Mazovia MTB MarathonZapał

Budzik o 6:20 oznajmił nadejście dnia prawdy, w którym miałem się przekonać, jak bardzo się obijałem przez ostatnie miesiące. O pokazaniu efektów treningu nie było mowy, bo przez całą zimę raptem kilkanaście razy wyszedłem na rower. No ale taki całkiem słaby to się wcale nie czułem :) Pełen entuzjazmu, bo jakby nie patrzył 9 kwietnia miał być datą mojego pierwszego maratonu, wyszykowałem się do odjazdu, zapakowałem rower i podjechałem pod garaż Prezesa, gdzie czekał na mnie już Grzesiek, który swoim smaochodem miał pociągnąć przyczepę z leniwymi rowerami.

Wszystko ładnie, pięknie - ale bez zonka się nie obyło: okazało się, że z przyczyn technicznych nie mogliśmy podłączyć elektryki przyczepy do samochodu :/ Z opresji wyratował nas Don Marco, którego udało mi się złapać przed wyjazdem w trasę i odebrać od niego znanego wszystkim dobrze pomarańczowego busa :) Tym sposobem z lekkim opóźnieniem wyjechaliśmy w kierunku Otwocka, jak to zwykle bywa, na spotkanie wielkiej przygody ;)

Rozgrzewka na stadionie w OtwockuNa miejscu byliśmy dość wcześnie, jednak mimo to nie obyło się bez dłuższego stania w kolejce w tzw. biurze zawodów. Tak zwanym - bo trzy dziewczęta bazgrzące coś na kartkach papieru i nie potrafiące niczego znaleźć trudno nazwać biurem zawodów, które miało obsłużyć parę ładnych setek uczestników ;) Przebrnęliśmy jednak przez to wąskie gardło i przystąpiliśmy do rozgrzewki na stadionie. Po paru rundkach przyszedł czas, żeby ustawić się na starcie. 3..2..1.. Yyyy, mamy obsuwę, proszę państwa. Start został opóźniony o 15 minut. Kolejne 15 minut, przez które przed linię startową wpychali się ludzie, którym wcześniej nie chciało się zająć odpowiedniego miejsca :/ Ale nic nie było w stanie nam popsuć dobrego humoru, odebrać tego dziwnego, a jednocześnie przyjemnego uczucia oczekiwania, lekkiego podenerwowania i ciekawości zarazem, które towarzyszyło w ostatnich minutach przed startem.

Rozpoczęło się odliczanie. Śmigłowiec wiozący ekipę telewizyjną wzbił się w powietrze, zrobił parę rundek wokół stadionu i po chwili cały kolorowy peleton ruszył do przodu. Zaczęło się! :) Takiego tempa po starcie nie powstydziliby się zawodnicy na zawodach XC. Ale co z tego, jak dosłownie po 300 metrach nastąpiło pierwsze wąskie gardło - brama stadionu. Parę osób zsiadło z rowerów, ale po chwili znów wszyscy ruszyli z kopyta, bowiem równy asfalt pierwszego odcinka maratonu dawał szansę przesunięcia się do przodu peletonu. Szkoda tylko, że szansę tą udało mi się wykorzystać jedynie częściowo :( Kilkudziesięciominutowe oczekiwanie na start sprawiło, że teraz po ostrym początku moje mięśnie był sztywne, zaś tętno oscylowało wokół granicznego. WIedziałem, że brak rozgrzewki może być dla mnie zgubny, ale nie widziałem innej możliwości jak tylko zacisnąć zęby i jechać dalej.

Wkrótce skręciliśmy w prawo w teren, gdzie moje marzenia o ustabilizowaniu się tętna na niższym niż 190 poziomie legły w gruzach ;) Dziury, odrobina piachu i tłum ludzi skutecznie wybijały z rytmu, jednocześnie powodując taką zajawkę, że rozsądek nakazujący jazdę swoim tempem trzeba było wyłączyć ;) Włączyłem go z powrotem po kilku kilometrach, kiedy Sigma nadal pokazywała, że umieram, mimo że tempo już było równe - szybkie, ale nie szaleńcze. Wtedy sobie pomyślałem, że na tak płaskiej trasie prędkości będą kosmiczne i albo się zepnę i zaryzykuję jazdę na maxa, albo pojadę po swojemu i wszyscy mnie wyprzedzą...

Dylemat znalazł swoje rozwiązanie gdzieś po środku. Uznałem, że skoro nie mogę osiągnąć celu, jakim było tętno max. 170, to zmienię sobie cel :) Tak więc Sigma pikająca w tempie około 185 uderzeń na minutę przestała mi przeszkadzać, zaczęła zaś wręcz zagrzewać do walki.

Zapał na trasieKiedy wjechaliśmy głębiej w las, zaczęło się robić ciaśniej na drodze, więc siłą rzeczy peleton zaczął się rozciągać, gdyż trzeba było jechać gęsiego. I jak na złość wtedy miałem drobną awarię, która zmusiła mnie do zatrzymania. Parę minut walki z patykami wkręconymi w zębatki zrzuciło mnie parędziesiąt miejsc w tył i w dodatku trasa uniemożliwiła na jakiś czas wyprzedzanie :/ Dopiero kiedy wypadliśmy na szerszą przecinkę, mogłem zaczął odrabiać straty. Zadanie o tyle trudniejsze, że droga była piaszczysta. Solidnie się zmasakrowałem, ale udało mi się wrócić prawie w to miejsce, gdzie jechałem wcześniej. I zgadnijcie co? Zonk numer dwa :( W jakimś głębszym piachu dwoje ludzi stanęło nagle w miejscu, ja zaś ewakuując się z roweru wykręciłem jakoś nienaturalnie nogę, czego efektem był paskudny skurcz w lewej łydce. Wtedy pomyślałem, że to koniec... Znów parę miejsc w plecy zanim udało mi się siąść z powrotem na rower. Potem jeszcze w miarę spokojna jazda, żeby dojść do siebie. Zacząłem się bać, że skurcze uniemożliwią mi jazdę, prawie pewien byłem, że długi dystans to ja już muszę sobie odpuścić...

Moje rozterki zagłuszyła zmieniająca się trasa. Po długim płaskim ściganiu przyszedł czas na odcinki iście górskie :-o Kilka ostrych i długich podjazdów, szybkie zjazdy dodały mi skrzydeł i zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Mały zator się zrobił przy przeprawie przez strumień, gdyż większość miała dylemat - czekać w kolejce na kładkę, czy może przejechać przez wodę. Ja zaryzykowałem - i nie żałuję :) Mokro mi się co prawda w butach zrobiło, a i tarcza zaczęła wyć niemiłosiernie, ale w ten sposób przesunąłem się do przodu o kolejne miejsca praktycznie bez wysiłku :)

Nie pamiętam, gdzie udało mi się dojść do Grześka. W każdym razie po drodze była jeszcze jedna przeprawa przez wodę, na której znowu zyskałem, potem jeszcze parę podjazdów i bufet umieszczony za jakąś wsią, do którego dojazd wymagał walki z mocnym czołowym wiatrem. Złapałem butelkę wody i nie zsiadając z roweru uzupełniłem płyny, trochę się ochłodziłem i pognałem dalej. Chwilę później spotkałem Maniaka, który tradycyjnie zdechł na podjeździe (trzebaby się chyba zacząć odchudzać ;p ).

Dalsza moja walka była głównie z samym sobą, chociaż w oddali przede mną majaczył kształt jednego z zawodników Krossa. Jechał on mniej więcej moim tempem, więc miałem naturalnego przewodnika po trasie i nie musiałem już tak uważnie przyglądać się strzałkom :) Tak zaliczałem kolejne kilometry: parę stromych podjazdów, kilka dziurawych zjazdów oraz długie piaszczyste proste. Podczas jednej ze wspinaczek wyprzedziłem Glidera, którego poznałem po...białym Marcoku ;)

Kiedy dojechałem do rozjazdu, byłem pewny, że jadę krótki. Nie wahałem się ani chwili, zaś wiedząc, że meta już, bądź co bądź niedaleko, przycisnąłem nieco mocniej. Wyprzedziłem jakiegoś legionistę i paru innych zawodników, a także jedną zawodniczkę, co mnie bardzo zdziwiło, ale jednocześnie jeszcze bardziej zmotywowało :) Tuż przed stadionem włączyłem blokadę w amorze celem zwiększenia szans na finiszu tudzież poprawnienia sobie samopoczucia posiadaniem i wykorzystaniem takiego bajeru ;) Na rundę stadionową wpadłem zaraz za zawodnikiem, którego numeru nie pamiętam. Finiszowaliśmy razem - obaj wykrzesając z siebie resztki sił. Na metę wpadłem tuż przed nim z czasem końcowym 1:36'30 po przejechaniu 34km.

Tym samym mój maratonowy debiut zakończył się. Sądząc po niewielkiej liczbie osób na stadionie, mój wynik był niezły (55. w generalce i 22. w M2 wg nieoficjalnych wyników). Jeszcze tylko parę minut spędziłem na rowerze kręcąc się w spacerowym tempie, po czym udałem się na żarło na bufecie :) Potem pozostało mi tylko czekanie na resztę Leniwców.

Na tym zakończę moją relację, gdyż opowiadanie tego, co się działo poza rywalizacją sportową nie ma sensu (jak ktoś się chce pokatować, to zapraszam na forum Mazovii) - kto był, to wie, jak było, reszty nie nalezy zniechęcać ;) To, o czym koniecznie muszę napisać, to trasa - wydawałoby się, że nasze Mazowsze jest takie płaskie. Maraton w Otwocku pokazał, że niekoniecznie :-o Wielkie brawa dla tych, co tą trasę obmyślili i wyznaczyli :D

AnnS

Mój pierwszy maraton i zarazem pierwsze poważniejsze zawody. A wszystko zaczelo się nieprzewidywanym problemem z transportem. Okazało się bowiem, że przyczepka, na której zamierzaliśmy przetransportować rowery, była niekompatybilna z samochodem Grześka. Jak zwykle, jedyną deska ratunku pozostał księdzowy bus. W końcu z drobnym opóźnieniem załadowaliśmy rowery na przyczepkę, mocując je do konstrucji wykonanej własnymi siłami przez kilku Leniwców i Pana Błońskiego. Konstrukcja spisała się na piątkę, rowery dotarły całe na miejsce maratonu... my zresztą też ;)

Od razu po przyjeździe udaliśmy się do biura maratonu. Trzmiel, który przyjechał z Wawy rowerem, dotarł tam przed nami i odebrał numery dla całego leniwego teamu, więc nie musieliśmy tyle czekać w kilometrowej kolejce. :) Niestety organizacja biura pozostawiała wiele do życzenia, zbyt mało ludzi obsługiwało zawodników i wszystko szło bardzo powoli :/ Dodatkowo zapodziali mój wymarzony równy (ale tylko dla informatyków) numerek 1024 ;( i musiałam pojechać z nierównym 2315. Zresztą potem się okazało, że nie tylko mój zgubili.

Nadszedł wreszcie czas, aby przygotować rowery i siebie do startu. Udało się to bez większych problemów i już wkrótce potem leniwy team rozgrzewał się w leniwym tempie na stadionie do momentu, kiedy zagrodzono nam drogę taśmą startową. Zaczęło się niecierpliwe wyczekiwanie na start. Ustawili?my się w którymś z pierwszych rzędów i czekaliśmy... czekaliśmy... start się przesunął o 15 minut. Leniwce jeszcze nie ruszyły, a tętno niektórych z nich sięgało już 150. Wszystko przez te emocje.

AnnS na trasieW końcu wystartowaliśmy. Pogoda była początkowo świetna, jedyną niedogodnością był dosyć silny wiatr, ale tego akurat w lesie nie odczuwa się tak bardzo. Początek trasy prowadził po stadionie, a dalej kawałek szosą. Niestety w międzyczasie trzeba było przejechać przez bramę, gdzie tworzył się korek. Wtedy to zgubiłam leniwą brygadę z oczu :( Po niezbyt długim szosowym sprincie wjechaliśmy w las. Na początku trasa była całkiem prosta, żadnego piachu, podjazdów itp. Około 10 km zaczęło się... zaczęły się niezłe podjazdy, ale zaraz potem jeszcze lepsze zjazdy :) Na jednym z nich wykopane były niezłe doły, wtedy to wreszcie poczułam, że mój amortyzator wykonuje pracę, do której został stworzony.

Po drodze nie obyło się też bez piaszczystych kawałków, które nieraz zmuszły do zej?cia z roweru. Dodatkową atrakcją był przejazd przez strumyk, a potem przejście przez sypiącą się kładkę. Jak komuś było za gorąco to mógł się skąpać, ale chętnych raczej nie było wielu. Niektórzy pokonywali przeszkody z buta, inni decydowali się przez nie przejechać, omijając nawet mostek i przedzierając się przez wcale nie płytkie bajorko.

W mniej więcej połowie pętli znajdował się bufet, który większość zawodników na pierwszej pętli omijało. Ja złapałam tylko wodę i też pognałam dalej. Jeszcze kilka podjazdów, piachu i całkiem dobrej ubitej traski i trzeba było podjąć decyzję: albo zjazd na metę albo dalej w lewo i na drugą pętlę. Ponieważ od 20km jechało mi się całkiem przyjemnie, to bez wahania wybrałam drugą opcję. Nagle otoczenie wokół mnie opustoszało, wszyscy, którzy towarzyszyli mi dotychczas zjechali na metę. Po drodze skonsumowałam banana, który tylko mi ciążył w kieszeni i pognałam dalej.

Na drugiej pętli wreszcie sytuacja się odwróciła i to nie ja byłam wyprzedzana, tylko zaczęłam wyprzedzać kolejnych zawodników. Ale to i tak była końcówka peletonu, czyli ci, którzy już wymiękli. Ok 40 kilometra zaczęły opuszczać mnie siły. Na pierwszym większym podjeździe toczyłam samotną walkę ze sobą i dosłownie tylko ze sobą, bo wokół panowała całkowita pustka, tylko śpiew ptaków i skrzypienie mojego siodełka nadawały rytm do pedałowania. Na szczycie podjazdu sędzia dopingował mnie krzycząc, że niedaleko już jest bufet. To niedaleko okazało się być jednak daleko. Ale dalej nie żałowałam mojego wyboru, bo 10km dalej po posileniu się dodatkowo na bufecie i zatankowaniu bidonu, siły zaczęły wracać. Tylko szkoda, że dystans, który pozostał do końca, był juz taki krótki. Może nie było to to samo co na początku, ale jechało się coraz lepiej.

Niestety jakiś żartowniś przepiął jedną strzałkę i pojechałam nie tam gdzie trzeba :[ Na szczęście nie ujechałam daleko, kiedy to spotkałam dwóch chłopaków, którzy też się nabrali i wracali się w poszukiwaniu dobrej trasy. Wspólnie ustalili?my po leżących na trasie butelkach, gdzie należy jechać.

W pewnym momencie zerwał się dosyć silny i nieprzyjemny wiatr, prosto w twarz, bo jakże miało być inaczej. Dodatkowo niebo się zachmurzyło i zaczął chwilami kropić deszcz. Ale do mety było już niedaleko. Pokonując ostatnie kilometry słyszałam syreny karetki. Jak się później okazało, na trasie miał miejsce do?ć poważny wypadek. Podobno ktoś uderzył na zjeździe głową w drzewo :(

W końcu doszły mnie inne odgłosy, były to odgłosy ze stadionu, co oznaczało, że meta już tuż tuż. Depnęłam wtedy na pedały i ruszyłam co sił do celu. Na ostatniej rundzie po stadionie dał znać o sobie ten upierdliwy wiatr. Jak się potem dowiedziałam to zwiał on metę :D więc ja już finiszowałam nie wiedząc dokładnie, gdzie jest koniec. Oczywiście cała leniwa drużyna, która przyjechała sporo przede mną, dopingowała mnie z trybun, podczas ostatnich metrów trasy. Jak na złość naszemu fotoreporterowi - szwagrowi siadły baterie w aparacie w momencie, gdy kończyłam trasę. Jednak szybka akcja wymiany baterii pozwoliła mu jeszcze na strzelenie kilku fotek na mecie. Tylko szkoda, że na mecie dystansu mega szwędali się z Bronką gdzieś po lesie i nasi mega-Leniwce pozostali bez fotek na finiszu :[ Jedynie pozostają fotki zrobione przez innych.

Po przejechaniu trasy, ciągle było mi mało, więc zrobiłam jeszcze jedną rundkę po stadionie ostatecznie trafiając w objęcia Trzmiela ;) Krótka wymiana wrażeń i spacerek do źródła wody w celu obmycia kurzu z twarzy. Odstawiłam rowerek na przyczepę i poszliśmy z Trzmielem najpierw odebrać mój dyplom uczestnictwa. Tu na szczęście nie było już wielkiej kolejki, ale to pewnie dlatego, że dojechałam prawie na końcu. Tutaj też dziewczynka pomagająca organizatorom, widząc napis na leniwej koszulce stwierdziła, że mamy fajną nazwę teamu :D.

Potem postanowiliśmy jeszcze poczekać na dekorację i losowanie nagród. Tu też pojawiły się opóźnienia. Niestety na pudle nie stanął żaden Leniwiec, ale za to w losowaniu nagród poszczęściło się Mirkowi i otrzymał pompkę do roweru. Akurat tak się złożyło, że chwilę wczesniej Mirek odszedł gdzieś z trybun, na których siedzieliśmy i po nagrodę podszedł Trzmiel. Jednak w międzyczasie pojawił się Mirek, krzycząc "oddaj, to moje" :D

Sprzęt zapakowany i gotów do drogiNiedługo potem załadowaliśmy się do busa i ruszyliśmy. Ja z Trzmielem wkrótce opuściliśmy leniwą ekipę i udaliśmy się w poszukiwaniu dworca pkp, aby pojechać do Wawy. Zanim jednak go odnaleźliśmy, szczęśliwie natknęliśmy na autobus, który zaraz odjeżdzał do Wawy. Do tego samego autobusu dosiadł się jeszcze jeden zawodnik z rowerem i tak dostaliśmy się do domu. Mnie jeszcze czekała dodatkowa jazda od Trzmiela do domu moim 'miejskim' Boulderem. Jednak - o dziwo - nie byłam jeszcze tak wykończona i podjazd na Idzikowskiego nie sprawił mi większych problemów, jak uprzednio przypuszczałam. Tylko zaczęło na dobre padać i rowerek, i leniwe ciuchy stały się całe mokre. Potem pozostało już tylko czekać na wyniki. Miały być wieczorem, ale pojawiły się dopiero drugiego dnia i to w dodatku schrzanione do kwadratu. Na dystansie Giga sklasyfikowali ostatnich zawodników z dystansu Mega. Jakby tego było mało to czasy zawodników były odnotowywane niedbale. Jakimś cudem zawodnicy jadący w odległości pół stadionu przede mną albo i więcej, mieli ten sam czas co do sekundy.

Podsumowując: pogoda dopisała (chociaż pod koniec zrobiło się chłodno i zaczął kropić deszcz), trasa ciekawa, organizator się nie spisał, nasz fotoreporter zresztą też. A teraz pozostało już tylko zbierać siły na Harpagana...

Willow

W dniu dzisiejszym po raz kolejny dostałem przesyłkę z opaską i filmami z dwóch edycji Transcarpatii. Być może organizator myśli sobie, że potrzebne są mi wzmocnienia :) Ktoś może pomyśleć: "Co ma piernik do wiatraka?". Otóż ma.

Założenie

Pomysł startów w cyklu maratonów Mazovia Maraton zrodził mi się jesienią. Powód podstawowy to taki, że te starty będą jakimś ogniwem przygotowania do wspomnianej imprezy. Nadmieniam, że moja monotematyczność bierze się stąd, że w moim przeświadczeniu jest to impreza numer 1 dla kolarza górskiego w naszym kraju, a pewnie i w Europie Wschodniej.

Powód drugi to wiara, że w klasyfikacji końcowej Mazovii można zająć dobre miejsce (pierwsza 10 w M3). Powód pośredni przemawiający za Mazovią to fakt, że nie trzeba jechać 400 km, aby pościgać się.

Pierwsza faza realizacji założenia

Pierwszy start w Otwocku miał być pewnie dla każdego z Leniwców czymś innym, ale chyba nikt nie myślał przemierzać trasy maratonu z leniwą prędkością. Tak też i było w moim przypadku. Założenie oczywiste: "jadę dwie pętle" wynikało z mojej koncepcji startów. Wydawało mi się, że nie będę miał z tym żadnych problemów, mimo tego że moje przygotowania do tej pory skupiały się na budowaniu wytrzymałości podstawowej (słynna strefa tlenowa :)).

Po starcie ostra jazda i Trzmiel, który wykazał niesubordynację "wycinając" do przodu ze swoją kamerą filmując obcych kolarzy :( Pomyślałem sobie - "...młodość". To co działo się później, to nic specjalnego: jazda, jazda, i jeszcze raz jazda...aaa i przerywnik, czyli Maniak, który poprzez swoje poczucie humoru dodał mi energii niczym powerbar. Pod koniec rundy dojechałem byłego (?) Leniwca, dobrego znajomego Zapała i Trzmiela, czyli Gildera, którego poznałem po rowerku. Chwilę jechałem za nim, po czym widząc, jak ogląda się - myśląc że oczekuje na zmianę - wyprzedziłem go. Po kilku kilometrach zorientowałem się, że utworzył się kilkuosobowy peleton, który "siedzi" mi na kole. Nie było w nim niestety Gildera. Zaproszenie na początek stawki kwitowano wymuszonym uśmiechem. Tak więc postanowiłem nie denerwować się i dociągnąć towarzystwo do mety. Paradoksalnie drugie koło jechało mi się znacznie przyjemniej. Oczywiście czułem delikatne skurcze, ale nie było tragedii.

Końcówka to finisz z kilkoma maratończykami i... Chciałbym napisać, że ulga, ale nie. Nie byłem totalnie ujechany, zmęczony tak - ale nie wykończony. Czyżbym się opier... No byłoby to "delikatne" przekłamanie, ale coś jest na rzeczy. Bolało, bo to miało boleć. W chwilach dużego zmęczenia w trakcie wyścigu zaciskałem zęby mając świadomość, że w sierpniu będzie zdecydowanie trudniej i w dodatku przez cały tydzień. Tak więc myśl, która mi przyświecała to: "Grzesiek na...pieraj" ;)

Trasa była naprawdę fajna, o czym wspomnieli już Ania i Zapał . Ale nie wspominali o posiłku regeneracyjnym, który był moim zdaniem - mimo braku apetytu - bardzo dobry w porównaniu do serwowanych na innych imprezach (i ten wybór)...

Zachęcony urokiem otwockich lasów i górek (i posiłku regeneracyjnego :) powiedziałem sobie w duchu: " ...ja tu jeszcze wrócę...".

Wyniki na stronie http://www.mazoviamtb.pl/index.php?news=31

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach