po drodze zrobiliśmy dwa odpoczynki, a zarazem przerwy techniczne na ochłodzenie hamulców (tak na wszelki wypadek po przygodzie w Alpach ;)) Na samym dole zostaliśmy przywitani z nieukrywaną radością. Po puszczeniu swoich uwag na temat autra tracka byliśmy gotowi do powrotu.

Wykres przewyższeń ze szlaku wokół Maglica

Dystans: 74km (do momentu śmierci Garmina), prawdopodobnie prawie 90km, z czego około 6-7km na piechotę, przewyższenia: 2180m.

Dzień szósty

Piątek był dniem, kiedy chcieliśmy zaliczyć rafting na Tarze. Niestety ceny były zbyt wysokie, więc każdy robił, co chciał. Krasnal z Bronką i Anką poszedł na Savin Kuk, Grzesiek, Misiek i Mirek pojechali zwiedzać lokalne atrakcje (młyny ;)), ja z Gołym udałem się na objazd okolicy. Nie naszalałem się, bo przejechałem niecałe 30km, ale przynajmniej miałem czas na regenrację przed powrotem do Polski.

Czarnogóra - nad Czarnym JezioremCzarnogóra - w tle młyny - jedna z atrakcji Žabljaka - jakby się ktoś nie domyślił ;Czarnogóra - w drodze na Savin Kuk

Podsumowanie

Czarnogóra to zdecydowanie ładny kraj. Ale czy warto tak pojechać? Mam mieszane uczucia. Jest tam drożej, niż by się można było spodziewać (częściowo przez wysoki kurs euro), choć tragedii nie ma. Najgorsze jest jednak to, że kraj ten pretendowanie do bycia europejskim (w sensie standardów) wziął się nie od tej strony. Ogłosili się krajem ekologicznym, radośnie pobierają opłatę ekologiczną na wjeździe, ceny mają europejskie, ale bazy dla turystów już żadnej nie ma, zaś śmieci walają się nawet w parkach narodowych. Przebywaliśmy w miejscowości, która uchodzi za kurort narciarski zimą, zaś za stolicę kolarstwa górskiego latem. I co? Nic. W informacji turystycznej nie było żadnych map, szlaki oznaczone tak sobie (choć w samym Durmitorze nie najgorzej). W restauracjach wrażenie, jakby czas się zatrzymał w miejscu: poplamione obrusy, obojętna obsługa. I najdziwniejsze: nie chcieli nam w sklepie sprzedać piwa w butelkach, bo żądali od nas butelek na wymianę - nie powiedzieli jednak, skąd te butelki mamy wziąć :/ Ale i z tym sobie poradziliśmy ;)

Z drugiej strony - Czarnogóra posiada ogromny potencjał do turystyki. Jeśli ktoś ma ochotę poszwędać się po nietkniętych terenach, to jeszcze ma szansę. Co prawda kraj jest tragicznie skomunikowany, ale to może dlatego nie jest tak zadeptany. Polecałbym jednak raczej lipiec, jeśli ktoś wybiera się w te same okolice, ewentualnie tereny bliżej wybrzeża, gdzie było zdecydowanie cieplej.

Zapraszam także do oficjalnej galerii zdjęć z wyjazdu.

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach