TranscarpatiaPROLOG

Transcarpatia rozpoczęła się jak zwykle w grudniu.

Mariusz, mój Partner w TC '05 stwierdził, że ma inne plany, więc dogadałem się z Bartkiem - poznanym rok wcześniej na TC. Załatwiliśmy więc szybciutko formalności. Nazwa - Lucky Losers spodobała się nam obu.

W przeddzień TC zapakowaliśmy się fajną 8-osobową ekipą do busa i pojechaliśmy, choć nie bez kłopotów do Ustrzyk. Na miejscu wiele znanych twarzy, powitania, uśmiechy.W końcu jesteśmy już na TC starymi wyjadaczami.

Lucky Losers i Bicyclos Banditos z leniwym Grześkiem w składzieETAP I: Ustrzyki-Komańcza

Wszyscy jesteśmy głodni jazdy. Oczekujemy w podnieceniu na starcie, robimy pamiątkowe fotki. Z ust Marcina sypią się życzenia miłej podróży, przygód, itp. Wiemy, wiemy, ale daj w końcu komendę do startu, szefie. Ostatnie dobre słowo i wreszcie upragniony start. Najpierw 7 km przejazdu honorowego. Chyba po raz pierwszy tak długo widzę Mirka Bieniasza. Przecież na każdym maratonie od razu ucieka. Po starcie ostrym najpierw asfalt, wreszcie teren. Jest super. Pogoda żyleta. Humory świetne. Noga podaje. Jedziemy kapitalnymi ścieżkami. Choć są nieco błotniste, to pamiętam, że w zeszłym roku błota było o wiele więcej.

Zaczyna się psuć około 50 km. Pojawiają się bóle brzucha, a siły nagle opadają. Dopada mnie jakieś zatrucie żołądkowe - nie wiem z jakiego powodu. Na przełęcz Żebrak prawie się wczołguję. Wyprzedzają nas wszyscy. Co pewien czas muszę siadać na drodze aby się nie przewrócić. Bartek oferuje pomoc, proponuje że poprowadzi mój rower, ale przecież czym bym się wtedy podpierał. W końcu widząc co się ze mną dzieje chce dzwonić po samochód. Protestuję, nie mogę dopuścić aby Bartek po tym jak skończył Bike Challenge na pierwszym etapie nie ze swojej winy tak samo zakończył TC. Zresztą ja sam też nie chcę jeszcze wracać do domu. Poprawia się trochę dopiero jak łyknąłem jakieś dwie czarodziejskie tabletki otrzymane od innego uczestnika. Od Żebraka na Chryszczatą nawet sporo jadę. Psychika zostaje trochę podbudowana, gdy udaje się nam wyprzedzić dwa inne teamy, no i z Chryszczatej jest już generalnie w dół. W tym momencie już wiem, że "choćby na uszach", ale dojadę. Zjazd z Chryszczatej super - kto był, ten wie. Po drodze mijamy Jeziorka Duszatyńskie - prawdziwą oazę spokoju. Ludzie siedzą nad brzegiem kontemplując i pewnie nie mają najlepszego zdania o wariatach zakłócających ciszę na bikach. Na ostatnim zjeździe przed Komańczą nagle słychać huk - to Bartek rozrywa oponę. Zamiast szybkiego zjazdu do mety musi biec z rowerem obok. Na szczęście nikt nas nie dogania i dojeżdżamy na "zaszczytnym" 106. miejscu.

Wykończeni.

Jutro będzie lepiej.

ETAP II: Komańcza-Krempna

Od rana mam obawy, czy nie powtórzą się dolegliwości z poprzedniego dnia. Ale wsiadamy na rowery - innego wyjścia przecież nie ma. Początek w deszczu, ale pogoda szybko się poprawia i do końca etapu będzie już wyśmienita. Za pierwszym punkcie kontrolnym okazuje się, że pomyliliśmy drogę. Zresztą tak, jak wiele innych zespołów. Szybko jednak znajdujemy właściwy szlak i jedziemy dalej. BŁOTO. Trudny szlak przez las do drugiego punktu. Dalej też nie łatwo. To taplamy się w grząskiej mazi błotnej, to zapadamy się po osie w kałużach, to znów jedziemy po nawierzchni przypominającej nieco rozmiękłą czekoladę. Przez pierwsze 30 km poznaliśmy chyba z 10 odmian błota. Dochodzi do tego, że koła są tak oblepione, że nie chcą się obracać. Ciągniemy więc rowery jak kłody drewna. Dopiero po wjeździe na asfalt błoto zaczyna odskakiwać z kół tryskając na wszystkie strony.

Już solidnie zmęczeni wjeżdżamy do Dukli. Z daleka rozpoznaję Anetę ze swoją córką. Dziewczyny poświęciły prześcieradło, aby zrobić transparent na naszą cześć!!! Czekały w jednym miejscu dwie godziny, aby nas pozdrowić. Robi się bardzo miło i ogromnie Im w tym miejscu dziękuję za przybycie i słowa otuchy. My jednak musimy jechać dalej. Na ostatni punkt kontrolny dojeżdżamy już bardzo mocno zmęczeni. Sędzia mówi, że teraz już będzie tylko zjazd, ale chyba nie dotarł dalej, bo my nadal musimy podjeżdżać. Dopiero po 2 km jest upragniony zjazd. Najpierw przez las, potem szybkim asfaltem i jeszcze parę kilometrów płaską drogą do Krempnej. Po prawej znajomy bar, po lewej meta. Póki co wybieramy metę.

Dojechaliśmy po ośmiu godzinach bardzo zmęczeni. W opinii wielu uczestników był to najtrudniejszy etap w całej historii TC.

Wieczorem odprawa; bierzemy mapy.

Jutro powinno być wreszcie łatwiej.

ETAP III: Krempna-Krynica

6.30 - Woody jak zwykle włącza szczekaczkę.

Pogoda nie może się zdecydować. Słońce to przedziera się przez chmury, to znów kropi deszczyk. Do przejechania mamy niecałe 70 km. Trasa powinna być łatwa. Początek tradycyjnie, jak rok wcześniej, do Ożennej. Wtedy złapałem kapcia kilometr za startem i mogłem zobaczyć jak wygląda ogon peletonu. Tym razem przejeżdżam szczęśliwie. Jedziemy szybko. Noga podaje, wielu wyprzedzamy, aż Bartek mówi "zwolnij trochę". Przejechaliśmy już 30, 40, 50 km. Dystans umyka nadspodziewanie szybko. Przed ostatnim punktem kontrolnym postanawiamy zakombinować. Po zjeździe trasa sugerowana skręca na drogę asfaltową w prawo, a my w lewo. I opłaciło się. Zamiast trudnego podejścia na ostatni punkt my wjeżdżamy dość wygodną drogą. Potem tylko zjazd i ostatni podjazd do mety. Na ostatnich metrach dochodzi nas ekipa Bikeboardu na enduro. Wiemy, że chłopaki świetnie jeżdżą, więc skoro wjeżdżamy razem na metę, to nie jest z nami aż tak źle.

Zjazd z mety do Krynicy powolutku. Mamy w pamięci groźny wypadek Sokoła rok temu. Bardzo mądrze, że tym razem meta była na szczycie.

Wreszcie Krynica - najpierw piwko, potem lodowisko. Spanie najwygodniejsze na całej TC.

Jutro ogień.

ETAP IV: Krynica-Krościenko

Muszę wrócić do poprzedniego rozdziału. Kiedy skończyłem pisać nie wiedziałem jeszcze, że lodowisko zafunduje nam wątpliwą atrakcję. Mianowicie do północy trwał trening łyżwiarzy figurowych. Wyobraźcie sobie muzykę głośną i urywaną co kilka taktów. Koszmar. A po treningu dał jeszcze koncert jakiś chrapiący - drugi koszmar. Nie wiem o której zasnąłem, niemniej noc była krótka. Ale za to czekał nas najpiękniejszy odcinek na całej TC.

Na początek przejazd honorowy przesz Krynicę i wjazd na Jaworzynę. Później fantastyczna jazda grzbietem Beskidu Sądeckiego aż do Rytra. Uwielbiam ten szlak. Od Rytra długi, monotonny podjazd na Radziejową i znów kapitalny odcinek przez Przehybę. Szybkie wniesienie rowerów na Dzwonkówkę i wyśmienity zjazd do Krościenka.

Takich etapów chciałoby się jak najwięcej. Super trasa przy znakomitej pogodzie z widokiem na Tatry.

W Krościenku humory mamy świetne. Na rynku piwo, pizza, fajne towarzystwo - czegóż chcieć więcej?

ETAP V: Krościenko-Rabka

Zwykle pogoda straszyła nas deszczem, jednak dziś od samego ranka jest bardzo ciepło i słonecznie. Trasa dokładnie taka, jak rok wcześniej. Non stop czerwony szlak. Mapy są wręcz niepotrzebne. Dzisiejszy etap choć krótki, do łatwych jednak nie należy. Na "dobry" początek Lubań. Wiadomo, nie przyjechaliśmy tu przecież dla przyjemności. Nawet po przejechaniu szczytu, gdzie teoretycznie powinien być już zjazd na Przełęcz Knurowską szlak co chwilę stromo wznosi się w górę. Często trzeba zsiadać z roweru i maszerować. Na przełęczy bufet, chwila odpoczynku, krótki wywiad (!) i ruszamy w dalszą drogę. Wiemy, że za kilka kilometrów podejście jest tak strome, że nawet muchy nie mogą podlecieć. Może właśnie dzięki tej wiedzy u podnóża podejścia wyłączamy mózgi i idziemy krok po kroku jak cyborgi. Nie wiem jak długo to trwało, ale wtem nastąpiła miła odmiana - znów można było wsiąść na rower i jechać. Znów kilka kilometrów i fantastyczny wjazd na Halę Długą. Jest to z pewnością jedno z piękniejszych miejsc w całych Beskidach. Nie możemy się powstrzymać od zrobienia w tak pięknym miejscu paru fotek. Później krótki podjazd na Turbacz i dłuuugi zjazd do Rabki. Na szczęście kałuż jest niewiele i można je spokojnie omijać bez wytracania prędkości. Na Starych Wierchach skręt w prawo i . wytracam prędkość raptownie. Bardzo raptownie. Zaliczam klasyczne OTB. Leżąc na plecach staram się poruszyć wszystkimi kończynami i spoglądam wokoło w poszukiwaniu krwi. Odwracam głowę do tyłu i widzę mój rower wiszący na pobliskim świerku kierownicą w dół. Bartek pyta z dołu czy żyję. Jakoś wstaję na nogi, biorę rumaka i kontynuuję zjazd, choć już nieco wolniej. Na szczęści obyło się bez urazów.

WoodyW Rabce spanie w namiocie na stadionie. Wypełniamy codzienny rytuał: najpierw mycie rowerów, potem mycie siebie, następnie sprawdzanie, regulacja i smarowanie naszych maszyn.

Pod wieczór odwiedzają nas przyjaciele: Beata i Jacek. Przywożą mój dowód osobisty (będzie potrzebny jutro, bo planujemy skrót przez Słowację), a dla Bartka nowe kółka do tylnej przerzutki. Stare toczyły się już bez łożysk. I znowu jest miło - wspólna kolacja w pobliskiej knajpce, itd.

ETAP VI: Rabka-Korbielów

Kolejka do myciaWstajemy jak zwykle dzięki szczekaczce Woody'ego - naszego uroczego MISS .

Znów w powietrzu unosi się jedyny w swoim rodzaju zapach. Swoista mieszanina Ben Gay'a, Finish Line'a i gotującego się makaronu. Może to jest właśnie zapach Transcarpatii?

Dzisiejszy etap już przed startem wszyscy ochrzcili mianem morderczego. Rzeczywiście - 80 km i około 2500 m przewyższenia to nie przelewki. Ale na tym etapie jest wreszcie coś, co lubię - nawigacja i alternatywne trasy między punktami kontrolnymi. Etap rozpoczynamy od tradycyjnego, wspólnego zdjęcia przy pomniku Św. Mikołaja. Dalej przejazd honorowy do Raby Wyżnej i, już na ostro, podjazd na Harkabuz. Klasyczny, 4-kilometrowy podjazd po kostce znany głównie z Danielek. I tu czeka nas niespodzianka - wyasfaltowali drogę. Sołtys postanowił przykryć tutejszą starożytną kostkę wrednym, gładkim asfaltem. Toż to jest prawie jak świętokradztwo. Nawet Marcin mówi, że to ostatni, historyczny wjazd tą drogą. Wreszcie skręcamy za niebieskim szlakiem w las. Droga przyjemnie wije się bez większych podjazdów. Nagle orientujemy się, że od pewnego czasu nie widzieliśmy na drzewach niebieskich znaków. Spotykamy coraz więcej zdezorientowanych kolarzy (a wczoraj Marcin mówił, żeby uważać). Próbujemy w prawo - pudło. Zawracamy. Jedziemy dalej bez szlaku, ale kierunek jazdy wydaje się odpowiedni. Dojeżdżamy wreszcie do szerszej drogi, a nią do jeszcze szerszej i w końcu wiemy, gdzie jesteśmy. Na błądzeniu straciliśmy około 10 minut. Raczej niewiele, zważywszy, że na trzeci punkt kontrolny dojeżdżamy przed Belgami, którzy przecież walczą o zwycięstwo w całej imprezie. Co prawda niedługo potem nas prześcignęli, ale stracili szanse na zwycięstwo w generalce. A my mozolnie wjeżdżamy na Halę Krupową, choć pod koniec niepewni właściwej trasy. Za Halą zbaczamy z trasy sugerowanej - zamiast na Policę zjeżdżamy do Skawicy (poza mapę) i dalej drogą asfaltową do Zawoi. Dłużej, ale szybciej. Mimo, że wiatr wściekle wiał nam w oczy to opłaciło się. Z Zawoi znów nie korzystamy z sugestii organizatorów, tylko przejeżdżamy na słowacką stronę. Ten skrót jest jednak tak oczywisty, że jedzie tamtędy większość uczestników. Znowu się opłaciło. Na słowackiej ziemi doganiamy jeden z najładniejszych zespołów w TC - duet Ania/Justyna. Na Przełęczy Glinne szybkie sprawdzenie dokumentów przez Straż Graniczną i ekspresem w dół do Korbielowa. Niezwykle szczęśliwi mijamy wreszcie linię mety koło Jontka.

ETAP VII: Korbelów-Wisła

To już ostatni dzień zmagań. Z jednej strony ulga, ale czujemy też żal, że taka wspaniała impreza się kończy.

Ten ostatni etap, choć niezbyt długi nie jest wcale "etapem pokoju i przyjaźni". Na trasie walka będzie trwała jak dotąd, a nas dopadną kłopoty techniczne. Mamy też w odwodzie kilka autorskich wariantów trasy. Ale po kolei.

Na starcie ustawiamy się dokładnie na końcu peletonu. Nie przez przypadek, gdyż po komendzie "start" mamy zamiar odwrócić rowery o 180° i wjechać na Halę Miziową zupełnie inną trasą niż pozostali uczestnicy. Jakież jest nasze zdumienie, kiedy na minutę przed startem koło nas ustawiają się liderzy: Mirek i Jarek z dokładnie takim samym planem. Za nimi podążyło jeszcze kilka ekip i w efekcie "do tyłu" jedziemy/idziemy kilkunastoosobową grupą. Oczywiście liderzy błyskawicznie nam uciekają ale i tak na Miziową docieramy w dobrym czasie. Rozpoczynamy kapitalny przejazd poprzez widokowe hale na Rysiankę. I tu zaczynają się problemy. Nagle lewa korba oddziela się od reszty mojego roweru. Urwała się śruba mocująca - pomyślałem. Zaczynam kląć na czym świat stoi. Czeka mnie przecież 50 km z buta po górach, bo gdzie tutaj znajdę taką śrubę? Na szczęście jeden z jadących mówi, że widział jakąś śrubkę po drodze. Było to jak iskierka nadziei. Rozpoczynamy gorączkowe poszukiwania pomiędzy kamieniami i wreszcie Bartkowi udaje się ją znaleźć. Potem jeszcze okazuje się, że w naszym zestawie kluczy brakuje tego jedynego -imbusa 8. Ale w tym pomaga inny uczestnik. Korbę udaje się dokręcić i możemy jechać dalej.

Trasa przebiega fantastycznymi ścieżkami poprzez hale z pięknym widokiem na panoramę Beskidów. Tak dojeżdżamy do Węgierskiej Górki, a tam znowu wybieramy wariant autorski. Zamiast bardzo trudnym czerwonym szlakiem wjeżdżamy na Magurkę Radziechowską idealną drogą. I znów super jazda grzbietem aż do Przełęczy Salmopolskiej, skąd ostatni odcinek prowadzi przez Trzy Kopce do upragnionej Wisły. Wjazd na Rynek i . META!!!

MetaMETA CAŁEJ TRANSCARPATII !!!

Po przejechaniu ponad 500 km i spędzeniu na rowerach około 42 godzin dojeżdżamy wreszcie do METY W WIŚLE!!!

Gratulujemy sobie nawzajem. Witamy teamy przyjeżdżające po nas. W końcu mam też okazję uściskać żonkę.

Transcarpatia na zawsze pozostanie w pamięci jako jedna wielka przygoda. Zajęliśmy w naszej kategorii 27. miejsce. Poznaliśmy dziesiątki wspaniałych pasjonatów kolarstwa. Wrażeń, emocji i wylanego potu nie sposób określić w liczbach.

Następna Transcarpatia rozpocznie się jak zwykle w grudniu.

PS:
Dziękuję Bartkowi za partnerstwo i pomoc w trudnych chwilach.
Dziękuję Organizatorom, szczególnie Marcinowi za pomysł i zorganizowanie TAKIEJ imprezy.
Dziękuję wszystkim uczestnikom za stworzenie niepowtarzalnego klimatu.

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach