b_180_135_16777215_00_images_relacje_rajdy.png14.VII Pierwszy dzień rajdu

Godz. 18.00 rajdowicze wraz ze swoim bossem ks. Markiem Chomiukiem celebrowali Eucharystię w Kościele Św. Stanisława B.M. Wieczór minął na pakowaniu bagaży, rowerów, prowiantu do dwóch busów z przyczepkami. Około godz. 22.00 ks. Marek Chomiuk zwołał zbiórkę. Grupa odśpiewała jubilatowi sto lat na 38 urodziny i wyruszyliśmy w drogę.

W karaweli kierowali: ks. Marek i Piotrek, podczas gdy pasażerami byli Grzesiek B., Grzesiek M., Hubert, Marek N., Marysia P., Wojtek Ś.. Pomarańczowy Ford Transit prowadził Kamil Cz., Mirek K., Paweł Cz.. Pasażerami byli: Agnieszka Cz., Justyna P., Ola M., Patrycja Ż. Dwóch uczestników: Gary i Brutus, ruszyli do Rzymu autokarem. Kilka godzin przed odjazdem Dominik G. zrezygnował z uczestnictwa w rowerowej eskapadzie z przyczyn niezależnych od siebie, co poskutkowało utratą mapowego.

15.VII Drugi dzień rajdu

Zapakowani wraz z rajdowym wyposażeniem w dwa busy, przez noc dojechaliśmy pod granicę z Czechami, do Skoczowa. Kustosz sanktuarium Św. Jana pozwolił nam czynnie uczestniczyć we Mszy św., która stała się przedsmakiem duchowych przeżyć, które miały nastąpić później. Mieliśmy też dostęp do wody, sali, gdzie przygotowaliśmy pierwsze, grupowe śniadanie (kiełbasa - jeszcze polska, bułki, herbata). Zapakowaliśmy się do naszych wozów i ruszyliśmy przez Czechy, Austrię do Włoch. Po drodze mieliśmy parę śmiesznie - strasznych sytuacji, m.in.: w Austrii pękła w karaweli rura wydechowa. Na szczęście w grupie mieliśmy złote rączki: Pawła Czajkę., tzw. "czajrodzieja" i Mirka Krasuckiego nazwanego przez księdza "Papą Smerfem", którzy puszką po pomidorach, połączyli pęknięty wydech. Naprawa była wyjątkowo skuteczna, gdyż puszko-pomidorowe łączenie wytrzymało całą trasę. Zapadła kolejna noc, z którą związany jest pewien incydent. Mowa tutaj o ks. Marku, który wycieńczony przygotowaniami i jazdą za kółkiem, wstrzymał ruch. Wydał z siebie głos: "Dawać karimatę!" i natychmiast zasnął, ustanawiając rekord zasypiania, pomiędzy samochodami, na dwie godziny.

16.VII Trzeci dzień rajdu

W ponad 40 stopniowym upale zbliżaliśmy się do Rzymu w zaskakująco szybkim tempie, ale spowolnił nas Ford Transit, w którym wskaźnik temperatury silnika zbliżał się do granicy fabrycznej normy. I w tym przypadku panowie wykazali się pomysłowością; opakowaniem po Nescafe, zwiększyli dopływ powietrza do silnika. I tak, dzięki Bożej opatrzności i pomysłowości mężczyzn do Rzymu dotarliśmy dzień wcześniej, niż planowaliśmy. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w Domu Polskim Jana Pawła II przy Via Cassia dopiero na 17 lipca. Niesamowitą wspaniałomyślnością wykazał się Ksiądz Dyrektor Domu Polskiego, który polecił zorganizować zakwaterowanie naszej wymęczonej podróżą i upałem grupie. Mieliśmy dostęp do kaplicy, kuchni, jadalni, pryszniców. Po zakwaterowaniu, sprawowaliśmy Eucharystię, przygotowaliśmy kolację. Podczas posiłku dołączyli do nas Brutus i Gary. Wieczorem graliśmy jedyny raz w trakcie tegorocznego rajdu w mafię.

17.VII Czwarty dzień rajdu

Dzień rozpoczęliśmy wspólną Mszą św. z Polakami przebywającymi w Domu Polskim i śniadaniem. Ks. Marek podzielił uczestników rajdu na dwie grupy, które zmieniały się dyżurami: gospodarczym i porządkowym, wyznaczył prowadzących, opiekunów grup i określił poszczególne funkcje. Wypracowana przez lata bardzo dobra organizacja i zdyscyplinowanie grupy są nieodzownym warunkiem każdej rajdowej wyprawy. Dzień ten był poświęcony zwiedzaniu Rzymu. Pod opieką ks. Marka, uzbrojeni w mapy i przewodniki ruszyliśmy pociągiem i metrem na podbój starożytnego miasta.

Grupa zauważyła pierwsze wątki miłosne pomiędzy Pati, a Kamilem. Pati była zachwycona Rzymem, a Kamil Pati. Celem nadrzędnym naszego rowerowego pielgrzymowania była modlitwa przy grobie Jana Pawła II. Zdążyliśmy poczuć klimat Bazyliki św. Piotra, Forum Romanum. Widzieliśmy Koloseum i Cirrco Maximo. Obrzeża Rzymu także nie były nam obce. Autobusem wyjechaliśmy poza mury miasta i nieźle się nagimnastykowaliśmy, żeby wrócić do centrum. Około godz.17.00 dotarliśmy na miejsce noclegu. Po kolacji, wzięliśmy się za skręcanie rowerów.

b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2006_26.jpg

 18.VII Piąty dzień rajdu

Podczas porannej Eucharystii rajdowicze zaangażowali się w liturgię: czytanie, psalm, ks. Marek odczytał Ewangelię i wygłosił homilię. Choć byliśmy daleko od naszych rodzin, czuliśmy się swojsko, jak w domu. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy bagaże, pożegnaliśmy gościnne siostry i wspaniałomyślnego ks. Dyrektora Domu Polskiego. Wsiedliśmy na rowery. Wyjechaliśmy z Rzymu, z Tomba di Nerone, kierując się na Viterbo. Trasa była górzysta: ostre podjazdy, zjazdy ( z bólem serca) na hamulcu. Motywacją do jazdy pod górę było powulkaniczne jezioro, z błękitną wodą, otoczone górami, gdzie mieliśmy przygotować obiad. Część osób nie była w stanie odmówić sobie kąpieli w jeziorze. Po dwóch godzinach sjesty, grupa ruszyła w trasę. Nocleg otrzymaliśmy w Viterbo w jednej z parafii. Największe problemy były z dogadaniem toalet, sali, a szczególnie sposobu zamknięcia. Ksiądz Proboszcz tylko po włosku, my po polsku i angielsku. Zakończyło się na odśpiewaniu wspólnie Czarnej Madonny. Do dyspozycji mieliśmy toalety, salę, wodę, szlauf. Ks. Proboszcz życzliwie uśmiechał się podczas naszych pierwszych prób porozumiewania się w języku włoskim, ale nie traciliśmy nadziei, bo nic bardziej nie łączy, nad dobre i szczere serce.

19.VII Szósty dzień rajdu

Dyżur gospodarczy poderwał się z materaców wcześniej, ok.5.00, z myślą przygotowania śniadania. Okazało się, że troskliwy ks. proboszcz zamknął nas na klucz. Dopiero około 7.30 ujrzeliśmy światło dzienne i mogliśmy rozpocząć poranny rytuał czynności, a więc modlitwa poranna, Eucharystia, śniadanie i pakowanie bagaży. Zdążyliśmy zjeść śniadanie, jak na plac zaczęły schodzić się dzieci, ogromnie zainteresowane naszą obecnością, rowerami i naszym ubiorem. Dowiedzieliśmy się, że i one chciałyby jechać z nami, ale nie mają tak dużych rowerów. Trzeba było zbierać bagaże, rowery i wyruszać w trasę. Kolejny dzień bogaty w podjazdy. Zaskakiwały nas coraz mniejsze miejscowości, szeroka gama pól uprawnych. Bardzo trudno było zorganizować zakwaterowanie na zbliżającą się z minuty na minutę noc. Nocleg mieliśmy pod kościołem, między Viterbo, a Sieną. Od mieszkańców uzyskaliśmy zgodę i wiadro do mycia. Tej też nocy spaliśmy z owadami i jaszczurkami. Kamil Cz., po pamiętnym noclegu, chodził z opuchniętą wargą, tzw. "GORĄCĄ WARGĄ".

b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2006_100.jpg

20.VII Siódmy dzień rajdu

Pobudka była przed wschodem słońca. Około piątej nad ranem zbliżał się w kierunku Sieny, wąż lampek. To byliśmy my. Celem dnia dzisiejszego była Florencja. Ostre podjazdy i długie zjazdy, przyczyniły się do tego, że pokonaliśmy 130 km. Na obrzeżach Florencji znaleźliśmy miłego ks. proboszcza, który udostępnił nam dwie sale, łazienkę z prysznicem, parking. Około 21.00 odwiedziła ks. Marka siostra cioteczna z. mężem i synem Zrobiło się bardzo rodzinnie i niczego nam nie brakowało.

21.VII Ósmy dzień rajdu

Pobudka była o piątej, wyjazd po szóstej. We Włoszech najlepsze warunki dla rowerzysty są od szóstej do jedenastej. Sjesta. Po południu na rowery wsiada się około szesnastej. Dzień ten był bogaty w podjazdy, na odcinku 10 km różnica wynosiła 700 m. Mszę polową i obiad mieliśmy z widokiem na góry. Aga Cz. z Marysią P. dostały głupawki podczas Mszy św., kiedy próbowały zaśpiewać "Jesteś królem" na dwa głosy. Nadmierny wysiłek wpływa na ludzi różnie... Ze szczytu góry mieliśmy piękny, panoramiczny widok na pasmo. Później był jeden z dłuższych zjazdów na rajdzie. Poczuliśmy wiatr w plecach. Na licznikach było około 60 km/h, a przed nami ostre zakręty. Dojazd do noclegu w Imole nie stanowił problemu. Jechaliśmy doliną, wzdłuż rzeki Santerno. Księdzu, z pomocą boską, udało się znaleźć nocleg u braci kapucynów. Mieliśmy do dyspozycji materace; cudo na obolałe ciało i piętnaście prysznicy, z których niestety nie skorzystaliśmy. Nie byliśmy na tyle dociekliwi, żeby się pytać, czy i gdzie są. W konsekwencji czego zakonnicy mieli ciekawy widok: nagusów latających przy szlaufie. Noc ta była bogata w wygłupy, co poniektórych uczestników rajdu, m.in: golenie Grzesia, wpychanie różnych przedmiotów do rąk, np. butelek ;).

22.VII Dziewiąty dzień rajdu

Sprawnie zrobiliśmy śniadanie, uczestniczyliśmy we Mszy św., spakowaliśmy bagaże, pożegnaliśmy się z przeorem i wyruszyliśmy rowerami w kierunku Adriano. Po włosku mówiąc było: fa caldo. Temperatura dochodziła do 45°C,a asfalt był czarny. Obiad przygotowaliśmy pod drzewkiem, przy klimatyzowanym markecie COOP, gdzie przesiedzieliśmy większą cześć sjesty. Noclegu oczekiwaliśmy pod oratorium w Adriano F. Mijała godzina 22.00, byliśmy po kolacji, ścięci przez komary. A proboszcza w dalszym ciągu nie było. Pytaliśmy się kręcącej się tam młodzieży, gdzie jest ksiądz. Na co oni odpowiadali: "Socardote e mori", co znaczy, że ksiądz nie żyje. Na co my: "dov' e Mori?" gdzie jest Mori? Czekaliśmy, aż ksiądz przyjedzie z Mori. Podczas kiedy my rozkładaliśmy namioty, Aga Cz. z Piotrkiem M.. udali się na zwiady. Udało im się znaleźć ludzi dobrej woli, którzy udostępnili nam szkołę z kuchnią, łazienkę, salę gimnastyczną. Najbardziej nas bolał fakt, że musieliśmy składać z powrotem namioty, bagaże i przenosić się do szkoły. Dobra bliźnich nie można odrzucać. Trzeba je przyjąć.

23.VII Dziesiąty dzień rajdu

Pomijając fakt, że przez całą noc komary cięły zawzięcie, poranek był piękny. Mieszkańcy Adriano otworzyli nam kościół, gdzie sprawowaliśmy Eucharystię, z udziałem przygodnych mieszkańców. Wyruszyliśmy około dziewiątej. Do Wenecji mieliśmy 60 km. Ten niewielki, jakla nas dystans był wyjątkowo uciążliwy ze względu na wilgotność powietrza. Było parno i duszno, i nie mogliśmy ugasić pragnienia. W końcu dotarliśmy do Troncetto, na skraju Wenecji. Samochody zostawiliśmy na parkingu za 42 EURO, pozapinaliśmy rowery. Ks. Marek zaofiarował się, że popilnuje naszych pojazdów, a nam dał dwie godziny na zwiedzanie. Zobaczyliśmy Basilica di San Marco, Pizza San Marco, Palazzo Ducale.

Grupa stawiła się o 18.00 na parkingu, przy busach. Była jedna zagubiona, Maryś. Czekaliśmy na nią do 19.00, po czym zdecydowaliśmy się ruszyć w kierunku Altino, gdzie można było zorganizować antyczny nocleg z super gorącymi prysznicami. Około 21.00 Marysia dojechała busem z Kamilem Czajkowskim.

24.VII Jedenasty dzień rajdu

Niebo było pochmurne, powietrze wilgotne. Klimat się zmieniał z górskiego w morski. Tego dnia po raz pierwszy na rajdzie byliśmy bez suchej nitki. W towarzystwie gradu i silnego wiatru przejechaliśmy odcinek 7 km do Majano. Trud jazdy w takich warunkach zostały nam wynagrodzone. Dobrzy ludzie poprowadzili nas do stacji sejsmograficznej. Zostaliśmy zaproszeni na kolację i śniadanie. Włosi przyjęli nas winem, panellinum z kiełbasą. Na deser było ciasto polewane grappą. W dobrym humorze zasnęliśmy.

25.VII Dwunasty dzień rajdu

Dzień lenistwa grupowego. Włosi w Majano, udostępnili nam kaplicę, w której razem celebrowaliśmy Eucharystię, zaserwowali śniadanie i obdarowali koszulkami. Poinformowano nas, że na trasie, którą ksiądz obrał, był pożar lasu i trzeba przedrzeć się skrótami. Z oddali widzieliśmy ciemną chmurę dymu i czuć było spalenizną (swąd). Bez zbytniej prędkości zrobiliśmy do godz.11 około 10 km. Przy Liddlu zrobiliśmy sobie 3 godz. postój. Zamiast makaronu z sosem, zaserwowaliśmy sobie pizzę. Złota rączka - Paweł Cz. pomógł Włochom ze sklepu obuwniczego i otworzył im drzwi, zablokowane od wew. przez psa. W zamian dostaliśmy Coca-cole, a Kamil Cz. zakupił czerwono- białe buty Pumy ze zniżką. Do wieczora wykręciliśmy 78 km. Kierowaliśmy się na Tarviso, gdzie mieliśmy zaklepany w 2000 r. nocleg. Na rajdzie rzymskim w 2000r. grupa też tutaj nocowała. Tej pamiętnej nocy, Rada Starszych z Mirkiem, Kamilem i Brutusem na czele, dokonała aktu inicjacji rajdowej, na pierwszakach. Uczestnikami byli: Grzesiek x2, Paweł Czajka, Justyna Petruczenko, Hubert Stępnik , Wojtek Śledź. Niektórym po solnych pysznościach zwróciło się.

b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2006_42.jpg

26.VII.Trzynasty dzień rajdu

Dzień, w którym przekroczyliśmy granicę włosko - austriacką. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z tablicami, informującymi o granicy. Żadnych bramek, żadnych celników, czytaj: Zachód. Wszyscy lubimy austriackie Liddle. Obładowani czekoladami i colą , ruszyliśmy nad głębokie, błękitne jeziorko. Zjedliśmy obiad, schłodziliśmy rozgrzany organizm. Nocleg planowany był w klasztorze franciszkanów w Wolfsberg, do którego pokierował nas, spotkany Polak. Było już późno po zmierzchu, gdy ksiądz zmusił grupę do podjazdu busem, około 20 km. Franciszkanin, który nam pomógł, był Polakiem. Mogliśmy skorzystać z łazienki, kuchni i zadaszenia.

b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2006_43.jpg

27.VII Czternasty dzień rajdu

Dzień spędzony na rowerze. Nic nowego. Postój pod Liddlem. Napici, najedzeni, leżeliśmy na kostce, gdy nagle podszedł Polak. Bardzo miłe spotkanie. Zamieniliśmy parę zdań, dostaliśmy parę euro. Na nocleg dojechaliśmy do Brucka . Ksiądz znalazł miejsce, gdzie można by było przespać się. Niestety nie zastaliśmy proboszcza. Ksiądz udał się do innej miejscowości szukać noclegu, my zaś mieliśmy czekać na kogoś stąd. Na ziemi są jeszcze dobrzy ludzie. Przypadkowo zatrzymany Niemiec, wracający z melanżu, pomógł nam dobić się do Caritasu. Monika, nasza nowa przyjaciółka, udostępniła nam kamienicę, gdzie w ciepłym mogliśmy zjeść i umyć się. Zibi, podpuszczony przez Kamila i Brutusa, startował myć się z dziewczynami. Biedne, zdezorientowane, zatrzasnęły Zbyszkowi drzwi przed nosem.

28.VII Piętnasty dzień rajdu

Przejechaliśmy 114 km. Nocleg mieliśmy w Katzelsdorf, w szkole. Zawitaliśmy tam na końcówkę koncertu rockowego. Ks. Proboszcz zakupił dla nas soki, wodę. Największą atrakcją była jednak sala gimnastyczna. Około 21.00 rozegrał się mecz na boisku. Wielka radość zapanowała w grupie. Przedstawiciele płci męskiej, pod prysznicem darli się w niebogłosy śpiewając polskie standardy biesiadne: " Hej sokoły!", "Jesteś szalona", do momentu interwencji Agi Cz.

29.VII Szesnasty dzień rajdu

Dzień rozpoczęliśmy, jak zwykle: pobudka 6.00 , przygotowanie śniadania, pakowanie bagaży i wyruszenie w nieznane. Kilka wtajemniczonych osób wiedziało, jak przebiega trasa, celem zaoszczędzenia nonstopowych pytań: "A gdzie? A dlaczego?". Na nasze szczęście, większe podjazdy były już za nami, stąd droga prowadziła po równinach. Kresem dnia dzisiejszego był nocleg w Bratysławie. Dystans do pokonania to 125km. Bratysławę poznaliśmy najlepiej od strony obrzeży miasta i stacji benzynowej, na której spędziliśmy 2 godz., grając w karty, odpoczywając i czekając na księdza. Najbardziej zagorzali karciarze zajęli miejsca przed barem, a biedna barmanka, wychodziła kilka razy z zapytaniem po słowacku: " Czy mogę sprzątnąć krzesełka, na których siedzicie?" Co grupa tłumaczyła: " Czy chcecie coś zamówić?" Przy czym padała odpowiedz: "Nie, nie, dziękujemy". Kiedy przyjechał ksiądz, wszyscy rzucili się na rowery, a barmanka na krzesła i stoły. Okazało się, że nocleg mamy w seminarium. Zmierzchało już, a my nie za bardzo wiedzieliśmy, którędy jechać. Drogą prób i błędów, po ambitnym podjeździe w nocy, zawitaliśmy w seminarium , które było hotelem.

O godz. 22.30 byliśmy już zakwaterowani w pokojach,( z prysznicami i łóżkami) i po kolacji.

30.VII Siedemnasty dzień rajdu

Pobudka, śniadanie, Msza św. Ci, którzy nie przystępowali do komunii św., zostali zachęceni przez ks. Marka, bez możliwości odmowy, do spowiedzi. Trasa do pokonania była ambitna. Chcieliśmy dojechać do Częstochowy w terminie. Z drugiej strony zdawaliśmy sobie sprawę z opóźnienia. Przerwy skracaliśmy, dystanse wydłużaliśmy. Do godz. 21.00 przejechaliśmy 142 km .W Trencinie przyjął nas na plebanii przesympatyczny ks. proboszcz.

31.VII Osiemnasty dzień rajdu

Nie dane nam było przekroczyć granicę na rowerach. Po przejechaniu 94 km , w Żilinie, w imię naszego dobra, zostaliśmy przymuszeni do kontynuowania rajdu w busach. Granicę przekroczyliśmy w Zwadroniu. Na nocleg, zawitaliśmy w Częstochowie, około północy. Parking był idealnym miejscem na nasze namioty. Mżyło.

1.VIII. dziewiętnasty dzień rajdu

Uczestniczyliśmy we Mszy św., przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Ks. Marek w homilii ukazał nam etos naszego pielgrzymowania. Zostało wypowiedziane wszystko to, co nosiliśmy w sercach. Mżyło. Zostawiliśmy Mirka na dworcu PKP i podjechaliśmy na obrzeże miasta, do Mirowa, gdzie mieliśmy wsiąść na rowery. Mżyło i nie zanosiło się na poprawę pogody. Pojechaliśmy busem do Olsztyna zwiedzać ruiny zamku. Zgodziliśmy się wsiąść na rowery po obiedzie w Łęcznej. Zjedliśmy mini obiad i ruszyliśmy do Iłży ( 49 km). Miły proboszcz w Iłży, ofiarował nam dach nad głową i wodę. Podłączyliśmy szlaufik i w deszczu i zimnej wodzie, doprowadzaliśmy się do czystości. Noc spędziliśmy na graniu w karty, wygłupianiu się, aż wreszcie spaniu. Państwo Czajkowie, na rajdzie, doczekali się dziecka. Spragniony miłości Mareczek N. ulokował się na środku materaca, między Agą i Pawłem.

2.VIII dwudziesty dzień rajdu

Zwolniliśmy tempo. We Włoszech nie dosypialiśmy, przejeżdżaliśmy większe dystanse i było gorąco. W Polsce wyhamowaliśmy. Cześć osób uważała, że nie doceniono naszego "włoskiego wysiłku", przewożąc nas busami z Żilina do Częstochowy. Atmosfera stawała się coraz bardziej pretensjonalna. Nocleg planowaliśmy w Żelechowie, w internacie XXI wieku. Dojechaliśmy jednak do Ryk i tamtejszy proboszcz udostępnił nam plebanię, prysznice. Na kolację dogodziliśmy sobie pyszną jajecznicą, serkami, płatkami w trzech smakach.

3.VIII dwudziesty pierwszy dzień rajdu

Ostatni dzień rajdu. Poranna Msza św., śniadanie, pakowanie. Około godz. 9.00 dojechali do nas: Krasnal, Bronka i Dominik. Do Siedlec z Ryk mieliśmy 90 km. Po drodze załapaliśmy się na "ogórkówkę" z pielgrzymami. Następnie w Stoczku Łukowskim odwiedziliśmy przyjaciół księdza i babcię Kamila Cz., która nas pożywiła, tak, że ciężko było ruszyć. Jechaliśmy szlakiem pielgrzymki, stąd ludzie mieli dużo jedzenia. Pod Skórcem dołączył się do nas Mirek K., (który opuścił nas 1.VIII Częstochowie). W Żelkowie dołączyła do grupy Małgorzata K., żona Mirka. W Siedlcach, zrobiliśmy trzy rundki honorowe na rondzie garnizonowym. Oficjalne zakończenie rajdu Roma - Siedlce odbyło się przy pomniku papieskim. Przywitał nas proboszcz z parafii św. Stanisława, wiceprezydent Siedlec: Anna Sochacka, rodzina, rajdowicze, którzy nie mogli uczestniczyć w tegorocznym rajdzie.

Grupa Roma - Siedlce, pragnie serdecznie podziękować, organizatorowi rajdu ks. M. Chomikowi, za czas, zaangażowanie i serce, jakie nam okazał. Dziękujemy. Nie zapomnimy także o ludziach dobrej woli, którzy bezinteresownie nam pomagali.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach