Salzkammergut Trophy 2010Na starcie tegorocznej edycji kultowego już maratonu Salzkammergut Trophy w Bad Goisern w Austrii stanęło trzech Leniwców. Wszyscy z jednakowo wypełnionym planem przygotowań i startów w tym sezonie... Doświadczenie niesamowite.

Musiało boleć. Nikt z nas nie spodziewał się jednak, że aż tak bardzo. Trasa B licząca 119km oraz prawie 4km przewyższeń była dla nas nie lada wyzwaniem i jednocześnie zagadką. Ambitny plan przygotowań i startów w tegorocznych edycjach górskich maratonów w Polsce spalił na panewce. Najpierw choroba wyeliminowała mnie ze startu w Karpaczu, potem infekcja długo nie pozwalała wrócić do formy. Kolejny maraton odpadł z powodu powodzi. Kolejna infekcja oraz nawał pracy wyłączyły mnie na kolejne tygodnie z jeżdżenia. Misiek i Grzesiek, którzy wraz ze mną postanowili się zmierzyć z klasykiem, także nie mieli łatwego sezonu. Dość powiedzieć, że żaden z nas nie stanął w tym roku na starcie żadnego wyścigu rowerowego... Budziło to nie lada zdumienie w Bad Goisern.

Musiało boleć. Dzień przed startem zrobiliśmy sobie małą rundkę po okolicy i z pewnym niedowierzaniem stwierdziłem, że mój organizm nie podziela mojego entuzjazmu związanego ze startem w górach. Podjazdy szły jak po grudzie, zaś temperatura powietrza dobijała na maksa.

Czy wspominałem już, że musiało boleć? ;) No i bolało. Wystartowałem równo o 9:05 - przypadkiem z drugiego sektora. Obawiałem się tego "przypadku" (zamierzałem ruszyć z 4. - ostatniego), ale byłem pozytywnie zaskoczony. Nie było znanej mi z mazowieckich maratonów gonitwy. Tempo na asfalcie właściwie nie przekraczało 30km/h, co z perspektywy czekającego nas kilkunastokilometrowego podjazdu nie było ani trochę dziwne. Właśnie - pierwszy podjazd zaczął się już na drugim kilometrze, zakończył na trzynastym. Nachylenie oscylowało wokół 10-12%, szczytowo osiągając nawet 19% (według zapisów z mojego Garmina). Jechało się ciężko, choć z pewnością mogło być gorzej, gdyby słońce prażyło tak jak dnia poprzedniego. Nie zmieniało to faktu, że młynek był najpopularniejszym przełożeniem w peletonie, zaś wszelkie rozmowy ucichły po kilkunastu minutach ustępując miejsca jedynie łapczywemu oddechowi i zgrzytowi napędów. Marzeniem była jeszcze chociaż jedna zębatka z tyłu, gdyż siłowanie się z kadencją 60-70 nie zostawiało wiele miejsca na kontrolowanie tętna... Mordęga w moim przypadku trwała 1h20m. Ból krzyża zdjął mnie dwukrotnie z roweru w drugiej części podjazdu, tak gdzieś na 9. i 10. kilometrze. Widoki na szczycie częściowo rekompensowały wysiłek włożony w pokonanie podjazdu.

Musiało boleć. Teraz przede mną był sześciokilometrowy zjazd szeroką szutrówką. Sama przyjemność, gdyby nie fakt, że wiele osób nie radziło sobie technicznie i czasami wyprzedzanie było niemożliwe albo cokolwiek nierozsądne ze względów bezpieczeństwa. Po paru minutach łapy też zaczęły boleć - nachylenie i prędkości robiły swoje. Po 15 minutach skończyła się "darmowa" jazda. Wjechałem w strefę bufetu. Szok! Za znakiem oznaczającym początek strefy bufetu nie było nic poza górą śmieci zostawioną przez tych, którzy byli przede mną. Hmm, coś tu nie gra... Okazało się, że właściwe bufety były kilkaset metrów dalej, zaś wcześniejsze oznakowanie pozwalało się odpowiednio przygotować, jeśli ktoś potrzebował. Na stoiskach owoce, kanapki, woda, izotonik w kilku smakach, cola i tłum ludzi. Wychyliłem kubek PowerBara, zagryzłem batonem i ruszyłem przed siebie z zamiarem pełniejszego skorzystania z następnego punktu żywieniowego.

Przy okazji żywienia. Miałem poważny problem. Na podjeździe nie szło mi gryzienie czegokolwiek ze względu na wysiłek. Na zjazdach z kolei było zbyt niebezpiecznie, natomiast jakoś żal było się zatrzymywać tylko i wyłącznie w celu złapania dwóch gryzów jakiegoś dopalacza. To być może było jedną z przyczyn dalszego rozwoju wypadków...

Musiało boleć. Zjazd i bufet dały wytchnienie mięśniom nóg i sercu, które mogło na chwilę zwolnić. Niestety, odpoczynek zbyt długi, co obnażył rozpoczynający się za bufetem kolejny podjazd. Było ciężko. Dobrych kilka minut łapałem swój rytm, który nie powodował szaleńczego tętna ani też przeszywającego bólu w zastanych mięśniach. Tempo nieco żwawsze, bo i nachylenie mniejsze, ale nadal wyprzedanie kogokolwiek przypominało wyścigi żółwi ;) Szok przeżyłem natomiast, gdy byłem wyprzedzany przez pierwszych zawodników z trasy A (207km), którzy za sobą mieli już jakieś 120km - środkowa koronka, zero grymasu bólu na twarzy, raz, dwa, trzy i znikali za kolejnym zakrętem. A ja na młynku... Po czterech kilometrach wyjechaliśmy na odsłonięty szczyt góry, na którym czekało wielu kibiców. Wszechobecny doping dodawał sił i wiary, że się uda.

Fotka w kultowym miejscu kultowego maratonu Salzkammergut Trophy - (c) Bronka, Leniwce.pl Musiało boleć. Kurde - bolało. Zjazd zaczął się niewinnie wąską szutrówką, potem przeszedł w ścieżkę usłaną kamieniami. Biło po łapach przeraźliwie. Do tego doszedł jeszcze krótki odcinek po korzeniach z uskokami. Tam zawahałem się i raz musiałem zejść i sprowadzić rower. Przy takim nachyleniu pokonanie kolejnego uskoku wydawało mi się niemożliwe. Potem znowu szuterek i znowu kamienista ścieżka wijąca się w dół serpentynami z ciasnymi nawrotami. Zjazd doprowadził nas do półki skalnej, na której czekało wielu fotografów, w tym także Bronka robiąca nam za wsparcie na maratonie. Doping i błyski fleszy ponownie podniosły morale.

Musiało boleć. Ale teraz była chwila oddechu. Po pokonaniu 34km w czasie 2h40m trafiłem na turystyczną trasę rowerową w Bad Goisern, która wiodła później wzdłuż jeziora, aż do miejscowości Obertraun, gdzie zlokalizowany był kolejny duży bufet "wszystkomający". Prawie 30km pokonane w niemal 1h40m po w miarę płaskiej trasie pozwalało na złapanie drugiego oddechu. Choć tempo, z jakim wyprzedzany byłem przez zawodników z trasy A, chwilami dech zapierało... Czułem, że coś jest nie tak. Straciłem zupełnie moc - na prawie każdym podjeździe, nawet króciutkim, nie byłem w stanie walczyć, tylko musiałem redukować i wtaczać się pod górę. Bufet przyniósł ukojenie. Przyjąłem solidną mieszankę wszelakich wynalazków, skorzystałem z prysznica przy trasie :-) i odpocząłem dobre 20 minut. Miało mi to zapewnić mobilizację na czekający mnie najcięższy podjazd, który według profilu trasy miał się zacząć lada moment.

Musiało boleć. W miasteczku Hallstat tuż obok kolejki linowej zaczęła się droga przez mękę. Łańcuchy dookoła zgrzytały, z ust wydobywały się tylko słowa nieparlamentarne w wielu językach. Średnie nachylenie 20% dawało mocno w kość. Niewielu było takich, którzy wytrwali w siodle. Ja musiałem zsiąść po kilkunastu minutach i zaliczeniu ułamka podjazdu. Dalej było podejście przerywane chwilami odpoczynku i rozciągania. Ból przeszywał już wszystkie mięśnie, zaś pnąca się do góry droga nie wykazywała ani odrobiny oznaki, że może zaraz się skończy. Dystans 2 kilometrów (tak, dwóch) pochłonął niemal godzinę. Nie pomógł spiker stacjonujący wraz kibicami przy macie w górnej części wspinaczki. Nie pomogli ludzie, którzy biegali z butelkami z wodą i wspomagali idących zawodników. Nachylenie było tak duże, że buty się ślizgały na asfalcie :-o Myśl o wycofaniu dręczyła mnie już jakiś czas, ostatecznie wzięła górę, gdy zobaczyłem kolejny punkt dla kibiców, a szczytu góry niestety nie. Nie dałem rady - gdyby się dało jechać, pewnie bym kontynuował. Ale tak długie podejście z rowerem wykończyło mnie i w tej chwili potrzebowałem chwili, żeby dojść do siebie i móc bezpiecznie zjechać tą trasą. Poddałem się, co kosztowało mnie niemało nerwów. Bolało - nie tylko fizycznie.

Na dole skorzystałem z cieplutkiej wody jeziora Hallstatsee. Czas oczekiwania na Bronkę z samochodem upłynął mi na rozpamiętywaniu porażki i analizy błędów. Przygotowanie, a raczej jego brak. Wyjeżdżone kilometry to nie wszystko. Z górami trzeba się oswoić. Poza nogami trzeba też wziąć się porządnie za trening mięśni pleców i obręczy barkowej. Żywienie - coś sensownego muszę wymyślić, bo jak patrzę na to, jak to wyglądało tego dnia, to widzę wyraźnie, że para miała prawo ze mnie ujść. Przeleciało mi przez głowę, że może zrezygnować z górskiego ścigania, ale w tej chwili wiem jedno - przyszły rok przyniesie rewanż i trasę B w Bad Goisern będę mógł odhaczyć na liście "zrobione". Czy było warto? Na pewno tak i jeśli ktokolwiek się waha, czy wybrać się do Austrii, to powinien się zdecydować. Można poznać swoje granice, można doświadczyć doskonałej organizacji, można napawać się górskimi klimatami w międzyczasie walcząc z samym sobą i trasą. Wreszcie można poczuć chwilę chwały po osiągnięciu mety i odebraniu koszulki finiszera - ten punkt wycieczki będzie do wyrównania w przyszłym roku ;)

A tymczasem gratuluję (i zazdroszczę) Grześkowi i Miśkowi ukończenia wyścigu. A Bronce wielkie dzięki za fotkę półce skalnej - o takiej marzył każdy z nas, ale tylko ja mam ją gratis - reszta musi płacić Sportografowi ;)

I nieco statystyki. Przejechałem na trasie 62km w czasie 4h33m pokonując przewyższenia 1925m (połowa dystansu zrobiona "po płaskim").

PS. Faktyczna trasa miała kilkukilometrowy rozjazd względem profilu dostarczonego przez orgów.

Profil trasy B{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach