Rajd wakacyjnyNadeszło lato a wraz z nim przyszła pora na zrealizowanie kolejnej wakacyjnej przygody. Po długich targach i niezliczonych koncepcjach w końcu została ustalona trasa naszego rajdu rowerowego anno domini 2004. Tym razem zamierzaliśmy dotrzeć do rumuńskiej Oradei. Egzotyka owego przedsięwzięcia u niektórych wzbudzała dreszczyk emocji, innych natomiast przyprawiała o palpitacje serca. Nie mniej postanowiliśmy konsekwentnie zrealizować nasz plan. Po początkowych problemach ze skompletowaniem składu nasza grupa rajdowa zamknęła się liczbą siedemnaściorga osób. Tym razem zrezygnowaliśmy z towarzystwa autokaru. Postanowiliśmy, iż wystarczy nam bus z przyczepką. Ustaliliśmy także, iż dniem początkowym naszej eskapady będzie 15 lipiec.

15 lipiec 2004 (czwartek)

Tegoż dnia we wczesnych godzinach rannych nasza ekipa rajdowa zebrała się na mszy świętej w kościele świętego Stanisława w Siedlcach. Następnie zostały rozdysponowane zadania dla poszczególnych osób. Po tych wszystkich czynnościach w pełnym szyku udaliśmy się do księdza biskupa prosząc o dodatkowe błogosławieństwo na czas naszego rajdowania. Następnie mogliśmy wyruszyć na szlak. Niestety pierwszy odcinek nie należał do nazbyt udanych. Delikatnie mówiąc, był dosyć chaotyczny. Chcąc bowiem uniknąć wzmożonego ruchu samochodowego na trasie do Łukowa, zapuściliśmy się na boczne trakty. Nie przyniosło to nam jednak wymiernych korzyści. Jakby jednak nie patrzeć, jeszcze nigdy trasa naszego rajdu nie wiodła środkiem pola kukurydzy czy też peronem na stacji kolejowej położonej pośród pól. Ostatecznie po kilku godzinach dotarliśmy do Łukowa. Tutaj rozstaliśmy się z odprowadzającymi nas osobami, które tym razem nie mogły jechać dalej. My tymczasem po odpoczynku udaliśmy się w dalszą podróż. Na obiad przyszło nam jednak czekać do późnego popołudnia. Nie powiodła się bowiem próba załatwienia posiłku w Kocku. W ten oto sposób dopiero po przejechaniu blisko stu kilometrów mogliśmy zasiąść do obiadu w okolicach Firleja. Co ciekawe, tego dnia pogoda była dla nas wyjątkowo łaskawa. Nie dokuczała nam bowiem ani słoneczna spiekota, ani też uciążliwy deszcz. W ten oto sposób w godzinach wieczornych mogliśmy zawitać do podlubelskiego Dysu. Nie przypadkowo jednak tam się znaleźliśmy. Otóż na pierwszy nocleg zgodziła się nas przygarnąć rodzina braci Błońskich. Serdeczność oraz gościnność, z którą się spotkaliśmy, wywarła na naszej grupie duże wrażenie. Po posiłku oraz wieczornej toalecie mogliśmy się rozlokować w udostępnionych nam pokojach.

Rusałka rajdowa16 lipiec 2004 (piątek)

Nowy dzień przywitał nas blaskiem słońca. Zapowiadała się piękna pogoda. Zaraz po śniadaniu udaliśmy się wraz z rodziną Urbasiów do pobliskiego klasztoru sióstr karmelitanek bosych. Tam też została odprawiona msza święta. Wielu z nas pierwszy raz miało sposobność uczestniczyć w eucharystii w zakonie klauzulowym. Następnie bocznymi drogami skierowaliśmy się w stronę pobliskiego Lublina. Przeprawa przez zatłoczone miasto zajęła nam trochę czasu. Ostatecznie udało nam się obrać właściwą drogę, po której zamierzaliśmy się poruszać aż do wieczora. Pogoda była podobna do wczorajszej. Po pięknym poranku niebo zostało zasnute chmurami, lecz udawało nam się szczęśliwie unikać deszczu. Większe trudności począł nam przysparzać wyżynny teren. Póki co radziliśmy sobie jednak z owymi niedogodnościami. Na obiad ponownie byliśmy zmuszeni czekać do późnego popołudnia. Tym razem za miejsce posiłku została wybrana stacja benzynowa za Frampolem. Tam też Krasnal wpadł na pomysł, ażeby swoje skronie przyozdobić wieńcem zbożowym. Magda zabrała się zatem do wicia owego lauru z zebranych kłosów. Po skończonej pracy nasz mapowy wyglądał jak prawdziwa rusałka. W dobrych zatem nastrojach nasza grupa wyruszyła na szlak. Po drodze jadący na przedzie nasz elf zbożowy wzbudzał oczywiście wielkie rozbawienie u napotkanych osób. Tym oto sposobem dotarliśmy do Biłgoraju. Tutaj został zarządzony odpoczynek. Nocleg zaś tym razem został znaleziony w Tarnogrodzie. Czym prędzej udaliśmy się zatem w kierunku owego miasta. Tym razem otrzymaliśmy kwaterę w starym domu parafialnym. Zostały nam także udostępnione natryski w Domu Opieki Społecznej. Zanim jednak położyliśmy się spać, po raz pierwszy na rajdzie zagraliśmy w mafię.

Pierwszy, lecz nie ostatni, samodzielnie przygotowywany obiad17 lipiec 2004 (sobota)

Nowy dzień przywitał nas zachmurzonym niebem. W każdej chwili mogliśmy spodziewać się rzęsistego deszczu. Nie bacząc jednak na te utrudnienia wczesnym przedpołudniem ruszyliśmy na trasę. Pomimo jednak dobrego tempa zostaliśmy zmuszeni do zrobienia dłuższego postoju po około 20 kilometrach. Od Sieniawy nadciągały bowiem złowrogie granatowo-szare chmury deszczowe. Zatrzymaliśmy się zatem pod rozległą miejscową altanką licząc na to, iż w razie potrzeby będzie ona doskonałym schronieniem. Ulewa jednakże do nas nie dotarła. Po zregenerowaniu sił oraz kilku mafijnych rozgrywkach ponownie wskoczyliśmy na nasze rowery. W ten oto sposób dotarliśmy do Przeworska, gdzie naszą grupę rajdową opuścił jeden z uczestników. Posti, bo o nim mowa, planując kolejny wyjazd był zmuszony ograniczyć swoje rajdowanie do zaledwie kilku dni. Nasze straty mogłyby być większe, ale na szczęście udało się przezwyciężyć pierwsze kryzysy i zwątpienia. Jakby bowiem nie patrzeć, podjazdy coraz mocniej dawały nam w kość, a prognozy na kolejne dni dotyczące ukształtowania terenu u wielu rajdowiczów wywoływały niepokój. W Przeworsku ponownie udało nam się szczęśliwie uniknąć deszczu. Kiedy już się wypogodziło, ruszyliśmy dalej szesnastoosobowym składem z zamiarem znalezienia obiadu. Po bezowocnych poszukiwaniach zatrzymaliśmy się w Urzejowicach. Tutaj wespół z naszymi gospodarzami ochoczo zabraliśmy się do przyrządzenia obiadu. Tym samym została zapoczątkowana seria kilku bardzo udanych rajdowych obiadków. Posileni i wypoczęci w dobrych nastrojach kontynuowaliśmy naszą wędrówkę licząc na dobry nocleg. Nasze nadzieje nas nie zawiodły. Późnym popołudniem zawitaliśmy do Dynowa, gdzie otrzymaliśmy do naszej dyspozycji salę gimnastyczną. Zostaliśmy także zaproszeni na wieczorny festyn odbywający się na rynku owego miasteczka. Po całodniowych atrakcjach zmęczeni położyliśmy się spać.

Jeden z najcięższych podjazdów na trasie18 lipiec 2004 (niedziela)

Wraz z niedzielnym porankiem z błękitnego nieba lał się na nas słoneczny żar. Świąteczny dzień sprawił, iż tym razem wysłuchaliśmy mszy św. wraz z miejscowymi ludźmi w kościele parafialnym. Następnie pomimo skwaru wyruszyliśmy w drogę. Nieodzowne okazały się jednak częste postoje w choć odrobinę zacienionych miejscach. Nas rowerzystów owiewał przynajmniej łagodny wietrzyk. Natomiast Trzmiel z Izą i Weroniką prażyli się w busie jakby w jakiejś saunie. Upalne przedpołudnie upływało nam zatem leniwie na pokonywaniu kolejnych kilometrów. Tym razem obiad został zamówiony w Rymanowie. W klimatyzowanej sali poczuliśmy się niemal jak na biegunie północnym. Nie mniej obiad pomimo drętwej obsługi wszystkim przypadł do gustu. Później zaś, jakby w ramach rekompensaty za nużące przedpołudnie, rozpoczął się jeden z najciekawszych etapów na rajdzie. Najpierw bowiem czekał na nas dosyć długi i wyczerpujący podjazd pod wieżę nadawczą. Gra jednak warta była świeczki. Na szczycie rozpościerały się przepiękne widoki na okolicę. Poza tym w pełni można było odczuć to, że się żyje. Pomimo dużego wysiłku każdy własnym tempem wdrapał się na wzniesienie. Następnie mieliśmy bardzo szybki zjazd w dół i jeszcze jedną wspinaczkę pod przejście graniczne w Barwinku. Te wszystkie atrakcje kosztowały nas sporo sił, ale byliśmy zadowoleni z przezwyciężenia własnych słabości. Po szybkiej odprawie znaleźliśmy się po słowackiej stronie. Nikt nie przypuszczał jaka niespodzianka miała być nam zgotowana. Wkrótce jednak wszystko wyszło na jaw. Otóż na dwudziestokilometrowym odcinku oddzielającym nas od Svidnika mieliśmy cały czas zjazd. Bez większej przesady można by powiedzieć, iż ten etap moglibyśmy pokonać bez pedałowania. Pewne opóźnienie złapaliśmy jedynie z powodu Krasnalowego łańcucha. Ów łańcuch, czekający na wymianę już od kilku rajdów, w końcu odmówił posłuszeństwa. Na szczęście niezastąpionemu panu Mirkowi udało się go przywrócić do jako takiej używalności. Dzięki temu w komplecie mogliśmy zajechać pod dom parafialny w Svidniku. Dzięki uprzejmości miejscowego proboszcza to tutaj właśnie mogliśmy rozłożyć się na nocleg.

Nie pomogła czterolistna koniczynka19 lipiec 2004 (poniedziałek)

Wraz z nastaniem poranka czym prędzej podążyliśmy do pobliskiego sklepu, ażeby sprawdzić słowackie ceny. Później natomiast uczestniczyliśmy we mszy świętej odprawionej w pobliskim kościele. Niestety słoneczny żar zapowiadał nie mniejszy upał od wczorajszego. Nie było jednak innej rady jak tylko po załatwieniu spraw porządkowo-gospodarczych wyruszyć na trasę. Stopniowo zatem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Owa sielanka nie trwała jednak nazbyt długo. Otóż po przejechaniu kilkunastu kilometrów zawitaliśmy do Stropkova, w którym to mieście było nam dane przeżyć najdramatyczniejsze chwile na rajdzie. Podczas bowiem zjeżdżania na postój w centrum miasta, przy stosunkowo niewielkiej prędkości, doszło do poważnego wypadku. Jadący na końcu stawki Rzywy zaliczył przycierkę przednim kołem, po czym runął przez kierownicę na asfalt. Niestety obrażenia były bardzo poważne. Zachodziła nagląca potrzeba przeprowadzenia konsultacji lekarskiej i opatrzenia ran. Szczęśliwym trafem w chwilę po wypadku na miejscu zdarzenia zjawiła się karetka pogotowia. Nasz poszkodowany wraz z księdzem mógł się zatem udać do szpitala. Wkrótce także i reszta grupy zjawiła się pod przychodnią. Każdy gorączkowo roztrząsał niedawne dramatyczne wydarzenia. Zastanawialiśmy się, jakie zalecenia wydadzą słowaccy lekarze. Na szczęście po przeprowadzeniu gruntownych badań nie zachodziła potrzeba zatrzymania naszego druha w szpitalu. Oczywiście o dalszej jeździe nie mogło być mowy. Rzywy zasilił zatem naszą grupę samochodową. Po tej porcji mocnych wrażeń poczuliśmy głód, więc nie zwlekając zaczęliśmy rozglądać się za jakąś jadłodajnią. Ostatecznie spożyliśmy obiadek w Novej Kelcy, po czym przystąpiliśmy do poobiedniej sjesty. Niestety pogoda zaczęła się niekorzystnie zmieniać. Otóż z męczącego upału poczęła przeistaczać się w złowrogi stan przedburzowy. Stało się dla nas jasne, iż w każdej chwili możemy zostać zaatakowani przez nadciągającą burzę. Z pewnymi obawami wyruszyliśmy zatem w dalszą drogę. Utrzymując dobre tempo liczyliśmy na uniknięcie kłębiących się wokół nas deszczowych chmur. Niestety owa sztuka okazała się być zadaniem niewykonalnym. Otóż przemierzając jedną ze słowackich miejscowości usłyszeliśmy głośno bijące kościelne dzwony. Pomimo tego, że jeszcze nie padało ksiądz Marek postanowił schronić się na plebanii przy owym kościółku. Kiedy tylko zdołaliśmy opuścić nasze rowery nad ową miejscowością rozszalała się potężna burza. Mając jednak dach nad głowami w spokoju mogliśmy przeczekać nawałnicę. Kiedy zaś chmury burzowe odeszły na wschód, wyruszyliśmy w dalszą drogę kierując się w stronę Trebisova. Niestety poszukiwania noclegu w owym mieście spełzły na niczym. Na szczęście do zmroku było jeszcze daleko, zatem mogliśmy udać się na przygraniczny kemping w Velatach. Na kempingu "Maria" otrzymaliśmy do naszej dyspozycji trzy domki z wygodnymi łóżkami. Dodatkowo spotkaliśmy tam polską kolonię. Trudy dnia sprawiły, iż co niektórzy pospiesznie udali się na spoczynek. Większość zebrała się zaś w jednym z domków ażeby uczestniczyć lub też obserwować konkurs wiedzy o Węgrzech. Z ochotników zostały utworzone dwie trzyosobowe drużyny. W skład pierwszej weszli pan Mirek, Trzmiel oraz Kuba. Drugą natomiast utworzyła Ewa, Brutus oraz ja. Przygotowaniem pytań zajął się Krasnal. Po zaciętej walce pojedynek zakończył się sprawiedliwym remisem. Tym miłym akcentem mogliśmy zakończyć kolejny rajdowy dzień.

20 lipiec 2004 (wtorek)

Poranek przywitał nas pięknym słońcem. Zapowiadał się kolejny bardzo ładny dzień. W szybkim tempie pokonaliśmy ostatnie kilkanaście kilometrów, oddzielających nas od Węgier. Oczywiście Rzywy póki co ani myślał o jeździe na rowerze. Jego nastawienie było tym bardziej zrozumiałe, gdyż bardzo troskliwą opiekę roztoczyła nad nim Weronika, nasza siostra miłosierdzia. Po szybkiej odprawie w dobrych nastrojach wkroczyliśmy na piękną węgierską ziemię. W pierwszym napotkanym mieście o nazwie Satoraljaujhely został zarządzony dłuższy postój. Cała grupa rozpierzchła się po okolicznych uliczkach. Jedni udali się na pocztę, inni zaś postanowili posmakować miejscowych specjałów. Po kilkudziesięciu minutach należało się jednak zbierać do drogi. Opuściwszy zatem miasto zapuściliśmy się na przepiękną węgierską prowincję. Mknąc pośród rozlicznych pól kukurydzy oraz słonecznika pozostawialiśmy za sobą kolejne kilometry. Udało nam się także napotkać tak charakterystyczne dla niziny węgierskiej drewniane żurawie pochylone nad studzienkami. Nasze oczy napawały się także wspaniałym widokiem małych węgierskich miejscowości. Owe wioski tonęły bowiem w różnokolorowym kwieciu oraz innej bujnej roślinności. Podczas gdy rowerzyści podziwiali piękne węgierskie krajobrazy, nasza grupa samochodowa starała się załatwić mszę św. w Kisvardzie. Po początkowych trudnościach nie poddali się zwątpieniu, za którą to wytrwałość zostaliśmy sowicie nagrodzeni. Otóż udało im się odnaleźć miejscowego proboszcza, który kiedy odkrył, że jesteśmy Polakami zadzwonił po swoją znajomą, pannę Zuzannę. Była ona na tyle cenną dla nas osobą, gdyż mając mamę Polkę, świetnie mówiła w naszym języku. Dzięki temu bez problemu mogliśmy porozumieć się z miejscowym księdzem. Zaraz też została odprawiona msza święta. Następnie udaliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad. Nie mogliśmy jednak wyjść ze zdumienia, gdy dowiedzieliśmy się, iż ów syty posiłek zafundował nam ksiądz proboszcz. Mało tego, zaoferował się z pomocą przy szukaniu najbliższego noclegu. Wystarczył zatem jeden telefon i już mogliśmy ze spokojem podążać do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów placówki Caritasu. Nasza znajoma Zuzanna zgodziła się także, ażeby Trzmiel przesłał z jej domu do kraju kilka rajdowych relacji przez internet. Przy okazji zostaliśmy przez nią obdarowani olbrzymią ilością batonów. Ta życzliwość oraz dobro, z którym się spotkaliśmy, na trwałe zapisały się w naszej pamięci i sprawiły, iż z żalem opuszczaliśmy niezwykle serdeczną Kisvardę. Trzeba było jednak podążać ku umówionemu miejscu noclegowemu. Po drodze mogliśmy ponownie podziwiać piękne węgierskie miejscowości. Przemierzając obrośnięte akacją oraz włoskim orzechem drogi dotarliśmy w końcu do Vasarosnameny. Nasze przybycie wywołało niemałe poruszenie wśród powracających ze spotkania starszych pań. Gaworząc w swoich językach za nic nie mogliśmy dojść do porozumienia. Niewiele brakowało, aby każda z nich przyjęła nas pod swój dach. Ostatecznie jednak to dzięki nim dotarliśmy do ośrodka Caritasu. Tutaj już czekali na nas nasi gospodarze. Zaraz też zostaliśmy podjęci bardzo obfitą i pyszną kolacją. Ta prawdziwa uczta była dla nas nie lada zaskoczeniem. Duże zainteresowanie wywołaliśmy także u przebywających w tym samym caritasowskim ośrodku na koloniach dzieci rumuńskich. Ich niezwykła otwartość sprawiła, iż poczęły się zawiązywać pierwsze nitki sympatii i koleżeństwa. Zapadający zmrok sprawił, iż czym prędzej dokończyliśmy rozbijanie namiotów, po czym udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

21 lipiec 2004 (środa)

Rankiem została odprawiona msza święta, w której wzięli udział także nasi gospodarze. Następnie uraczono nas wspaniałym śniadaniem. Po takim posiłku nikt nie mógł narzekać na brak sił do dalszej jazdy. Problem pojawił się gdzie indziej. Otóż jeden z chłopców rumuńskich o imieniu Romi tak podbił nasze dziewczęta, iż rozstanie nie obyło się bez uronienia łez. Wystarczyłoby jednak posłuchać historii co niektórych z tych dzieci, a wówczas trudno byłoby zachować niewzruszoną postawę. Nasze dziewczęta, gdyby tylko mogły, zabrałyby owe dzieci razem ze sobą. Niestety taka alternatywa nie wchodziła w grę. Z pewnym rozrzewnieniem opuszczaliśmy Vasarosnameny. Zaraz też w Panyoli dokonaliśmy promowej przeprawy przez rzekę Szamocs. Następnie pomimo upału sprawnie podążaliśmy ku granicy. W końcu około południa dotarliśmy na przejście graniczne. Chwilę później znaleźliśmy się już na ziemi rumuńskiej. Pierwsze kilometry nie sprawiły nam jednak większych trudności. Owszem, gołym okiem dało się zauważyć różnicę pomiędzy zamożnością Węgier a Rumunii. Ładna pogoda sprawiła jednak, iż mieliśmy dużą ochotę do dalszej jazdy. W ten sposób rozpoczęliśmy najbardziej egzotyczny fragment naszego rajdu. Poruszając się główną drogą sprawnie dotarliśmy do miasta Satu Mare. Tutaj udało nam się odnaleźć niewielką knajpkę, w której spożyliśmy obiad. Następnie rozłożyliśmy się na chodniku grając w mafię i regenerując siły. Po sjeście właściciel restauracji wyprowadził nas swoim autem na obrzeża miasta, abyśmy bez problemów mogli skierować się na miasto Oradea. Nie chcąc jednak poruszać się główną drogą, przy najbliższej okazji skręciliśmy na boczne, zaznaczone na naszych mapach trakty. Niestety owa decyzja, jak się później okazało, była początkiem końca naszej rumuńskiej przygody. Otóż prowincja rumuńska, a dokładniej jej infrastruktura, sprawiła nam olbrzymi zawód. Droga na której się znaleźliśmy, posiadająca co najmniej status gminnej była w fatalnym stanie.

Dwucyfrowa rumuńska drogaWystarczy powiedzieć, iż w jednym miejscu usiana olbrzymimi dołami, w innym z kolei rozpływała się pośród rozległego stepu. Tylko dzięki niezwykłym umiejętnościom Trzmiela udało nam się przebrnąć tamtędy wraz z busem. Niewiele także brakowało, a zostalibyśmy zaatakowani przez psy pasterskie. Łudziliśmy się jednak myślą, iż w najbliższej miejscowości napotkamy asfalt. Niestety to, co zastaliśmy w Satmarel, było dalekie od naszych oczekiwań. Na dodatek bardzo życzliwi mieszkańcy odradzali kontynuowanie naszej drogi owym traktem. Na pytania o asfaltową drogę jedynie szeroko się uśmiechali. Nie było więc innej rady jak tylko zarządzenie ewakuacji na Węgry. Opuściliśmy zatem pełne różnorakiego ptactwa domowego, spacerującego środkiem drogi Satmarel i podążyliśmy ku Satu Mare. W pierwszym lepszym napotkanym sklepie wydaliśmy większość z zakupionych wcześniej lei. Następnie czym prędzej podążyliśmy ku granicy. Ów kilkunastokilometrowy odcinek śmiało można by nazwać najszybszym na całym rajdzie. Jakby bowiem nie patrzeć poczuliśmy niekłamaną ulgę, kiedy to ponownie znaleźliśmy się na Węgrzech. Zaraz też ksiądz Marek podążył na poszukiwanie noclegu. Tymczasem nam było dane zaobserwować niezwykłe zjawisko. Otóż na tle zachodzącego słońca naszym oczom ukazały się iskrzące wstęgi błyskawic. Ów majestatycznie piękny, a zarazem złowrogi widok przykuwał naszą uwagę. Czym prędzej musieliśmy jednak ruszać w drogę. Co prawda zbliżały się ku nam deszczowe chmury, ale zapadający zmierzch nie pozwalał na zbędną zwłokę. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, iż w każdej chwili możemy zostać całkowicie przemoczeni. Kiedy jednak dopadła nas ulewa, zdołaliśmy schronić się na werandzie napotkanego baru. W tym też miejscu udało nam się sprzedać po dobrym kursie pozostałe rumuńskie leje. Wkrótce dotarł też do nas ksiądz. Po uporczywych poszukiwaniach udało nam się znaleźć na nocleg starą szkołę, którą udostępnił nam miejscowy pastor. Poza tym był on na tyle dobry, iż oddał do naszej dyspozycji własną łazienkę. Awaria wodociągu spowodowała bowiem, iż szkoła była pozbawiona wody. Nad Szamosbecs dawno już zapadła cisza nocna, kiedy i my położyliśmy się spać.

22 lipiec 2004 (czwartek)

Nowy dzień przywitał nas pięknym słońcem. Zaraz też została odprawiona msza święta. Następnie po wymianie uprzejmości z naszymi gospodarzami wyruszyliśmy na trasę. Tak się złożyło, iż na rowerach odmówiliśmy poranny pacierz. Przy pięknej pogodzie mogliśmy ponownie w pełni podziwiać piękno Węgier. Nie mniej udawało nam się utrzymywać bardzo dobre tempo jazdy. Paradoksalnie największym utrudnieniem były dla nas liczne ścieżki rowerowe. Praktycznie każda mijana przez nas miejscowość posiadała ów oddzielny chodniczek dla dwukołowców. Początkowo staraliśmy się po trosze omijać te hamujące nas ścieżki. Kiedy jednak zostaliśmy upomnieni przez policję odnośnie respektowania przepisów, odeszła nam ochota na owe niewinne prowokacje. Około południa dotarliśmy do Vaji, gdzie zarządzono dłuższy postój. Pragnęliśmy bowiem przeczekać w cieniu największy skwar. Kiedy jednak księdzu udało się zamówić obiad w pobliskiej Bahtaloranthazie, czym prędzej udaliśmy się do owej miejscowości. Tym razem było nam dane skosztować prawdziwego węgierskiego gulaszu. Jeszcze przed posiłkiem co niektórzy poczęli jednak eksperymentować z ostrą papryczką. Dobrze chociaż, że w pobliżu była bieżąca woda. Po obiadku czekała nas oczywiście sjesta wzbogacona kilkoma partyjkami mafii. Następnie zaś skierowaliśmy się do miasta Nagyhalasz, gdzie spodziewaliśmy się odnaleźć jakiś nocleg. Tak się jednak złożyło, iż tym razem grupa rowerowa dotarła jako pierwsza do owego miasta. Zmotoryzowani na czele z księdzem pomylili co nieco drogę i byli zmuszeni trochę nadłożyć. Nie mniej nocleg został znaleziony dosyć szybko w sąsiednich Ibranach. Tym razem byliśmy zmuszeni do skorzystania z naszych namiotów. Dobra pogoda sprawiła jednak, iż z radością rozbiliśmy się pośród drzewek morelowych.

23 lipiec 2004 (piątek)

Rankiem obudziliśmy się ze świadomością, iż oto czeka nas najkrótszy na rajdzie odcinek rowerowy. Od pobliskiego Tokaju, będącego naszym kolejnym miejscem docelowym, oddzielało nas zaledwie trzydzieści kilometrów. Nie było jednak żadnych ulg na wstawanie czy wykonywanie obowiązków. Pragnęliśmy jak najszybciej dotrzeć do tej stolicy winiarskiej i resztę czasu poświęcić na odpoczynek. Nie mniej dziewczyny znalazły chwilkę, ażeby naszą sympatyczną gospodynię, panią Irmę podszkolić w języku polskim. Owa lekcja dostarczyła wiele radości obydwu stronom. Wkrótce jednak znaleźliśmy się na szlaku i przemierzając trasę w dużej mierze wspomnianymi ścieżkami sprawnie dotarliśmy do Tokaju. Najpierw wylądowaliśmy obok rozległego pola namiotowego. Ksiądz jednak udał się na poszukiwania jakiejś szkoły. Jego zabiegi zakończyły się sukcesem, tak więc po chwili całą grupą zebraliśmy się na placu obok szkoły rolniczej. Na włodarzy owej placówki byliśmy zmuszeni poczekać jednak jeszcze kilka godzin. Czas ów postanowiliśmy wykorzystać na przyrządzenie obiadu. Wkrótce też mogliśmy delektować się wspaniałym ryżem z sosem. Po południu doszło w końcu do spotkania z dyrekcją szkoły. Początkowo spotkaliśmy się ze sporą nieufnością. Po wykonaniu jednak kilku telefonów do zaprzyjaźnionych pań Polek biegle mówiących po węgiersku oraz pokazaniu wykonanych wcześniej zdjęć rajdowych rozwialiśmy wszelkie wątpliwości. Dzięki temu została nam udostępniona boczna sala gimnastyczna. Obdarowano nas również słodziutkimi morelami oraz papryką. Późnym popołudniem wyruszyliśmy na zwiedzanie tego niewielkiego miasteczka. Trafiliśmy także do sklepiku z markowymi winami miejscowej produkcji. Mnogość gatunków sprawiła jednak nie lada problem przy wyborze. W końcu jednak każdy zaopatrzył się w młodszego lub starszego tokaja. Ceny co niektórych trunków sprawiały jednak, iż woleliśmy oglądać je z daleka, gdyż przy odrobinie nieostrożności nawet całą grupą moglibyśmy nie zdołać się wypłacić. Po tym krótkim rekonesansie powróciliśmy na miejsce noclegu. Jeszcze tylko spożyliśmy kolację i na sali zakrólowała gra w mafię. Wyjątkowość tej gry polegała na tym, iż w aktywny lub chociaż w bierny sposób uczestniczyli w niej wszyscy rajdowicze. Pewien przerywnik stanowiły jedynie pojedynki naszych pierdziochów. Prawdziwy rej wodził tutaj Krasnal, któremu mógł jedynie zagrozić Grzesiek. Mafia była jednak zdecydowanie koronną rozrywką.

24 lipiec 2004 (sobota)

Po wczorajszym odpoczynku należało ponownie zabrać się do pracy. Tym razem po pewnych wahaniach nastąpił podział na dwie grupy. Żądni przygód i nowych wrażeń górale zamierzali przedrzeć się do granicy słowackiej przez góry Zempleńskie, przewyższające nieco nasze rodzime Góry Świętokrzyskie. Druga grupa zaś, wykazująca się nieco większą zachowawczością postanowiła ominąć owe wzniesienia bokiem. Jak łatwo się domyśleć wariant górski wybrała zdecydowana mniejszość. Od samego początku do jego zwolenników należał Krasnal, Łukasz oraz ja. W ostatniej chwili dołączyła do nas jeszcze Ewa. Ochoczo zabraliśmy się zatem do owego zadania. Za punkt honoru postawiliśmy sobie dotarcie do Goncu, będącego punktem zbiorczym, przed resztą grupy. Było to o tyle trudne, gdyż mieliśmy do pokonania o 20 kilometrów więcej od pozostałych i to w dodatku po nierównym terenie. Nasz zapał uskrzydlał jednak i dodawał nam sił. Stopniowo pokonywaliśmy kolejne dziesiątki kilometrów. Oczywiście konieczne były chociaż krótkie postoje dla zregenerowania sił. Niezbędną podczas jazdy wodę mogliśmy nabierać z licznych przydrożnych pomp. W ten oto sposób coraz bardziej zbliżaliśmy się do naszego celu. Najtrudniejsze zadanie czekało na nas mniej więcej tuż za półmetkiem naszej trasy. Byliśmy bowiem zmuszeni uporać się z kilkunastokilometrowym podjazdem. Takie atrakcje były dla nas jednak tylko dodatkowym wyzwaniem i bodźcem do dalszego wysiłku. Kiedy jednak w końcu osiągnęliśmy najwyższe wzniesienie, naszym oczom ukazały się fantastyczne widoki rozpościerające się na okolicę. Dla takich wrażeń warto było ponosić wcześniejszy trud. Dodatkową radością napawał nas fakt, iż coraz bardziej zbliżaliśmy się do Goncu. Ostatecznie około południa, po 4 godzinach jazdy i pokonaniu planowych 70 kilometrów zawitaliśmy do powyższego miasta. Po dokonaniu rekonesansu stwierdziliśmy, iż nasi druhowie jeszcze tutaj nie dotarli. Tym samym udało nam się w pełni zrealizować założony plan. Nie spodziewaliśmy się jednak, iż przyjdzie nam czekać na pozostałych blisko dwie godziny. Owo opóźnienie wynikło z faktu, iż zupełnie pomylili kierunki i zamiast zakładanych 50 kilometrów musieli pokonać blisko dwa razy tyle. Początkowo cała grupa szosowa starała się ukryć ten wstydliwy fakt, ale ostatecznie wyszło szydło z worka. Jak to później skomentował ksiądz, "całą grupę ogarnął debilizm topograficzny". Po tak wyczerpującym etapie konieczny był rychły obiadek. W miasteczku nie udało się jednak znaleźć żadnej jadłodajni. Poza tym z racji soboty sklepy były już pozamykane. Byliśmy zatem zdani na własne umiejętności kulinarne i skorzystanie z posiadanych zapasów. Ponownie się jednak okazało, iż gotowanie pod wodzą pana Mirka wychodzi nam całkiem nieźle. Co prawda sos był dosyć pikantny, ale jakoś każdy zdołał zaspokoić głód. Po poobiednim odpoczynku opuściliśmy bardzo przyjemny miejski skwerek będący naszym schronieniem już od kilku godzin. Wkrótce także dotarliśmy do granicy. Żal było jednak opuszczać tak piękne i życzliwe nam Węgry. Pocieszaliśmy się jednak myślą, iż jeszcze kiedyś tam wrócimy. Tymczasem znaleźliśmy się na Słowacji. Ksiądz podążył zaraz na poszukiwanie noclegu. My natomiast wężykiem skierowaliśmy się ku Koszycom. W trakcie jazdy swój pierwszy rowerowy upadek zaliczyła Iza. Była to chyba jednak najpogodniejsza wywrotka w historii rajdów. Na szczęście poważniejszych otarć i stłuczeń nie było, a Iza z uśmiechem na twarzy ponownie wskoczyła na rower. Tak w ogóle to Iza spisywała się nad wyraz dzielnie. Nie mając bowiem własnego roweru i dotrzymując zazwyczaj towarzystwa Trzmielowi i Weronice w busie, tego dnia pokonała na dwóch kółkach niemal tyle samo kilometrów co grupa górska. Oczywiście najbardziej zapracowani byli tym razem szosowcy. W końcu jednak mniej lub bardziej zmęczeni dotarliśmy do Koszyc. Na przedmieściach czekała już na nas wystawiona na czatach Ania. Ksiądz natomiast lustrował miasto. Ostatecznie już po zmroku wylądowaliśmy na polu namiotowym. Nie lada sztuką było jednak rozbicie namiotów na twardej niemal jak skała ziemi. Kiedy już rozbiliśmy obóz, pospiesznie spożyliśmy kolację i udaliśmy się na spoczynek. Był to jedyny rajdowy dzień bez mszy świętej.

Najbardziej reprezentacyjne miejsce Koszyc - podświetlane fontanny25 lipiec 2004 (niedziela)

Ażeby nie popełnić błędów z dnia poprzedniego wczesnym rankiem została odprawiona polowa msza święta. Następnie udaliśmy się na zwiedzanie Koszyc. Szczególne wrażenie zrobiła na nas piękna starówka oraz tryskające wodą w takt muzyki fontanny. Z racji przypadającego tego dnia święta patrona kierowców, świętego Krzysztofa, odbył się swoisty obrzęd. Otóż ksiądz Marek zaczerpnąwszy w bidon wody i odmówiwszy modlitwę dokonał poświęcenia nas oraz naszych rowerów. Owa uroczystość mająca miejsce w samym sercu starówki wywołała spore zaciekawienie u przechodniów. My tymczasem nabrawszy sił i mocy opuściliśmy Koszyce kierując się ku Presovovi. Nie mogąc jednak poruszać się autostradą za nasz szlak obraliśmy boczne drogi. Upalna aura, a być może, że i niedzielne rozleniwienie sprawiły, iż tego dnia jechało się nam wyjątkowo ociężale. Dzięki jednak niewielkiej odległości wczesnym popołudniem udało nam się osiągnąć Presov. Za miejsce postoju wybraliśmy sobie plac przed ogromnym supermarketem. Tutaj mogliśmy bowiem spożyć obiad, jak również dokonać drobnych zakupów. W tym też miejscu zostało wypowiedziane najzabawniejsze rajdowe zdanie, które wiara ochoczo podchwyciła. Myślę, że wszyscy rajdowicze doskonale będą wiedzieć o co chodzi. Nie było jednak tak do końca sielankowo. Otóż dłuższą chwilę musieliśmy poczekać na przyjazd naszej ekipy busowej. Trzmiel i spółka zabawili co nieco w Koszycach i później mieli problemy z obraniem właściwej drogi wyjazdowej. Po posiłku mogliśmy jednak w zamian emocjonować się zmaganiami naszych samochodziarzy na torze gokartowym. Jakby nie spojrzeć dostarczyli ciekawego widowiska zebranym gapiom. Poturbowany Rzywy tak szarżował, iż wylądował ostatecznie poza torem i przedwcześnie został zdjęty z trasy. Jadąca wydawałoby się najspokojniej Weronika skasowała ostatecznie przystanek dla sklepowych wózków i niestety poparzyła się przy tym o rozgrzany silnik. Pomimo zatem nerwowego brania zakrętów najlepiej z całej trójki wypadł Trzmiel. Po dobrej zabawie przyszedł jednak czas na kontynuowanie naszej wyprawy. Trochę problemów przysporzył nam co prawda wyjazd z Presova, ale ostatecznie znaleźliśmy się na właściwym szlaku. W ten oto sposób całą grupą dotarliśmy do Kapusan. Tutaj ksiądz Marek przesiadł się do busa i podążył na poszukiwanie noclegu. Było dla nas jasnym, iż tego dnia nie zdołamy jeszcze osiągnąć polskiej granicy. Zmagając się zatem z kilkoma dosyć łagodnymi podjazdami podążaliśmy przed siebie. Zgodnie z wcześniejszymi prognozami nocleg znaleźliśmy w Bardejovie. Co ciekawe, zostaliśmy zakwaterowani na piątym piętrze olbrzymiego motelu. Niestety z naszych balkonów mieliśmy słaby widok na przepiękną Bardejovską starówkę. Jedynie mogliśmy obejrzeć fragment murów obronnych podczas przejazdu miejską obwodnicą. Czego by jednak nie powiedzieć, byliśmy niezwykle radzi z otrzymanych warunków noclegowych. Czekały bowiem na nas wygodne łóżka i natryski z ciepłą wodą.

26 lipiec 2004 (poniedziałek)

Poranek przywitał nas zachmurzonym niebem. Nikt jednak chyba nie przypuszczał, jak trudny czekał nas dzień. Nie tracąc cennego czasu po śniadanku wyruszyliśmy na trasę. Mając jednak jeszcze co nieco słowackich koron zatrzymaliśmy się w Zborovie, ażeby dokonać ostatnich zakupów. Powyższą miejscowość śmiało można by nazwać mianem cygańskiej. Nie mniej nas nie spotkała tam żadna przykrość. Po zaprowiantowaniu wjechaliśmy zatem na ostatnią prostą ku polskiej granicy. Te kilka kilometrów było chyba jednak najbardziej morderczym odcinkiem na rajdzie. Chociaż bowiem mieliśmy za sobą już kilka podjazdów ten pod przejście graniczne w Koniecznej okazał się być niezmiernie wyczerpującym. Dysząc zatem niczym lokomotywy stopniowo posuwaliśmy się do przodu. Ostatecznie wykazawszy duży hart ducha znaleźliśmy się na przejściu, by po chwili wjechać ma ojczystą ziemię. Oczywiście zaraz też odśpiewaliśmy "Mazurka Dąbrowskiego", a Krasnal uroczyście ucałował polską ziemię. Następnie zarządzona została krótka przerwa. Niepewna pogoda zmuszała jednak do jak najszybszego kontynuowania jazdy. Posiliwszy się zatem porannymi jajkami skierowaliśmy się ku Gorlicom. Ukształtowanie terenu było jednak nie mniej pofałdowane jak po słowackiej stronie. Na szczęście jechało się znacznie przyjemniej. Dodatkowo ostry dwukilometrowy podjazd pod przełęcz Małastowską z racji swojej leśnej lokalizacji okazał się być nad wyraz przyjemnym. Na przełęczy niezbędna jednak była chwila przerwy dla rozluźnienia mięśni i złapania tchu. Do Gorlic mieliśmy już blisko, więc spodziewaliśmy się wkrótce tam dotrzeć. Tak też się i stało tym bardziej, iż co się podjechało, należało następnie zjechać. Nie zawiedliśmy się także ufając, iż nasza busowa załoga znajdzie jakiś obiadek. Po chwili mogliśmy zatem przystąpić do pałaszowania naszych porcji. Niestety zaczęła nam się załamywać pogoda. O ile bowiem dotychczas z wiszących nad naszymi głowami chmur nie spadła ani kropla, o tyle teraz w każdej chwili można było spodziewać się ulewy. Nic nam jednak nie pozostawało jak tylko próbować jechać dalej. Wyjechaliśmy zatem za Gorlice próbując umknąć ulewie. Niestety zdołaliśmy dotrzeć zaledwie do Moszczenicy, gdzie dopadł nas ulewny deszcz. Za schronienie posłużył nam tym razem przystanek autobusowy. W tym oto miejscu spędziliśmy około półtorej godziny. Co prawda niektórzy mniej cierpliwi lub bardziej zuchwali proponowali kontynuowanie jazdy w strugach deszczu. Ostatecznie jednak solidarnie wszyscy razem przeczekaliśmy ulewę na przystanku. Wkrótce skontaktował się z nami ksiądz polecając wycofanie się do głównej drogi. Stamtąd też po kilkudziesięciu minutach zostaliśmy ewakuowani dwoma busami do Tuchowa. Jak to miało miejsce dwa lata temu na rajdzie Medjugoriańskim, tak i tym razem zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci przez ojców redemptorystów. Zaraz też po przybyciu do klasztoru zasiedliśmy do czekającej już na nas kolacji. Przemoczeni i zziębnięci mogliśmy rozgrzać się gorącą herbatą. Następnie posileni udaliśmy się do domu pielgrzyma. Jak się jednak okazało nawet na najprostszej drodze można nieźle pobłądzić. Usprawiedliwiając się ciemnościami w końcu dotarliśmy do schroniska. Tutaj każdy mógł zająć miejsce w dwuosobowych pokojach. Wypakowawszy zatem bagaże szykowaliśmy się do noclegu. Jedynie Trzmiel z Grześkiem przygotowywali się do drogi. Jeszcze bowiem tej nocy powrócili pociągiem do Siedlec na pogrzeb swojej babci. W schronisku tymczasem stopniowo zapadała cisza nocna.

27 lipiec 2004 (wtorek)

Wychylając rano nosy za drzwi mieliśmy nietęgie miny. Cały czas bowiem padało i nie zamierzało się przejaśnić. Stopniowo zatem oswajaliśmy się z myślą, iż tym razem przyjdzie nam jechać w deszczu. Zanim jednak dosiedliśmy naszych rowerów, udaliśmy się na mszę świętą. Podczas liturgii Krasnal potknąwszy się o swoje nogi dwukrotnie upadł przed ołtarzem. Nie muszę chyba mówić, jaką reakcją wywołało to w naszej grupie. Na szczęście celebrujący mszę kapłani zachowali stoicki spokój. Relacjonując owo zdarzenie Krasnal przyznał, iż gdyby także i księża parsknęli śmiechem wówczas załamałby się całkowicie. Było dla nas jednak jasne, iż ten dzień będzie należał do niego. Zaraz też jakby na potwierdzenie tych słów podczas śniadania Krasnal rozlał herbatę tak, iż należało zmienić stolik. Owe zabawne wydarzenia nie zmieniły jednak faktu, iż oto byliśmy zmuszeni wyruszać w deszczu. Podczas nieobecności Trzmiela ksiądz zasiadł za kierownicą busa. My tymczasem całkowicie przemoczeni po kilkunastu kilometrach dotarliśmy do Tarnowa. Nie chcąc wyziębić organizmu zaraz też skierowaliśmy się na Sandomierz. Na szczęście deszcz zaczął stopniowo ustępować. Z każdym kilometrem wzrastała w nas motywacja do dalszej jazdy. Nasz boss mając jednak na uwadze dobro grupy postanowił zakończyć etap rowerowy na 50 kilometrze w miejscowości Zdziarzec. Tutaj bowiem udało się znaleźć rodzinę, która na dobrych warunkach zgodziła się wynająć nam drugiego busa z kierowcą. Owa rodzina ugościła nas także gorącą herbatą i ciastem, co było dla nas wyraźnym znakiem prawdziwej ludzkiej życzliwości. Korzystając ze sposobności kto tylko mógł, czym prędzej wskoczył w suche ubrania. Następnie załadowawszy rowery wyruszyliśmy dwoma busami w kierunku Sandomierza. Tym razem zza okien samochodu można było prześledzić przemierzaną już niegdyś trasę. Śpiąc zatem lub gaworząc w miłym towarzystwie podążaliśmy przed siebie.

Nocleg znaleźliśmy w Zawichoście. Tym razem zostaliśmy zakwaterowani w schronisku szkolnym. Wczesna pora przybycia sprawiła jednak, iż po obiadku mieliśmy jeszcze sporo wolnego czasu. Co więcej, brzydka pogoda zniechęcała do wychodzenia na dwór. Wespół zatem z innymi grupami krzątaliśmy się to tu, to tam. Nie zdziwił nas nawet fakt kolejnej spektakularnej wywrotki Krasnala na szkolnym korytarzu. W taki oto sposób doczekaliśmy do kolacji. Na posiłek został przygotowany makaron z sosem. Smakowita skądinąd potrawa ze względu na swą ciężkostrawność przysporzyła jednak co niektórym trochę kłopotów podczas snu. Zanim jednak udaliśmy się na spoczynek, rozegraliśmy kilka partyjek mafii. Ludzie jednak jakoś nie garnęli się do kart. Ostatecznie przy stoliku pozostaliśmy jedynie we trójkę, a mianowicie Iza, Kuba oraz ja. Nasza gra wzbudzała jednak duże emocje u pozostałych tak, iż musieliśmy ją niestety zakończyć tuż przed północą. Tymczasem w nocy powrócili do nas Trzmiel z Grześkiem.

Na rynku w Kazimierzu Dolnym28 lipiec 2004 (środa)

Rankiem obudziliśmy się rześcy i wypoczęci. Pogoda jednakże nadal była wietrzna oraz deszczowa. Nie zniechęcało nas to jednak przed kontynuowaniem wyprawy. Wielce pocieszający był fakt, iż oto na nocleg zamierzaliśmy dotrzeć do nie aż tak odległego Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Po wykonaniu zatem niezbędnych obowiązków wyruszyliśmy na trasę. Tym razem przyszło nam zmagać się głównie z mocnym wiatrem. Miarowym tempem parliśmy jednak przed siebie. Pierwszy postój został zarządzony w Annopolu. Aura nie zachęcała jednak do dłuższych odpoczynków, więc czym prędzej wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mknąc zatem z biegiem Wisły przemierzaliśmy kolejne miejscowości na naszym szlaku. W Józefowie ksiądz Marek przesiadł się do busa, ażeby udać się na poszukiwanie kwater. My tymczasem w dalszym ciągu utrzymując kierunek północny byliśmy coraz bliżej celu. Ostatecznie do Kazimierza wjechaliśmy z południowej, mniej reprezentatywnej strony. Na rynku ksiądz Marek już na nas czekał. Po ujrzeniu naszej gromadki stwierdził, iż ma dla nas pewną niespodziankę. Po chwili na własnej skórze odczuliśmy cóż takiego miał on na myśli. Otóż ową niespodzianką okazał się być niezwykle stromy podjazd. Ażeby nie było nam zbyt łatwo musieliśmy wdrapywać się po śliskim bruku. Momentami zatem nasze koła obracały się w miejscu. Chcąc jednak dotrzeć na kwaterę byliśmy zmuszeni uporać się z tą przeszkodą. W końcu jednak niezwykle zziajani dotarliśmy na ulicę Góry 22. Pomimo poniesionego wysiłku byliśmy dumni z pokonania owego wzniesienia. Tym oto niezwykle ciekawym akcentem zakończyliśmy niełatwy etap rowerowy. Po uprzątnięciu rowerów mogliśmy rozgościć się w wynajętym przez nas domu. Załoga busa zadeklarowała gotowość do przyrządzenia obiadokolacji. Kiedy zatem rowerzyści regenerowali swoje siły, w kuchni pośpiesznie był przygotowywany posiłek. Wbrew jednak wcześniejszym prognozom nie byliśmy w stanie spożyć wszystkich pierożków. Pomimo zatem, iż Brutus z Krasnalem urządzili sobie konkurs żarłoka, duża ich ilość jeszcze pozostała. Wracając do chłopaków to w sumie spożyli blisko setkę pierogów, ale zwycięzca mógł być tylko jeden i okazał się nim Brutus. Krasnal przeliczył się ze swoimi możliwościami i choć z dużymi kłopotami ostatecznie wszystko zdołał przetrawić. Po tak sytym posiłku konieczna była sjesta. Kilka osób postanowiło jednak zrobić sobie jeszcze krótki spacerek na stare miasto. Reszta natomiast zaległa na łóżkach starając się nadrobić braki snu. Kiedy jednak ponownie zebraliśmy się w komplecie, wówczas w jednym z pokoi przystąpiliśmy do zażartych mafijnych zmagań. Tak lubianej przez nas tradycji musiało stać się zadość.

29 lipiec 2004 (czwartek)

Rankiem udaliśmy się na mszę świętą do pobliskiego kościoła. Po skończonej eucharystii nie było jednak chętnych do pieszej wspinaczki na kwaterę. Upchaliśmy się zatem niczym sardynki w puszce do naszego busa i w ten sposób dotarliśmy do domku. Musieliśmy jednak szybko uprzątnąć bagaże, gdyż niedługo mieli przyjechać zapowiedziani wcześniej turyści. Czym prędzej opuściliśmy zatem nasz domek udając się na rynek. Tymczasem nad miasteczko nadciągnęła burza wraz z chmurami deszczowymi. Schroniwszy się pod kamieniczkami postanowiliśmy przeczekać nieprzychylną aurę. Deszcz jednak nie zamierzał najwyraźniej ustać. Chcąc nie chcąc byliśmy zmuszeni wyruszyć w drogę po kilkudziesięciominutowym postoju. Rozbryzgując wodę z kałuż opuściliśmy Kazimierz kierując się ku Puławom.

Dyżur gospodarczy spisał się na medal :-)Na szczęście w Puławach nękający nas deszcz ustał, a niebo zaczęło się stopniowo wypogadzać. Zatrzymaliśmy się zatem na dłużej przy miejscowym supermarkecie. Ochłonąwszy co nieco po wodnych wojażach z optymistycznym nastawieniem ruszyliśmy w dalszą drogę. Odcinek z Puław do Dęblina należał do tych szybszych i przyjemniejszych. Bardzo dobra nawierzchnia sprawiła, iż szybko dotarliśmy do powyższego, garnizonowego miasta. Nie zwlekając pokonywaliśmy kolejne kilometry. Po południu ku naszej uciesze zza chmur zaczęło się przebijać słońce. Tym samym jazda stawała się coraz przyjemniejsza. Przed Trojanowem byliśmy jednak zmuszeni zatrzymać nasz peleton. Otóż Kuba nabawił się kontuzji kolana i konieczne stało się przywołanie busa. Kiedy zatem nasz poszkodowany znalazł się na pace, ruszyliśmy w dalszą drogę. Po początkowych trudnościach ostatecznie udało nam się znaleźć najlepszą drogę do Żelechowa. Tym samym, wczesnym popołudniem zawitaliśmy do owej miejscowości. Wkrótce też dotarliśmy na miejsce naszego noclegu. Jak się okazało ostatnią rajdową noc mieliśmy spędzić w dopiero co wykończonym internacie. Warunki, które tam zastaliśmy, u wszystkich nas wzbudziły podziw i uznanie. Zaraz więc po zajęciu pokoi przystąpiliśmy do przygotowywania kolejnej rajdowej obiadokolacji. Z racji dużej ilości zalegających jeszcze pierogów, to właśnie one po podsmażeniu, wespół z surówką i zasmażką stały się daniem głównym. Wbrew wcześniejszym obawom przygotowane danie prezentowało się niezwykle smakowicie, tak iż Marcin z Rzywym nie omieszkali przeistoczyć się w prawdziwych kelnerów. Obiadokolacja wypadła zatem nad wyraz dobrze. Poza tym ksiądz postanowił zabrać jeszcze wszystkich na lody. Podbudowani tą wiadomością czym prędzej ruszyliśmy do miejscowej cukierni. Po tych wszystkich atrakcjach nie pozostawało już nic innego jak tylko zasiąść wieczorem do wspólnej gry w karty. Co niektórych owa gra przykuła aż do późnych godzin nocnych.

Ostatnie rajdowe kilometry...30 lipiec 2004 (piątek)

Chociaż w naszym pokoju cisza nocna zapadła o dosyć przyzwoitej porze, nie wiedzieć czemu wszyscy trzej zaspaliśmy. Kiedy zatem grupa szykowała się do wyjścia na mszę świętą, my jeszcze smacznie drzemaliśmy w wygodnych łóżkach. W końcu przybyła nam z odsieczą Iza, dzięki czemu zostaliśmy wyrwani ze snu. Nasza trójka czyli Łukasz, Grzesiek i ja miała jednak zaledwie kilka minut na błyskawiczne orzeźwienie i przygotowanie do wymarszu do kościoła. Nie mniej, w komplecie udaliśmy się na mszę świętą. Następnie starając się pozostawić po sobie jak najlepszy porządek opuściliśmy internat. Tym razem od samego poranka uśmiechało się do nas piękne słońce. Można było pomyśleć, iż aura stara się nam co nieco osłodzić żal z powodu dobiegającej końca naszej wspaniałej przygody. Do przejechania pozostawało nam zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Niespiesznym tempem podążaliśmy zatem przed siebie. Ażeby dotrzeć do Siedlec w godzinach popołudniowych postanowiliśmy zrobić dłuższy postój w Stoczku Łukowskim. Ksiądz wpadł na pomysł, aby całą naszą grupą odwiedzić swoich starych przyjaciół tam mieszkających. Po chwili zatem zasiedliśmy na ławeczkach w cieniu rozłożystego orzecha. Czas upływał powoli na rozmowie, grze w karty, opalaniu się i oglądaniu zdjęć. Nie lada atrakcję miała córka naszych gospodarzy, mała Ewa. Mogła bowiem w pełni puścić wodze fantazji i wykonywać nam ulubione przez siebie psikusy. Najbardziej narażona na owe wybryki była Weronika, która w międzyczasie zdołała już się dorobić miana cioci Weroniki. Tymczasem Trzmiel nie wiedzieć czemu odstraszał naszą urwiskę. W końcu jednak wolny czas dobiegł końca i należało zbierać się do drogi. Z pewnym smutkiem wkroczyliśmy zatem na ostatni odcinek naszego rajdu. Jeszcze tylko przystanęliśmy w Skórcu, by po chwili znaleźć się na siedleckich rogatkach. Tutaj czekali już nasi znajomi, którzy z różnych powodów tym razem nie mogli wziąć udziału w rajdzie. Wszyscy razem zatrzymaliśmy się przy kościele św. Teresy ażeby podziękować Panu Bogu za opiekę oraz wszelkie dobro, które nas spotkało. Następnie punktualnie o 16:30 stawiliśmy się przy pomniku papieża. Po oficjalnym przywitaniu oraz licznych podziękowaniach mogliśmy w końcu wpaść w objęcia naszym bliskim. W ten oto sposób dobiegł końca rajd wakacyjny anno domini 2004, wspaniały rajd.

Refleksja porajdowa

Nasz rajd, chociaż stosunkowo krótki, pozostawił po sobie moc niezatartych, wspaniałych wspomnień. Te nieco ponad dwa tygodnie obfitowały w wiele niezwykłych przygód. Nie raz było nam dane odczuć moc Bożej opieki przejawiającej się w ludzkiej życzliwości i powszechnie rozumianym szczęściu. Na tym rajdzie naprawdę doświadczyliśmy wiele dobra. Nasza kilkunastoosobowa grupa fantastycznie się ze sobą zżyła. Pomimo różnych charakterów i osobowości nie było żadnych przykrych momentów, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Śmiało mogę stwierdzić, iż był to bez wątpienia najlepszy rajd, jaki do tej pory było mi dane przeżyć. Pozostaje zatem mieć nadzieję, iż powstałe między nami więzy nie pozwolą, abyśmy o sobie zapomnieli i sprawią, iż nasza rajdowa rodzina nadal będzie trwać w jedności. Razem przetrwamy wszystko i osiągniemy nieosiągalne.{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach