Mazovia MTB Marathon...czyli słów kilka o najbardziej pechowej imprezie Leniwców

Na ostatnią finałową edycję Mazovia MTB Marathon-u w Lesznie wybierała się najliczniejsza leniwa ekipa - bus był wypchany po brzegi Leniwcami. Mieliśmy obstawić wszystkie możliwe dystanse z hobby włącznie. Na giga miał jechać Trzmiel, Grzesiek, Krzysiek i ja, chociaż trochę się wahałam, czy nie pojechać znowu mega. Na mega tradycyjnie Mirek z Zapałem, a na hobby Gośka, Darek z Kubą i Paweł - brat Grześka. Oczywiście założenia założeniami a życie i tak je brutalnie zweryfikowało.

W niedzielę kiedy jeszcze było ciemno i zimno leniwa ekipa zebrała się w tradycyjnym miejscu spotkań. Oczywiscie nie zabrakło odwiecznego pytania - "co ja tu robię o 6 rano zamiast wylegiwać się w niedzielę w ciepłym łóżku?". Ale coś w tych imprezach jest, że człowiek jest skłonny do takich wyrzeczeń. Po zapakowaniu rowerków na przyczepę ruszyliśmy zabierając jeszcze po drodze Grześka.

Tym razem nie było problemów z dojazdem jak w przypadku Jabłonnej, gdzie przez paskudne korki zjawiliśmy się na miejscu 10 min. przed startem. Przed Lesznem wyprzedził nas Glider i leniwa ekipa postanowiła zrobić mu kawał, dzwoniąc z wiadomością, że rower mu spada z bagażnika :D Chyba początkowo dał się nabrać, bo przyhamował trochę. Ale śmiech w tle chyba dał mu do zrozumienia, że robimy sobie jaja :D Na miejscu pojawiliśmy się przed 9. Start wyjątkowo został przesunięty na godzinę 10 ze względu na krótki już o tej porze roku dzień. W przeciwieństwie do Józefowa w Lesznie parking był zorganizowany wzorowo, bez problemu pokierowano nas w dogodne miejsce. Pogoda nie zapowiadała niczego dobrego - było zimno, pochmurno i wiało niemiłosiernie. Ustawiliśmy się na starcie - tym razem Leniwce znalazły dogodne miejsce tuż za sektorem, więc nie nudziłam się stojąc w sektorze :). 10 minut przed startem zorientowałam się, że nie wzięłam żeli. Pobiegłam po nie czym prędzej, ale okazało się, że nie było ich na przyczepie, gdzie Trzmiel je zostawił :( Jak się potem dowiedziałam Mirek schował je do busa. Wystartowałam bez jakiegokolwiek zabezpieczenia żywieniowego. Nie zmartwiłam się tym bardzo, bo przecież za niecałe 20 km miał być bufet. Tylko, że te 20 km okazały się dla mnie bardzo długie...

Start = początek pecha

3... 2... 1... start i ruszyliśmy, jak zwykle wybrałam najgorszy wariant drogi z możliwych - prosto przez piach. O dziwo jakoś specjalnie mi nie przeszkadzał, spodziewałam się, że będzie gorzej. Na początkowych metrach wyprzedził mnie Trzmiel i Glider, dalej - na pierwszych kilometrach łyknął mnie Grzesiek, aż w końcu doszedł mnie też Zapał, któremu przez jakiś czas siedziałam na kole, ale gdy singletrack wpadł w szerszą drogę i on zniknął mi z widoku. Po etapie przedzierania się przez piach i wąskie ścieżki wpadliśmy na kawałek szosy, tam rozpędziłam się na dobre. Grzejąc z prędkością 32-34km/h próbowałam złapać się komuś na koło, ale albo jechali za wolno albo za szybko i nie bardzo ten manewr się mi udawał.

W końcu szosa zmieniła się w szeroką szutrówkę, prędkość dalej ta sama, jadę z górki, aż tu nagle słyszę tylko 'pyk' i pięknym ślizgiem ląduję na żwirze. Usłyszałm tylko za plecami: - 'żyjesz?'; 'żyję' - odpowiedziałam krótko i zwlekłam się razem z rowerem z trasy. Siodełko zwisało sobie trzymane jedynie przez uchwyt torebki podsiodłowej, kierownica przeleciała przez ramę i sterczała klamkami do tyłu. Do tego czułam, że przydzwoniłam kolanem o coś. W pierwszym momencie pomyślałam - "to koniec mojego ścigania - postoję sobie i popatrzę na maraton z innej strony". Tak też zrobiłam, stałam i gapiłam się jak kolejni zawodnicy ze świstem powietrza przelatują koło mnie.

Patrząc z boku dopiero zdałam sobie sprawę z jaką prędkością się poruszałam :O. Postałm tak jeszcze chwilę, opróżniłam bidon, w końcu jak główny peleton przejechał i zaczęły się dłuższe przerwy pozbierałam resztę części mojego roweru z trasy. Złapałam kierownicę i brutalnie szarpiąc przywróciłam ją do prawidłowej pozycji. Przywiązałam prowizorycznie siodełko dętką, co na niewiele się zdało, bo siedziec na tym ruszającym się na wszyskie strony świata kawałku plastiku się nie dało. Ruszyłam dalej na trasę, w sumie miałam tylko zamiar dotelepać się do bufetu, najeść się, bo głód zaczął dawać o sobie znać i dalej pomyśleć co robić.

Odrobina szaleństwa

Po pokonaniu około 8 km na stojąco dotarłam w końcu do bufetu, tam wcięłam banana i zorientowałam się, że dopiero doszły mnie dziewczyny z czołówki mega, więc bez namysłu ruszyłam dalej. W międzyczasie wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy, ale ja walczyłam dalej. Dojechałam do mostku nad Kanałem Łasica i aż oczy mi się uśmiechnęły - tak to było to co lubię najbardziej - woda i rozlatujący się mostek :D Gdyby jeszcze tylko nie było tych gości, którzy kurczliwie przeprowadzali rowery i tarasowali mi drogę, na której chciałam się wyszaleć. Stanęłam więc przed mostkiem, czekając, aż tamci skończą swój pochód, zwłaszcza, że nikogo już za mną nie było i mogłm sobie pozwolić na chwilowe zawładnięcie mostka. W międzyczasie jeden z ratowników stojących obok zawołał, że tym mostkiem można przejechać, sam już go przetestował. Chyba myślał, że może obawiam się wjazdu. Kiedy marudy wreszcie zeszły z drogi, ruszyłam z uśmiechniętą mordą naprzód :D Chętnie bym się jeszcze wróciła i ponowiła manewr dla czystej zabawy, ale jakoś odruchowo pojechałam dalej.

W pewnym momencie podjechał do mnie zawodnik z Welodromu i zaoferował, że odda mi swoje siodełko, twierdząc, że on już nie ma siły jechać, a ja jeszcze powalczę. Niestety na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że jego sztyca nie będzie pasowała do mojego grata, więc podziękowałam mu tylko. Wtedy on stwierdził, że odda mi swój rower. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że jednak dotelepię się na swoim, zresztą całkiem sprawnie mi to szło. Podziękowałam mu ponownie i ruszyliśmy dalej.

Pecha ciąg dalszy

Około 25 kilometra podjeżdżając na górkę za mocno depnełam na pedały i urwał się łańcuch. Poznany zawodnik, z którym przez pewien czas razem jechałam, znowu spytał się czy napewno nie chcę pojechać na jego rowerze, na co po raz kolejny podziękowałam twierdząc "mam skuwacz, poradzę sobie :)".

Znowu rzuciłam rower na bok, wyciągnęłam skuwacz, szybki rzut oka i już wiedziałm, że zawiodła spinka. Jak to zwykle w życiu bywa, jak woziłam ze soba zapasową spinkę to łańcuch się trzymał, jak w końcu ją zgubiłam, to była potrzebna :[ W międzyczasie jeszcze parę osób pytało się co się stało, dopiero kiedy przejeżdżał ostatni już chyba zawodnik i zaproponował pomoc, przyszło mi do głowy, żeby zapytać się o spinkę do łańcucha. Niestety nie miał. Pozostało mi tylko skuć łańcuch na sztywno. Powiedziałam mu, że robiłam to już nie raz i sobie poradzę, więc pojechał dalej.

Niestety skucie mojego nowego łańcucha okazało się czynnością, której wykonanie graniczyło z cudem. Na trasie zrobiło się pusto i cicho, nikt już nie przejeżdżał. Wiedzialam, że teraz to już na pewno jestem ostatnia. Wielokrotne próby skucia łańcucha kończyły się tylko rozgięciem ogniwa, w które nie chciał za żadne skarby wejść trzpień :(. Siedziałam tak dobre 20-30 min próbując coś zdziałać. Wiedziałam, że teraz nie ma odwrotu - jestem w połowie trasy, sama nie wiem gdzie, żywej duszy już nie ma, więc pozostaje tylko wykombinować coś z łańcuchem albo uderzyć z buta. Wybrałam tą pierwszą opcję, po wielokrotnych próbach skucia tego badziewia skuwaczem, przypomniałam sobie, że ktoś kiedyś wspomniał o użyciu kamieni do skucia łańcucha. Wydawało mi się to metodą bardziej skuteczną na ten uparty trzpień, który nie chciał wejść. Tylko skąd wziąć kamienie w kampinosie? Rozejrzałam się po okolicy, ale jedyne co znalazłam to grzyby. W końcu potknełam się o wystający nieco z ziemi betonowy słupek. Przytargałam rower ułożyłam łańcuch na słupku i zaczełam naparzać w niego skuwaczem jak młotkiem. W końcu trzpień wskoczył w otwór w ogniwie :D Pozostało jedynie precyzyjne ustawienie go tak, by nie rozerwał się znowu. W końcu ruszyłam w samotną drogę do celu. Brak siodełka przestał mi jakoś szczególnie doskwierać, jechałam sobie leniwym tempem, bo ścigać się już nie miałam z kim. Nawet na zjazdach było łatwiej, bo nic nie przeszkadzało przy balansowaniu w tył, toteż nie sprawiały mi one najmniejszych problemów, nawet te nierówne i strome brałam nie zsiadając z roweru. Na wydmach dogoniłam jeszcze jakiegoś dziadka, a potem jeszcze jednego zawodnika, który też skarżył się na jakieś defekty.

Walka o przetrwanie

W końcu dotarłam na drugi bufet. Wypiłam isostara, zjadłam ciasteczka i ruszyłam dalej. Wkrótce za plecami usłyszałam warkot motocrossów. Tak, w tym momencie zdublował mnie Radosłw Rękawek. Czułam, że powoli opuszczają mnie siły. Naprawdę leniwym tempem posuwałam się do przodu odliczając już kilometry do mety. Dublowali mnie kolejni zawodnicy z giga. Kiedy mój licznik wskazywał 43 km pocieszałam się, że już tylko parę kilometrów do mety. W tym momencie strażak na zakręcie krzyknął "10km do mety", nie ucieszyło mnie to, wtedy już każdy kilometr pokonywałam siłą woli. Nogi już nie chciały więcej utrzymywać mojego ciężaru a co dopiero kręcić, wlokłam się z prędkością ok. 12 km/h przez jakiś czas, aż ujrzałam światełko w tunelu - zawodnika przede mną. Motywacja skoczyła i doszłam go. Okazało się, że to ten starszy pan, który jako ostatni oferował mi pomoc. Krzyknął tylko do mnie "już nareperowany?". Odpowiedziałam krótko twierdząco i pojechałam swoim mniej żółwim tempem dalej . Niedaleko przed metą jeden z fotografów krzyknął do mnie "uśmiech proszę", tylko jak tu się uśmiechać po przejechaniu 40km na stojąco, raczej moja mina wyraziła to co naprawdę czułam - zmęczenie, ból i szaleństwo. A to co z mojego uśmiechu wyszło ;)

W końcu zobaczyłam znak "1km" do mety, jakby wszystkie siły wróciły na swoje miejsce i zaczęłam jechać normalnym tempem. Tuż przed metą wzięłam jeszcze jednego zawodnika jadącego turystycznym tempem i pognałam co sił przed siebie. Na mecie czekała już leniwa ekipa, coś tam do mnie wykrzykując, ale nie byłam w stanie nic zrozumieć ze zmęczenia. Miałam już naprawdę dosyć. Byłam bardziej wykończona niż po przejechaniu niejednego dystansu giga. Zaskoczył mnie tylko widok Trzmiela, byłam pewna, że pojechał na giga. Nawet pokonując ostatnie kilometry czekałam ciągle kiedy mnie zdubluje - dodałoby mi to z pewnością sił na dotelepanie się do mety :) Niestety plecy, skurcze i gleba pt. "Lot Trzmiela", którą można było obejrzeć w wiadomościach sportowych wyeliminowały go z dalszego ścigania :( Niedługo po mnie przyjechał Glider z giga, zajmując całkiem niezłą 23 pozycję w open. Kiedy już trochę ochłonęłam dowiedziałam się, że nie tylko mnie pech się uczepił: Darek złapał 3 gumy, Zapałowi "odcięło zasilanie na drugim bufecie", Mirek też miał na trasie jakieś problemy zdrowotne :( Czekaliśmy jeszcze na naszych chłopaków z giga - Grześka i Krzyśka. Grzesiek niedługo przyjechał, a na Krzyśka przyszło nam poczakać trochę dłużej - też pech go nie ominął i złapał gumę.

W drodze do busa spotkaliśmy jeszcze Hanię z Sebastianem. Niestety tym razem choroba uniemożliwiła jej ściganie. Zamieniliśmy jeszcze parę słów i poszłam się przebrać. Po wstępnym doprowadzeniu się do stanu jakotakiej leniwej wizualizacji, Zbyszek zrobił pamiątkowe zdjecie naszej ekipy. Pogawędziliśmy sobie jeszcze przy piwie oglądając dekorację. Zdałam sobie wtedy sprawę, że prawdopodobnie ostatecznie wyląduję na 5 miejscu w generalce K2 (wcześniej liczyłam jedynie na 6), gdyż nie było jednej zawodniczki, która mogła mnie wyprzedzić. Ale wyniki generalki miały być dopiero ok 17, więc stwierdziłam, że nie warto tyle czekać, bo droga do domu jeszcze daleka. Zapakowalismy się w busa i pojechaliśmy do domu. Na zakończenie Mazovii został mi tylko rozwalony rower, pierwsze od końca miejsce na mega w K2, stłuczone kolano i porwana koszulka :(

DST: 53 km
AVS: 16,8 km/h
Czas jazdy: 3:09
Czas ogólny: 3:59

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach