Wszystko zaczęło się gdy Krasnal napisał na forum, że zamierzają jechać z Dominikiem i Ireną na Skorpiona. Jak każda ekstremalna impreza na orientację przyciągnęła moją uwagę, było tylko małe 'ale' - to miała być wyłącznie piesza impreza. O ile na moim Złomie żadna trasa nie jest mi straszna, to do 50km piechotą jakoś nie bardzo wiedziałam jak podejść, w końcu moje doświadczenie w tej materii było praktycznie zerowe. Jednak kiedyś trzeba spróbować czegoś nowego. Po długich przemyśleniach, odrzucaniu nurtującej myśli, żeby zostać w domu i się wyspać, w końcu podjęłam decyzję - ruszam z nimi.

Odprawa technicznaPiątek wieczorem wyjazd. Prognozy pogody zapowiadały jednogłośnie - w sobotę będzie spory mróz, wiatr, a tuż przedtem miał padać śnieg, ale w końcu jak ma być ekstremalnie to nie może być ciepło, słonecznie i bezwietrznie. Wyjeżdżając z Siedlec czuć już było nadchodzący mróz, ale śniegu brak. Dopiero po przybyciu do Krasnobrodu ujrzeliśmy śnieg, a pierwszy powiew mroźnego powietrza po wyjściu z samochodu spowodował, że znowu pojawiło się odwieczne pytanie - co ja tutaj robię?

Rozbiliśmy leniwy obóz pod bramką na sali gimnastycznej. Jasiek już był na miejscu, więc zamieniliśmy parę słów. Spotkałam także Jurka, sami znajomi :) Udaliśmy się do biura zawodów. Tutaj miłe przywitanie przez Sławka, jak się potem okazało naszego Sędziego Głównego :) Po załatwieniu formalności udaliśmy się na nocny wypoczynek, na który zostało aż 8 godzin i nawet miękkie materace były na wyposażeniu - co za luksus. Do tego 5-gwiazdkowego luksusu brakowało tylko nieco wyższej temperatury na sali ;)

W drodze do pierwszego PKRano po 6 już nie mogłam spać. Powoli zaczynało się życie na sali. Śniadanko, dylematy w co się ubrać i przygotowanie ekwipunku. Za oknem biało, wiało i mroziło. Przed odprawą techniczną wszystko już mieliśmy gotowe. Chwilę przed startem otrzymaliśmy mapy i z trudem wygramolilismy się na te polarne warunki na dworze. Zamarzając czekaliśmy, aż zostanie ogłoszony oficjalny start.

Burmistrz Krasnobrodu z pistoletem startowym w ręku odliczył: 3...2...1... niewypał... start! Ruszylismy. Jasiek oczywiście wyciął biegiem, my marszem. Oczywiście typowo rowerowe nawyki odnosnie ilości wody spowodowały, że plecak stał się ciężki, o czym przekonałam się już przy pierwszym podejściu na PK1. Nie pozostało nic innego tylko szybko uszczuplić zapasy, wlewając je w siebie ;) Od początku jakoś nie mogłam dostosować tempa marszu do reszty ekipy i coraz musiałam podbiegać, ale to akurat lepiej mi szło niż marsz. PK2 znowu na górce.

Irena na PK2W drodze na punkt poczułam, że but zaczyna obcierać piętę. Specjalnie nie wzięłam trekingów, bo po doświadczeniach w Norwegii wiedziałam, że 50km to w nich nie przejdę, a w salomonkach już tyle kilometrów przebiegłam i było ok... no właśnie to buty do biegania, nie do chodzenia. Na szczęście miałam spory zapas plastrów, tylko, że żaden nie chciał się trzymać podczas marszu i po dwukrotnej próbie zaklejenia obtarcia zrezygnowałam z dalszych zabiegów - trzeba się przyzwyczaić i zapomnieć. Kolejny punkt przy źródełku zdobyliśmy bez problemu i udaliśmy się do Piekiełka, czyli PK4. Krótka dyskusja na temat różnych koncepcji ataku na ten punkt i postanowiliśmy zaufać Krasnalowi. Wspięliśmy się na szczyt, ale punktu brak, za chwilę jednak zobaczyliśmy nieco wyższy szczyt w pobliżu - tam był punkt i wiata. Wyciągnęliśmy jedzonko, ale wiatr nie dał spokojnie go skonsumować, więc zrobiliśmy to w biegu schodząc z góry.

Droga do PiekiełkaNa PK 5 postanowiliśmy udać się przez Długi Kąt, a potem polami na skraj lasu. Bez większego problemu odnaleźliśmy punkt. Gdy podpisywaliśmy karty Dominik zawołał, że dalej, na skrajszym skraju lasu jest drugi punkt. Już złapaliśmy stracha, że ten może być stowarzyszony, ale Dominik tylko skwitował - 'żartowałem'. Do PK6 droga była prosta, ale wiodła przez pole, na którym nieźle nas przewiało.Do tego podejścia. Dalej droga wiodła przez wioskę Szopowe. Chłopaki wypatrzyli sklep i chcieli zrobić zakupy, ale godziny otwarcia: 6-9 i 16-19 uniemożliwiły im to. Swoją drogą dziwne godziny otwarcia. Przy końcu wioski spotkaliśmy całkiem sporą ekipkę zroweryzowanej dzieciarni - prawie jak leniwce: -10 na dworzu a oni sobie kręcą w najlepsze ;) Do PK6 trafiliśmy jak po sznurku. Tam niespodzianka - przejście po oblodzonej kładce - nie chciałabym się wykąpać przy tej temperaturze. A na punkcie ognisko, ale nie pozwoliliśmy sobie na dłuższą przerwę. Przy okazji musiałam zrobić małą reorganizację zasobów wody, bo rurka w bukłaku kompletnie zamarzła - trzeba było przelać do butelki.

Znak 'Kierunek marszu' trochę nas zdezorientował ;) Nie zdążyłam jeszcze wszamać kanapki, a już ruszyliśmy - jak zwykle jedzenie w biegu. Jakoś tak się rozpędziliśmy, że doszliśmy, no właśnie gdzie? Na pewno nie tam gdzie trzeba. Postanowiliśmy zrobić nawrót na ścieżkę, na której widać było ślady butów, Krasnal w międzyczasie próbował zlokalizować nasze położenie. Wchodząc spotkaliśmy dwóch zawodników idących w przeciwną stronę, zapytani czy idą z punktu stwierdzili, że sami pobłądzili i nie znaleźli punktu. Jednak Krasnal uznał, że to musi być gdzieś tam, więc poszliśmy. Klucząc tak trochę zygzakiem trafiliśmy na punkt, ale pojawiło się jakieś przeczucie, że może tu być jakiś stowarzyszony. Dominik poszedł dalej, żeby się zorientować, czy nie ma tu czegoś jeszcze, ale stwierdził, że to jednak musi być ten. Podpisaliśmy karty i zawróciliśmy do zabudowań. Po drodze znaleźliśmy to nasze przeczucie - pojawiła się mała niepewność, czy oby dobry wybraliśmy, ale wszystko wskazywało na to, że jednak tak.

Teraz czekała nas wspinaczka przez górę do Starej Huty. Jak zwykle teren otwarty dał nam nieźle popalić, znowu wiatr smagał po twarzach. Ze Starej Huty dalej prosto do lasu, dotarliśmy do wąwozów - po prawej wąwóz, po lewej wąwóz i teraz do którego zejść? Wybraliśmy ten po lewej, tylko poszliśmy nie w tą stronę co trzeba i dotarliśmy do jego czoła. W tył zwrot i wracamy się, tym razem punkt został namierzony. W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze stowarzyszony, ale tu wątpliwości nie było - ewidentnie strome zbocza zaznaczone na mapie wskazywały właściwy.

Z wąwozu zeszliśmy do Bondyrza, gdzie czekało zadanie specjalne - most linowy. Most typu jedna lina rozciągnięta nad wodą. Chłopaki bez większego problemu przeszli go bez uprzęży, ale dziewczyny wolały się zabezpieczyć przez wpadnięciem do wody. Niestety zbyt słabe ręce utrudniały zadanie, największym problemem stało się podciągnięcie się na linę i wpięcie uprzęży, ale z pomocą jakoś się udało. Dalej stylem na leniwca pokonałam most, ale wymagało to trochę siły. Przy okazji łapałam pstrągi plecakiem ;) Na koniec jeszcze trzeba było zejść z liny, co w moim wykonaniu mogło wyglądać trochę komiczne :)

Po przeprawieniu się na drugi brzeg Wieprza czekało nas podejście na PK 10. Już miałam dosyć tej wspinaczki, a widoczne na horyzoncie górki nie zapowiadały niczego łatwego. Dominik widząc, że powoli wymiękam na podejściach, postanowił oddać mi swoje kijki trekingowe. Na początku trochę mi zajęło czasu zanim załapałam jak się ich używa, ale potem dały trochę odpocząć moim nogom, ewidentnie nie przystosowanym do tak długiego chodzenia. Zaczęłam trochę odstawać w tyle. Ale do punktu prowadziła prosta droga, po drodze widziałam kolejną zmyłkę, ale jej lokalizacja w żaden sposób nie pasowała, więc kontynuowałam marsz dalej. Na punkcie reszta ekipy już czekała, podbiłam tylko kartę i powrót. Postanowiliśmy na PK11 polecieć na azymut przez pola. Na zmarzniętych nierównościach pola moje salomony okazały się nieodpowiednim obuwiem, a do tego jeszcze doszedł ból nóg i ogólne zmęczenie. W rezultacie momentami traciłam już z oczu resztę ekipy. Starałam w miarę możliwości podbiegać, ale na nierównym terenie nie było to łatwe. Na szczęście mogłam liczyć na to, że poczekają na mnie. W końcu doszliśmy do wąwozu, a w nim same maliny. Przedzierając się przez kolczaste krzaczory dotarliśmy do PK11.

Zaczynało zmierzchać, a mi już przez myśl przechodziło, żeby pójść prosto szosą do bazy. Przy okazji trochę pomarudziłam, po co dałam się na to namówić ;) Ale przecież 'trzeba być twardym, a nie miętkim'. Dalej odstając od grupy jakoś telepałam się, na podbieganie zaczynało brakować siły. W Namulach zaczęłam się ostro zastanawiać, czy by nie olać dwóch ostatnich punktów, zwłaszcza, że chłopaki bardzo chcieli zmieścić się w limicie. Zostało 3 godziny i po kalkulacjach stwierdziłam, że wykrzesam z siebie resztki sił, ale dam radę, w końcu zodiakalna skorpionka tak łatwo się nie poddaje ;) Ruszyliśmy na PK12, znowu wspinaczka pod górę i znowu odstałam. Na szczęście widziałam światełka chłopaków, tylko, że w dwóch różnych miejscach - to Krasnal z Ireną szukali punktu na górze a Dominik na dole. Usłyszałam Dominika - znalazł punkt, zbiegłam w jego stronę. Znowu było zastanowienie, czy przypadkiem nie jest to jakaś zmyłka, ale nie była. Został ostatni punkt, niestety po drodze kolejne podejście i znów straciłam z oczu grupę. W dodatku oddałam mapę Irenie i całkowicie straciłam orientację gdzie poszli, poczułam się naprawdę bezradna, a w dole wiadziałam światła Krasnobrodu. Już chciałam skierować się w tamtą stronę, ale przecież oni na mnie gdzieś tam czekają. Na szczęście zobaczyłam ślady butów na śniegu i postranowiłam podążyć za nimi.

Na skraju lasu Dominik wyczekiwał, aż się przyczłapię. Dołączyliśmy do reszty. Pobiadoliłyśmy sobie z Ireną, jak to nam ciężko i wszystko boli i wtedy powiedziała mi, że wzięła proszki przeciwbólowe i jakoś już jej lepiej się idzie. Postanowiłam zrobić to samo i chyba pomogło, bo w dalszej części trasy jakoś tak bardzo nie zostawałam w tyle. Przedzierając się na przełaj przez las dotarliśmy do drogi, która ponoć miała prowadzić do kapliczki. Jednak kierunek nam się nie zgadzał. Dominik pobiegł kawałek, żeby się przekonac czy coś tam jest, a reszta w tym czasie chwilę odsapnęła. Wyciągnęłam batona, niestety mróz zmroził go na kamień i jedzenie go ograniczało się do zeskrobywania zębami tej twardej masy. Dominik niestety nic nie znalazł i stwierdziliśmy, że trzeba kierować się na wschód. Jak zwykle postanowiliśmy pójść po śladach na śniegu i trafiliśmy na szlak, przy którym ustawione były barierki i prowadzące w dół schodki. Wiedzieliśmy, że to gdzieś tu. Przeanalizowaliśmy mapę czy warto schodzić, bo wchodzić z powrotem już nikt by nie miał ochoty ;) Okazało się, że punkt jest na zboczu, a my jesteśmy w górze. W międzyczasie ktoś krzyknął, że widzi kapliczkę w dole. No to schodzimy. Schodzenie nie było proste, schodki nierówne i do tego śliskie. Kapliczka okazała się wręcz kaplicą i że też gapiąc się na nią z góry nie skojarzyliśmy, że ten czarny cień w dole to jest to. Cały czas wyobrażaliśmy ją sobie jako małą kapliczkę na drzewie. Punkt zdobyty, wracamy do bazy.

Teraz to już nie miało znaczenia czy jestem zmęczona, czy coś mnie boli, adrenalina i radość z tak bliskiego końca przesłoniły wszystko. W znakomitych nastrojach równo maszerowaliśmy do bazy. Po drodze spotkał nas mały falstart, kiedy Dominik uznał widoczne na horyzoncie światła za szkołę, niestety to nie było to. Jeszcze kawałek musieliśmy podejść. W końcu ujrzeliśmy światła szkoły... tylko na drodze stanęło ogrodzenie. Ominęliśmy ogrodzenie i skręcając w pierwszą lepszą uliczkę dotarliśmy do szkoły. Tam czekało na nas ostatnie zadanie specjalne - strzelanie do baloników. Myślałam, że nie będzie z tym problemu, w końcu kiedyś całkiem nieźle mi szło strzelanie z wiatrówki. Jednak wielkie rozczarowanie - nikt nie ustrzelił ani jednego balonika :( Próbowałam z każdej strony balonika, biorąc poprawkę na opadanie, znoszenie w bok, ale nic nie wychodziło. O dziwo nie byliśmy osamotnieni, większości zawodnikom to zadanie nie wyszło. Jakieś baloniki pancerne powiesili, czy jak?

Trochę zrezygnowani poszliśmy zameldować się w bazie. Na sali podszedł do nas Jurek, zapytać się jak poszło. On też zaliczył całą trasę, tylko jednego stowarzyszonego załapał. Stwierdził, że teraz czas na obiadek, piwko i spanko, informując nas gdzie można zdobyć to drugie. Poszłam jeszcze pogratulować Jaśkowi zwycięstwa - 50km w 6:22. W dodatku musiał czekać na zadania specjalne, bo nie zdążyli jeszcze rozstawić :D To tylko Jasiek tak potrafi ;) Mimo, że nogi już odmawiały posłuszeństwa to do sklepu jeszcze doszliśmy. Na obiadek też trzeba było pofatygować się do drugiego budynku i w dodatku wejść na piętro. To co zwykle nie stanowi problemu, teraz stanowiło ogromny - wejść na pierwsze piętro. Obiadek super, dwa dania - pomidorówka i mielony z kartoflami i surówką - w końcu standard 5-gwiazdkowy ;)

Czas na spanie. Chłopaki wyczaili gdzieś ciepły kącik, więc przenieśliśmy się z mroźnej sali gimnastycznej do przytulnego prywatnego apartamentu w szatni ;) Polegliśmy wszyscy, tylko Dominik jeszcze pofatygował się sprawdzić wyniki. Wcześniej żartowałyśmy sobie z Ireną, że napewno w pierszej dziesiątce wśrod kobiet będziemy (startowało tylko tyle). Ale gdy Dominik przekazał nam informację o naszym rezultacie, wpadłyśmy w dziki śmiech. Jakoś nie mogłyśmy w to uwierzyć.

DekoracjaZwiedzanie ZamościaRano czekaliśmy na dekorację. Ja z Ireną byłyśmy pierwsze :D. Dominik z Krasnalem 13 w swojej kategorii, a mieli szanse na dużo lepszy wynik (pierwsza dziesiątka), ale nie chcieli zostawić mnie samej i stracili trochę czekając aż się doczłapię. Jasiek bezkonkurencyjnie pierwszy, ale zdezerterował z dekoracji - jak to określili organizatorzy - "niestety nie ma go już wśród nas" co wywołało minutę śmiechu :D Po zakończeniu udaliśmy się w drogę powrotną 'zwiedzając' po drodze Zamość. Nasze zwiedzanie ograniczyło się na dojściu na starówkę ze 100 metrów, zrobieniu fotek i powrocie. Nikt nie miał ochoty na więcej chodzenia ;)

Karty startoweKarty startowe{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach