miniaturka.jpgPlan tegorocznej majówki wymyśliła Bronka, która jako że tymczasowo przebywa we Wrocławiu, zaproponowała odwiedzenie tamtych okolic. Za ułożenie trasy oraz rezerwację noclegów zabrałem się tradycyjnie ja. Trasa miała wieść ze Zgorzelca do Drezna, dalej w górę Łaby do północnych Czech, a następnie wzdłuż. Mimo że majówka w tym roku ułożyła się idealnie, nie udało mi się jednak dostać tyle urlopu ile bym chciał, co poskutkowało, że na część rowerową mieliśmy tylko 3 dni.

W sobotę, po zapakowaniu bagaży i rowerów, wyruszyliśmy na długą trasę do Wrocławia, gdzie udało nam się dotrzeć wieczorem.

Dzień 1 – Zgorzelec – Drezno – Pirna

Planowany dystans: 90 km, rzeczywisty dystans: 40 km

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. W naszym przypadku nieszczęścia przyszły całym batalionem. Zbieg nieoczekiwanych okoliczności, których oszczędzę czytelnikowi, sprawił, iż mimo pobudki o godzinie 6, wyjechaliśmy na trasę około 14:30. W dodatku bez porządnego obiadu. Wszystko to spowodowało, że dystans końcowy wyszedł jaki wyszedł, ale po kolei.

Ze Zgorzelca udaliśmy się do sąsiedniego Görlitz, gdzie zakupiłem rowerową mapę o tyle fajną, że obejmowała całe Górne Łużyce, w tym trasę przewidzianą na dzień trzeci. Następnie, trochę nakładając drogi udało się nam wyjechać z miasta podjeżdżając, a następnie zjeżdżając do miejscowości Pfaffendorf. Tuż za nią, na kolejnym podjeździe poczułem, że to nie jest mój dzień i ośmiomiesięczna dyspensa od roweru swoje. Zdałem sobie sprawę, że dystans 90 km będzie dla mnie tego dnia niemożliwy, w związku z czym zacząłem kombinować z alternatywnymi opcjami. Mapa mówiła, że większą miejscowością po drodze będzie Löbau, gdzie znajduje się również dworzec kolejowy. Wlekąc się niemiłosiernie malowniczą skądinąd trasą dotarliśmy do Löbau, gdzie szybko odnaleźliśmy stację. Do najbliższego pociągu mieliśmy godzinę, ale ponieważ minęła 17, innej opcji zbytnio nie mieliśmy. Oczekiwanie urozmaiciliśmy sobie podziwiając manewrujący po stacji parowóz.

Bilet dla 4 osób kosztował 30€ (Sachsen-Ticket, ważny całą dobę w Saksonii, Saksonii-Anhalt i Turyngii na nieograniczoną liczbę przejazdów pociągami lokalnymi), bilet na 4 rowery kolejne 20€. Jedyną zaletą tego wariantu była możliwość zwiedzenia Drezna przed dojazdem do Pirny. Trzy czwarte naszej ekipy ostatnio w Dreźnie była w Nowy Rok 2007, a Grzesiek nie był nigdy. Teraz stolica Saksonii prezentowała się znacznie lepiej niż zimową porą, a zachodzące słońce nadawało starówce szczególnie malowniczą poświatę. Zwiedzanie zakończyliśmy piwkiem / colą nad brzegiem Łaby, a po zmroku pojechaliśmy na dworzec Dresden Hauptbahnhof szukając po drodze jakiegoś kebaba. Niestety wszystkie fast-foody były zamknięte, więc byliśmy zmuszeni kontynuować jazdę pociągiem do Pirny na głodniaka. A na miejscu zaskoczenie – choć każdy z nas w głębi duszy o tym marzył, mało kto wierzył, że się uda. A jednak – czynny kebab na dworcu w Pirnie – i sympatyczny Turek obsługujący rożen – znał nawet kilka słów po polsku (np. combola, czyli cebula;)

{webgallery}GörlitzPierwsze kilometryNa dworcu w LöbauDrezno wieczorową porą{/webgallery}

Na koniec dnia, w przyjemnym chłodku znad Łaby czekała nas jeszcze 4-kilometrowa wspinaczka do naszego noclegu – pensjonatu Weisse Taube (http://www.pension-weissetaube.de/). Cena za nocleg od osoby wynosiła 20€ ze śniadaniem, dostaliśmy do dyspozycji dwa duże, 4-os. pokoje (spokojnie zmieścilibyśmy się w jednym) – więc jak na niemieckie standardy cenowe bardzo przyzwoicie. Po dotarciu na miejsce szybko i sprawnie nas zakwaterowano, a na dodatek sympatyczna pani przyniosła kufle zimnego piwa wprost do naszego pokoju. Piwo smakowało wówczas mi jak mało kiedy.

Dzień 2 – Pirna – Hřensko – Česká Kamenice

Planowany dystans: 60 km, rzeczywisty dystans 60 km

Mając na uwadze krótki dystans zaplanowany na ten dzień, a także przygody z dnia poprzedniego ustaliśmy, że każdy obudzi się tak, aby być na śniadaniu na 9 i o dziwo się udało. Po smacznym śniadaniu bez ociągania wróciliśmy do centrum Pirny, gdzie każdy kupił co potrzebował, i można było ruszać w dalszą trasę. Ścieżka rowerowa prowadziła malowniczo doliną Łaby praktycznie cały czas poza ruchem kołowym. Na niebie żadnej chmurki, długi weekend również zaczął się również w Niemczech i Czechach – nic dziwnego, że trasie wolniej lub szybciej pedałowały dziesiątki cyklistów. W miejscowości Königstein trasa rowerowa przechodzi na prawy brzeg rzeki, a przedostać się tam można jedynie promem. Kolejka do promu spowodowała, że załapaliśmy się chyba dopiero na trzecią turę – na szczęście łajba pływa non-stop, więc nie czekaliśmy dłużej niż pół godziny. Bilet rowerzysta + rower kosztuje 1,7€.

Już po drugiej stronie kontynuowaliśmy jazdę na południe. Minęliśmy ładny kurort Bad Schandau i po chwili byliśmy już w Czechach. Pierwszą miejscowością za granicą jest Hřensko, baza wypadowa na szlaki Czeskiej Szwajcarii (po stronie niemieckiej zwanej Saksońską Szwajcarią), malownicze miasteczko otoczone wysokimi piaskowcami, w którym łatwiej o Niemca niż o Czecha. Na szczęście ceny w restauracji nie odbiegały od ogólnoczeskiego poziomu, więc zatrzymaliśmy się na obiad oraz tradycyjne czeskie piwo.

Po obiedzie opuściliśmy Łabę i zaczął się podjazd – długi, ale łagodny, dzięki czemu dało się utrzymywać przyzwoite tempo. W nagrodę czekał nas zjazd w pięknych okolicznościach przyrody do miejscowości Jetřichovice, a zaraz za nią dosyć ostry podjazd. Na kolejny ostry podjazd wspięliśmy tuż przed Česką Kamenicą, która okazała się małym, typowo czeskim miasteczkiem. Po zlokalizowaniu bankomatu udaliśmy się na nocleg do pensjonatu Kamenice (http://www.penzionkamenice.com/cs/). Za dwupokojowy apartament z byczą wanną zapłaciliśmy 1000 koron.

{webgallery}W kolejce do promuHřenskoCzeska SzwajcariaPalenie czarownic{/webgallery}

Miła właścicielka dokładnie wyjaśniła co możemy robić w miasteczku przez resztę dnia. Dowiedzieliśmy się, że tego wieczora Czesi obchodzą Noc Św. Jakuba, podczas której pali się kukły czarownic na stosach. Taka impreza miała się odbyć na polanie na wzgórzu nad miastem. Wcześniej jednak udaliśmy się na główny rynek, gdzie odbywał się jakiś festyn studencki, ale przyznam, że atmosfera była dość drętwa, więc z zakupionym piwem udaliśmy się na owe wzgórze. Na miejscu okazało się, że czarownica została spalona, ale impreza trwała dalej, więc nie trzeba nas było długo namawiać na pozostanie. Resztę wieczora spędziliśmy jedząc párky v rohlíku, pijąc piwo i oglądając popisy lokalnej kapeli, której za scenę robiła naczepa od bodajże Robura. Na nocleg wróciliśmy, gdy było już bardzo ciemno.

Dzień 3 – Česká Kamenice – Zittau - Zgorzelec

Planowany dystans: 75 km, rzeczywisty dystans 90 km

Trzeci, ostatni dzień naszej wyprawy zaczął się piętnastokilometrowym podjazdem. Na szczęście nachylenie nie było zbyt duże, rano panował przyjemny chłodek, a trasa w większości prowadziła w zalesionej okolicy. Mimo to przez pierwsze kilometry, ze względu na zbyt ciężkie śniadanie, nie jechało mi się najlepiej. Za wzniesieniem Bouřný zjechaliśmy na szutrową drogę na (teoretycznie) szlak rowerowy. Kiepskie oznaczenie szlaku popsuły całą radość ze zjazdu. Trzeba było się zatrzymywać co skrzyżowanie i kontrolować mapę. Ponadto na tym odcinku czekała na mnie atrakcja w postaci zbiornika retencyjnego Naděje, a na Anns w postaci dwóch bunkrów.

Zjazdy mają to do siebie, że po nich czeka podjazd. Tak było i w tym przypadku. W nadgranicznej miejscowości Krompach czekała nas ostra wspinaczka do przejścia granicznego z Niemcami Valy – Hain. Już w Niemczech w nagrodę czekał nas długi zjazd. Przemknęliśmy z Bronką przez kurort Oybin, w międzyczasie tracąc kontakt wzrokowy z Anns i Grześkiem. Na szczęście szybko się odnaleźliśmy i mogliśmy kontynuować jazdę wśród pól rzepaku, zjeżdżając do doliny Nysy Łużyckiej. W Hartau wjechaliśmy na chwilę z powrotem do Czech, żeby za chwilę znaleźć się na trójstyku granic Polski, Niemiec i Czech. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu zapasów na polskiej stacji benzynowej, ponownie przekroczyliśmy granicę z Niemcami i już byliśmy w Zittau.

{webgallery}Początkowy podjazdZbiornik NadějeMalowniczy rzepakTrójstyk{/webgallery}

Z Zittau w dół Nysy Łużyckiej prowadzi trasa rowerowa Oder-Neiße Radweg, z której dobrodziejstw również skorzystaliśmy. Początkowo, do miejscowości Hirschfelde prowadzi ona wzdłuż szosy, co wynagradza piękny widok na kominy elektrowni Turów po polskiej stronie. Później ścieżka rowerowa wiedzie brzegiem Nysy przez zalesione tereny aż do bram klasztoru Marienthal w dobrze znanej mi miejscowości Ostritz. W klasztorze napełniłem bidon świętą wodą, co okazało się dla niego zbyt dużo i kilometr później eksplodował – i już niestety do niczego się nie nadawał. Zlewni świętej wody przelałem do Bronkowego bidonu, z którego korzystaliśmy solidarnie do końca dnia.

Za Hagenwerder ścieżka prowadziła wałem, a my utrzymywaliśmy całkiem niezłe tempo. Zgodnie z naszymi przewidywaniami zajechaliśmy do Zgorzelca po godzinie 17, gdzie po szybkim pakowaniu samochodu i posiłku na obrzeżach miasta wróciliśmy późnym wieczorem do Wrocławia. Tym razem nie było czasu na zwiedzanie miasta, ponieważ kolejnego dnia czekała nas wczesna pobudka i powrót do Warszawy.

Bronce, Anns i Grześkowi dziękuję za miłe towarzystwo podczas wyprawy.

Zobacz więcej fotek z wyjazdu.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach