Trofeum za III miesjce w mixachGłupie pomysły mają to do siebie, że się zazwyczaj nie zastanawia przez wyrażeniem zgody, potem się żałuje, a jak przychodzi co do czego, to wygłup się powtarza. I tak było tym razem. Kiedy dwa lata temu pierwszy raz dałem się namówić na Skorpiona, na mecie byłem pewien, że to nie moja zabawa. Ale uległem ponownie.

Trochę z niepokojem (kręgosłup dopiero po rehabilitacji), trochę z ciekawością (czy znowu będzie śnieg po pas), trochę z nadzieją (że znowu pudło w mixach) i co nieco z ambicją (że ukończę trasę w dobrej formie i będę zadowolony z wyniku) pojawiłem się w Krasnobrodzie. O godzinie ósmej rano w sobotę, gdy normalni ludzie jeszcze śpią, ewentualnie zajadają dobre śniadanko, ja wraz z leniwymi współtowarzyszami: AnnS (moja druga połówka do mixa), Krasnalem i Darkiem, a także dwójką śmiałków z Doktorka stałem w pełnym zimowym rynsztunku na boisku szkolnym czekając z mapą w ręku na sygnał startu. Warunki pogodowe o niebo lepsze niż poprzednim razem (nieco poniżej zera stopni, niewiele śniegu) dawały nadzieję na przyjemną "wycieczkę" bez zbędnego zmagania się z nadmiarem tego, czym natura obdarza zimową porą.

Od samego początku trzeba było uważać - mapy odzwierciedlały stan okolicy na lata 60.-70. ubiegłego wieku, więc należało się spodziewać wielu rozbieżności. I tak też było - drogi i przecinki pozarastane, czasem jedynie ledwo widoczne z daleka przerzedzenie drzew sugerowało niegdysiejszą obecność jakiejś ścieżki czy przecinki, która mogła być w danej chwili jedynym odniesieniem między mapą a rzeczywistością. Ale tragedii nie było, poruszaliśmy się dosyć sprawnie nie popełniając większych błędów poza jedną katastrofą, o której później.

Pierwszy PK zdobyliśmy wielką grupą. Problemów nie nastręczał, chociaż całkiem sporo osób odbijało z optymalnej ścieżki. Do dwójki poprowadziliśmy z Krasnalem na przełaj przez pole, a następnie skrajem lasu - wariant ten wprowadził niektórych w stan niedowierzania, ale jako że zdobycie celu odbyło się bez żadnych problemów, mogliśmy z czystym sumieniem prowadzić całą ekipę, która zdała się nam już do końca dnia wierzyć bezgranicznie ;)

Kolejny punkt nie był już aż tak oczywisty - część osób atakowała z południa kierując się drogami - my wybraliśmy natomiast desant do wąwozu. Pomysł może i ciekawy, ale niekoniecznie optymalny, gdyż wąwóz był głęboki, więc trzeba się było z niego potem wyczołgać, ale także średnio przebieżny - przynajmniej przez pierwsze kilkadziesiąt metrów. Grunt, że się udało i PK3 także znalazł się na naszej liście zdobyczy. Jak się okazało, trudniej było nam opuścić okolicę niż do niej trafić. Trochę się zagapiliśmy i zaufaliśmy drogom, co kosztowało nas, całe szczęście, jedynie kilka minut. Pomyłkę skorygowaliśmy szybko i dalej już bez problemów dążyliśmy do PK4, który czekał na nas na końcu wąwozu na samym szczycie całkiem długiego podejścia. Był tam też punkt stowarzyszony - tak oczywisty, że aż wstyd było go potwierdzić, ale i takie przypadki się zdarzały.

Dalej przez pola do miejscowości Kolonia Potoczek i stamtąd bardzo żwawym marszem na wschód w kierunku kolejnego punktu. Znowu zdecydowaliśmy się na wariant przez pole i wzdłuż lasu, jednak tutaj nie było to akurat oryginalne, większość chyba zrobiła to samo. Sam PK5 znajdował się gdzieś w bardzo rozbudowanym wąwozie - ponoć też strzeżony był przez dwa punkty stowarzyszone, których całe szczęście nie mieliśmy sposobności odnaleźć. Krótki popas i dalej na azymut przez las do przecinki, która jako jedna z niewielu interesujących nas tego dnia przecinek była w dobrym stanie. Bez żadnego problemu osiągnęliśmy po pewnym czasie PK6, chociaż po drodze mieliśmy chwile niepewności, gdyż nasza super przecinka postanowiła pozarastać i w dodatku prowadzić głębokimi wąwozami. Nie straciliśmy jednak kierunku marszu i punkt mogliśmy zaliczyć omijając jego towarzyszy.

Droga do siódemki była łatwa - najpierw dobrze utrzymany leśny dukt, a potem z górki, przez pole, z dobrze widocznymi w oddali punktami odniesienia. Na półmetku czekało na nas ognisko i gorąca herbata - pozwoliliśmy sobie więc na parę minut odpoczynku. Ja natomiast musiałem zacząć rozciąganie pleców, które zaczęły mi doskwierać.

Chwila regeneracji podziałała cuda - najbliższy odcinek pokonaliśmy chyba z rekordową prędkością. Nie trafiliśmy co prawda dokładnie w przeprawę, w którą chcieliśmy, ale mamy poważne podejrzenia, że wariant przez nas zakładany wymagałby obejścia z powodu braku mostu. Tym razem niezgodność mapy ze stanem faktycznym zapewniła nam suche stopy i pewność naszego położenia w terenie. Na PK8 jako jedni z niewielu trafiliśmy idealnie od wsi Bondyrz od razu obierając właściwy wąwóz. Ślady innych zawodników schodziły się po stromych ścianach wąwozu z różnych stron, od naszej było to zaledwie kilka osób.

Głęboki wąwóz dał nam się we znaki, kiedy go opuszczaliśmy. Było to naprawdę ostre podejście, pod koniec graniczące wręcz ze wspinaczką. Odetchnęliśmy na szczycie, gdzie przekroczyliśmy granicę Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tutaj też dopuściliśmy się kolejnego małego uchybienia - ponownie zaufaliśmy drodze, jednak w porę zorientowaliśmy się, że niekoniecznie wyprowadzi ona nas tam, gdzie byśmy chcieli. Zejście do doliny odbyło się więc na przełaj, po czym rozpoczęliśmy ponownie podejście ufając bardziej własnej intuicji niż świadomości pozycji. Intuicja nas nie zawiodła - na PK9 zrobiliśmy sobie krótką przerwę, podczas której mieliśmy okazję obserwować innych ludzi krzątających się dookoła i nie mogących odnaleźć tego miejsca.

I na tym można by zakończyć opowieść o dobrej nawigacji. Droga na dziesiątkę stała się koszmarem. Nieplanowana wspinaczka z wąwozu dała początek pytaniom: "gdzie my k* jesteśmy?". Dróg oznaczonych na mapie nie było, nie dało się też dostrzec żadnych subtelności w stylu przerzedzone drzewa, bo zwyczajnie zapadł już zmrok. Kierunek trzymaliśmy "mniej więcej", po drodze spotykaliśmy coraz więcej podobnie do nas zbłąkanych. Z niedowierzaniem patrzyłem na kompas, który pokazywał kierunek na południe, podczas gdy  byłem przekonany, że idziemy na wschód. Od tego momentu wolałem, żeby Krasnal przejął całkowicie nawigację, bo mi się wszystko pokręciło. Na poszukiwaniu PK10 straciliśmy około 2h, punkt zaliczyliśmy dzięki pomocy dużej grupy, która krzątała się z nami po lesie. Jako taką orientację w kierunkach odzyskałem dopiero, gdy opuściliśmy ten feralny teren.

Niedługo jednak cieszyłem się ze zmiany, bo oto pękł mi odcisk na pięcie, o czym postanowił mi przypominać przeszywającym bólem przy każdym kroku. Wziąłem tabletkę przeciwbólową licząc choćby na złagodzenie objawów. Obok standardowo bolących pleców pojawił się natomiast ból w lewym kolanie, który być może miał swoją przyczynę w odruchowym unikaniu bolącego odcisku. Tak czy siak, zacząłem kuleć, a co jakiś czas przysiadać i rozciągać plecy. Nieplanowane zejście do szosy w Malewszczyźnie uzdrowiło mnie jednak - równy asfalt i rytmiczny marsz ukoił nieco ból i byłem w stanie znowu nadawać tempo całej grupie. Do czasu aż zeszliśmy w teren...

Podejście na PK11 (któremu nota bene towarzyszyły dwie podpuchy - całe szczęście nie zagrażające podczas ataku z kierunku, który wybraliśmy) było bolesne. Najbardziej chyba ucierpiały plecy, więc poświęciłem parę minut na parę wygibasów. Zejście z powrotem do szosy z kolei dało się we znaki kolanu. O odcisku zdążyłem zapomnieć - nie był w stanie się przebić do świadomości ;)

Ale, ale - znowu mieliśmy asfalt. Obrany wariant zakładał nałożenie około 3km względem najkrótszej opcji "na siagę". Nie mniej dzięki temu byliśmy w stanie trzymać równe, szybkie tempo. Na naszym wyborze straciliśmy według naszych szacunków około 15 minut względem osób, które razem z nami opuszczały ostatni punkt.

PK12 znajdował się przy kaplicy św. Rocha. Jego umiejscowienie było natomiast przejawem specyficznego poczucia humoru organizatorów. Za kaplicą było strome zbocze, na którym rosło sobie drzewo, do którego przyczepiono oznaczenie punktu. Niby nic, ale mając 50km w nogach, odciski, bolące kolano i plecy wejście, a potem zejście po niemal pionowej ścianie zasługiwało co najmniej na nagrodę specjalną za hart ducha ;)

Droga na metę była banalna. Cały czas prosto - nie dało się pomylić. A nie - jednak się dało - co udowodnił jeden mix, który mając nad nami co najmniej 15 minut przewagi na PK12, na metę przybył kilka minut po nas, swoją porażkę przypieczętowując dwoma punktami stowarzyszonymi, które zaliczyli po drodze. I w taki oto sposób po 15h01m tyrania i przejściu około 60km zdobyliśmy z AnnS po raz kolejny trzecie miejsce tracąc do drugiego zespołu 33 minuty.

Poniżej track z naszych zmagań. Między PK2 i PK3 GPS stracił sygnał, natomiast tuż przed PK12 padła bateria, więc jest niekompletny, ale z grubsza pokazuje, co styraliśmy.

{mosmap kml='http://leniwce.pl/new/track/skorpion2011.kml'}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach