ERnO Babie LatoKoniec sezonu MTB, ale na szczęście sezon imperez na orientację trwa cały rok, a ostatni okres w tej dziedzinie to dla mnie coraz to nowe doświadczenia. I tak z czystego RJnO przesiadłam się najpierw w kajak (DyMnO), potem AR (Lenie w Terenie), żeby w końcu dać się namówić na coś dla mnie niewyobrażalnego - BnO na dystansie 25km.

 

Jeszcze nie zdążyłam dobrze odpocząć po LwT, a odezwała się do mnie Asia, namawiając na kolejną imprezę ERnO Babie Lato na dystansie 25km. Oczywiście nie było mowy o przespacerowaniu tego dystansu, Asia założyła, że go przebiegniemy i zrobimy to zanim zmrok zapadnie. Na szczęście zdążyłam ją uświadomić, że czołówka jednak się przyda, bo ja nie nawiguję tak dobrze jak Igor, z którym Asia startowała w LwT ;) Dodatkowo dystans był dla wyzwaniem, bo o ile Asia biega maratony, to ja w tym roku przebiegłam może z 200km w sumie, jednorazowo robiąc nawyżej 10km, a tu przyjdzie się zmagać z dystansem 25km i jeszcze do tego trzeba będzie myśleć i nawigować.

Właśnie - nawigować... a jakoś tego dnia dopadła mnie zupełna dezorientacja. W drodze na zawody koniecznie chciałam wypróbować nowe drogi S2 i A2, a po drodze jeszcze zajechałam po Asię. O ile do Asi trafiłam, to potem zwiedziłam połowę Warszawy, w poszukiwaniu drogi na tą S2-kę. Dobrze, że wcześniej wyjechałam, bo kręciłam się po Wa-wie dobrą godzinę, a wszystko tylko po to, żeby się przejechać  10min autostradą ;)

Mimo, że to już końcówka października, to pogoda doskonale współgrała z nazwą zawodów, mieliśmy istne pogodowe babie lato z temperaturą dochodzącą do 20*C. Po przybyciu do Milanówka, na miejscu startu zastały nas jakieś dziwne pustki i patrol Straży Miejskiej, na który spoglądałyśmy z Asią z politowaniem, z uwagi na ich "zdrowy" tryb życia - wożenie się autem w te i z powrotem, do tego popijając colę. Po zarejestrowaniu się w biurze zawodów, zaczęłyśmy się ogarniać, a parking zaczął się wypełniać kolejnymi zawodnikami. W końcu udałyśmy się na start, tylko ten się trochę opóźnił w oczekiwaniu na burmistrza. Tuż po starcie najwieksi wyjadacze ruszyli biegiem, my gdzieś tam za nimi w dalekim ogonie, a gdzieś za nami, zawodnicy, którzy postanowili pokonać trasę trekingowo. Oczywiście tak jak pogubiłam się na ulicach Warszawy, to samo zrobiłam w Milanówku. W tym momencie wyprzedzili nas chyba wszyscy. Dopiero przy PK1 zaczęłyśmy doganiać piechurów. Potem oczywiście znowu wpadłam na wspaniały pomysł, który nas zgubił, żeby polecieć na azymut skrajem lasu, omijając wcześniej pole uprawne, bo w końcu regulamin zabraniał je deptać. Niestety na naszej drodze stanęło dłuuugie ogrodzenie i znowu nadrobiłyśmy niepotrzebnie drogi. Później już szło całkiem sprawnie i nawet zaczęłyśmy spotykać biegaczy z 50tki, aż nadszedł czas na Las Młochowski. 

Biegnąc sobie do PK3 zauważyłyśmy tablicę "Zakaz wstępu. Pozostałości wojenne", w końcu organizator obiecał nam niespodzianki na trasie :). Punkt ten jakoś nie przysporzył nam większych problemów i w miarę sprawnie go znalazłyśmy. Potem postanowiłyśmy nawigować po przecinkach. Licząc uważnie przecinki, skręciłyśmy w tą, na której miał być PK4, ale przecinka się skończyła, a PK nie ma. Zaczynało się ściemniać, nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy i na dodatek zaczął padać deszcz, który co prawda popadał max. przez minutę. W końcu padła decyzja, że szukamy drogi, która miała przebiegać równolegle do przecinki nieopodal PK i tak zmierzając w jej kierunku, zamiast do drogi dotarłyśmy do kolejnej przecinki. No tak, wcześniej wpakowałyśmy się w jakąś, której nie było na mapie. Ostatecznie ta doprowadziła nas do PK. Potem już było łatwiej, bo jako punkt orientacyjny posłużyły zabudowania zaznaczone na mapie. Było zupełnie ciemno, byłyśmy same, ale ten PK udało się w miarę szybko namierzyć. Biegniemy dalej drogą do PK6 i PK7, po drodze zastanawiając się nad iskrzącym się światełkiem w lesie. No tak, na mapie jest tam zaznaczony pomnik lub mogiła, a światełko to pewnie znicz. Tym samym upewniłyśmy się w swoim położeniu. W miedzyczasie słychać było jakieś odgłosy wybuchów i Asia zażartowała, że chyba jacyś zawodnicy wpakowali się w te powojenne pozostałości. 

Dobiegamy do górek, tu gdzieś mamy dwa PK, szukamy PK6. W końcu po samotnym szwendaniu się po ciemnym lesie napotykamy żywego człowieka, w dodatku kogoś od nas :) Sebastian dołącza do naszej dwójki, informując przy tym, że znalazł PK7 i szuka PK6. Przy okazji postanawia nam pokazać odnaleziony PK, tylko okazuje się, że dotarcie do odnalezionego przed chwilą PK wcale nie jest takie proste i trochę krążymy w jego poszukiwaniu. Ostatecznie stwierdzam, że to nie PK7, tylko PK6 i dalej już we troje ruszamy na podbój PK7. Znajdujemy kolejną górkę, na której teoretycznie powinien znaleźć się PK7, ale niestety PK ani widu ani słychu. Ostatecznie postanawiamy wrócić do drogi i próbować go namierzyć z drogi. Tam spotykamy kolejnego zawodnika z 50tki, który też szukał PK7, tylko po porównaniu map wyszło na to, że jego PK7 to nasza PK6. Wskazaliśmy mu, mniej więcej kierunek gdzie powinien go szukać, a on nam zasugerował, że powinniśmy się chyba wrócić do skrzyżowania, bo nie jesteśmy na właściwej drodze. Tak też zrobiliśmy i na skrzyżowaniu znaleźliśmy tablicę informacyjną z zaznaczonymi szlakami. Problemem było to, że z tego skrzyżowania nijak nie mogliśmy namierzyć interesującej nas drogi. W końcu wybraliśmy, tą, której azymut mniej więcej się zgadzał, tylko nie pasowało mi, że biegł nią szlak rowerowy, a na tej co nas interesowała, nie miało być żadnych szlaków. Ale pobiegliśmy nią, jeszcze próbując szczęścia i zagłębiając  się w las w poszukiwaniu PK7. Problem w tym, że nie było tam żadnej górki. W końcu utwierdziłam się w przekonaniu, że obraliśmy nie tą drogę co trzeba i ta pierwotna była właściwa, ale morale upadło już tak nisko, że postanowiliśmy ten PK odpuścić i biec dalej, do kolejnego PK8. 

Teraz już naszej wycieczce przewodził Sebastian, który jako, że pochodził z Milanówka, doskonale znał tą okolicę i wiedział, gdzie rzeczkę da się przeskoczyć, a gdzie lepiej się nie pchać, bo są bagna. Dodatkowo jak po sznurku poprowadził nas po uliczkach Milanówka, na których zapewne znowu bym się pogubiła. I w takim miłym towarzystwie osiągnęłyśmy metę, na której zostaliśmy przywitani wręcz owacjami ;) W końcu byłyśmy pierwszymi kobietami, które osiągnęły metę, tylko szkoda, że bez jednego PK. W dodatku organizatorzy przygotowali dla wszystkich pań na mecie miły podarunek w postaci różyczek :)

Atmosfera na mecie była bardzo przyjemna, wręcz domowa :) Pogawędziłyśmy sobie jeszcze z ludźmi, pojadłyśmy, popiłyśmy i ruszyłyśmy w drogę powrotną, tym razem już nie kombinując z żadnymi autostradami i słuchając się grzecznie nawigacji w samochodzie.

PS. Po nałożeniu tracka na mapę wyszło, że przeszliśmy dosłownie po PK7, tylko chyba musiała nas ogarnąć zupełna ślepota, że go nie zauważyliśmy.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach