b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2003_rajd_wakacyjny_2003.jpg7 lipca 2003 - poniedziałek

Ostatni poranek, gdy budzimy się w swoich ciepłych łóżeczkach, kiedy mama przygotowuje nam śniadanko. Rzut oka za okno - pogoda zapowiada się przyzwoicie, choć bez euforii. Wrzucam ostatnie rzeczy do torby, przywdziewam kask, rękawiczki, potek klik-klik i ruszam spod domu w kierunku kaplicy Matki Bożej Kodeńskiej, gdzie tradycyjnie nastąpi spakowanie samochodu.

Ale najpierw msza święta - zanim większość zdążyła skryć się w murach kościoła pod wezwaniem św. Stanisława, lunął deszcz. Oho - będzie ciekawie, początek jak w zeszłym roku. Całe szcęście po nabożeństwie rozpogodziło się i jedynie niewielkie kałuże przypominały o krótkich, acz intensywnych opadach. Jeszcze tylko ostatnie uściski z bliskimi, mowy pożegnalne dyrekcji "Królówki", prezydenta miasta oraz ks. prałata i... No nie, jeszcze nie pojechaliśmy - najpierw ksiądz zarządził podział na grupy, których prowadzącymi byli: Karol Sobiech, Ewa Dąbrowska i Paweł Prokopowicz, zaś opiekunami: Trzmiel, ja i Dominik Gorzała. I teraz już mogliśmy spokojnie opuścić miasto w asyście policji, która nas eskortowała aż do Żaboklik.

Mimo że po deszczu już śladu nie było, to pogoda nas nie rozpieszczała. Od samego początku wiał piekielny wmordewind, który skutecznie zniechęcał do jazdy. Za jego sprawą tempo jazdy było, jakie było (czyt. marne), co nieco irytywało lub nudziło momentami. Na dodatek około południa zaserwowano nam paskudne odcinki szutrowe, po bruku, a jeśli już po asfalcie, to należało jechać slalomem ze względu na wszechobecne dziury. Nie ma co początek cudowny...

Ale chyba i tak było nam za dobrze, bo zanim dotarliśmy do Jabłonnej Lackiej na obiad, ja z Trzmielem złapaliśmy gumy. U siebie nawet znalazłem dziurkę i ją zakleiłem, w oponie nic nie było, więc dość szybko złożyłem wszystko z powrotem do kupy. Ale jak się okazało, coś musiałem pominąć, gdyż zanim ruszyliśmy ponownie, moje przednie koło potrzebowało znowu reanimacji :-(( Po wymianie dętki, pełen obaw ruszyłem z Trzmielem w pogoni za grupą, która całe szczęście czekała po kilku kilometrach, gdyż przy tak mocnym przeciwnym wietrze długo byśmy z Trzmielem nie pociągnęli na własną rękę goniąc wszystkich.

Nasze zmagania z wiatrem i szutrami zakończyły się w Szepietowie, gdzie w rolniczym ośrodku szkoleniowym znaleźliśmy bardzo atrakcyjne warunki do przenocowania. Były łóżka dla każdego oraz prysznice - marzenie na rajdach :-). Jeszcze tylko z Trzmielem musieliśmy zająć się awariami: piasta Garego odmawiała posłuszeństwa, to samo u Magdy, Brutus tradycyjnie miał problemy z ośką, zaś ksiądz seriami łamał szprychy. Ale tego dnia wszystko gładko poszło i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku położyliśmy się po północy, oczywiście nie omieszkając najpierw trochę pograć na gitarach i pośpiewać sobie.

DST: 120km
AVS: 20,5km/h

8 lipca 2003 - wtorek

Pierwszy poranek na rajdzie. Ale tęsknoty za domowymi wygodami jakoś nie było widać. Szybko uporaliśmy się z pracami w poszczególnych dyżurach, po czym ruszyliśmy w drogę. Niestety - pogoda nie zmieniła się ani trochę w porównaniu z dniem poprzednim. Wiaterek jak powiewał, tak powiewał...

Na obiad zmierzaliśmy do Tykocina, jednak ze względu na przeciwności droga strasznie się dłużyła. Ponadto mimo podrzędności trasy, mijało nas bardzo dużo ciężarówek, co raczej nie uprzyjemniało nam jazdy. Jeden TIR jadący z naprzeciwka nawet nie przejął się za bardzo naszą obecnością na drodze i nie zwolnił w ogóle podczas wymijania. Pęd powietrza, jaki wytworzył, dosłownie zdmuchnął kilka dziewcząt w mojej grupie. Ja przed sobą tylko zobaczyłem leżące dwa rowery oraz ich właścicielki- Emilię i Kaśkę- po czym zacisnąłem przedni hamulec i się katapultowałem z roweru. Niestety nie przeskoczyłem leżących już rowerów i teraz posiadam gustowne szramy po kasecie na klatce piersiowej oraz parę sińców na brzuchu. Jednak mimo efektownego lotu, nie doznałem większych obrażeń, czego nie można powiedzieć o Emilii, która poobijała się dość dotkliwie, a jej Kubuś doznał poważnego skrzywienia haka przerzutki. Kaśki czerwony Authorek natomiast zyskał dość awangardowy kształ przedniego koła - całe szczęście udało się tą óśemkę zlikwidować w miarę bezboleśnie.

W synagodze w Tykocinie
Po tej przygodzie dotarliśmy w końcu do Tykocina, gdzie spędziliśmy dosć dużo czasu. Po obiedzie zwiedzaliśmy tamtejszą synagogę, a po zwiedzaniu spotkaliśmy rowerzystę z Francji, którego celem było przejechanie niemalże całej Europy. Miał już za sobą 8000km i czekało go jeszcze 7000km. Tacy samotni jeźdzcy, których jeszcze kilku spotkaliśmy w czasie rajdu, dodawali nam otuchy - jak im się udało w pojedynkę, to tym bardziej nam się powiedzie :-)

Nocleg znaleźliśmy w szkole w Jaziewie - miejscowości położonej wśród bagien. Po zapadnięciu zmroku odprawiliśmy naszą pierwszą rajdową mszę świętą przed szkołą. Potem każdy zabrał się do swojej roboty- czekała nas kolacja, należało się umyć (niestety nasz pseudo-szlaufik, czyli opryskiwacz, zepsuł się :-( ), zaś Trzmiel rozpoczął wojowanie z suportem, korbą i przerzutką u Ola. Dość powiedzieć, że zakończył swoje starania o 2 w nocy oraz zyskał dość głęboką ranę, a i tak nie wszystko było w porządku. Dla serwisu rajd nie zapowiadał się ciekawie... Dodam jeszcze, że wieczorem Yo zmienił swój imidż, jego oryginalna fryzura stała się rozpoznawalna oraz była jedną z niewielu rzeczy, o którą większa ilość osób dbała z wielką pieczołowitością.

DST: 112km
AVS: 19km/h

9 lipca 2003 - środa

Nasz poranny wyjazd z Jaziewa był dość przyjemny. A to z powodu otaczającej nas puszczy. Tak więc mieliśmy chwile oddechu i mogliśmy się cieszyć jazdy bez gwałtownych podmuchów wiatru. Jednak gdy opuściliśmy już lasy, musieliśmy rozpocząć ponowne zmagania z żywiołem, szczęśliwe nie tak już silnym jak poprzednio. Dość sprawnie dotarliśmy do Augustowa, gdzie mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie miasta na własną rękę. My z Trzmielem poznaliśmy wszystkie serwisy rowerowe, gdyż musieliśmy sprawę roweru Olka doprowadzić do końca. Dobrze się stało, że trafiliśmy do serwisu, którego pracownicy sami dużo jeżdżą i podróżują. Poopowiadaliśmy im trochę o naszych rajdach, a oni w zamian użyczyli nam wszystkich narzędzi, jakich potrzebowaliśmy. Ostatecznie i tak najskuteczniejszy okazał się przecinak i młotek... Olo zyskał nowy suport, wszystko zostało doregulowane i akurat skończył się czas wolny - no cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko...

Moja grupa wjeżdża do Sejn
Po drodze odwiedziliśmy jeszcze sanktuarium w Studzienicznej, po czym już bez przygód dotarliśmy do Sejn, gdzie zjedliśmy dość późny obiad. Tutaj także musieliśmy pożegnać Krystiana - kierowcę samochodu dostawczego, który nam towarzyszył. Na jego miejsce przyjechał dobrze wszystkim znany autokar marki Jelcz, z nie mniej znanym kierowcą - panem Kurkusem. Po przepakowaniu samochodu dosiedliśmy ponownie rowerów i udaliśmy się w kierunku przejścia granicznego w Ogrodnikach. Na Litwę przedostaliśmy się bez problemów.

Niestety było już bardzo późno, więc zapadła decyzja, że na dwie tury zapakujemy się do autokaru, gdyż tego dnia musieliśmy dotrzeć do Mariampola. Mniej więcej połowa ekipy w Lasdijaj wsiadła do Jelcza, podczas gdy reszta walczyła pokonując kolejne kilometry (zabrakło im ostatecznie jedynie 15km do samego Mariampola).

Nocleg uzyskaliśmy na sali gimnastycznej dzięki pomocy Polaka mieszkającego w Mariampolu. Do dyspozycji mieliśmy prysznice - co prawda tylko z zimną wodą, ale zawsze to jakieś udogodnienie. Wieczorem musiałem jeszcze tylko zająć się księdza kołem - znowu pękały szprychy - oraz próbowałem reanimować przednie koło Dominika, który miał zderzenie z pieszym. Wszystko odbyło się przy małej prędkości, jednak kraksa była na tyle pechowa, że obręcz odkształciła się tak mocno, że jedynie jej brutalne, siłowe potraktowanie spowodowało, że mieściła się w widełkach. Jak się okazało, koło było nie do odratowania, więc robotę skończyłem dość wcześnie. Należało jednak zaplanować poranną wizytę w serwisie...

Po mszy świętej na sali oraz kolacji udaliśmy się na spoczynek.

DST: 122km
AVS: 21,8km/h

10 lipca 2003 - czwartek

Przed kościołem w Mariampolu

W restauracji tuż nad Niemnem

Rano tuż po śniadaniu Trzmiel pojechał z Dominikiem do sklepu rowerowego i wrócili z nowym kołem. Tak więc ten rozdział epopei serwisowej został zakończony :-) Po śniadaniu pojechalismy rowerkami do miejscowego kościoła, gdzie odprawiliśmy mszę, po czym już przy okropnym upale ruszyliśmy w dalszą drogę.

Tego dnia warunki pogodowe były znacznie lepsze. Mimo że panował upał, to i tak każdy był zadowolony, gdyż wiatr jeśli już wiał, to w plecy :-) Niestety nasze tempo jazdy było jakieś ślamazarne - być może z powodu temperatury, w każdym razie nudno było, szczególnie że pomykaliśmy autostradami i drogami ekspresowymi, na których praktycznie nie było zakrętów. Takimi arteriami dowlekliśmy się w okolice Kowna, gdzie okazało się, że straciliśmy jakikolwiek kontakt z naszym autokarem. Nie była to dobra wiadomość, ale postanowiliśmy jechać dalej z nadzieją, że kierowca zatrzymał się gdzieś na początku miasta.

I tak też było. Zaraz po wjeździe do Kowna ujrzęliśmy w oddali znane kolory naszego Jelcza, po czym udaliśmy się już w poszukiwaniu obiadu. Posiłek udało się zamówić w restauracji znajdującej się tuż nad brzegiem Niemna. Oczywiście w oczekiwaniu na jedzenie polecieliśmy nad wodę i co nieco się ochłodziliśmy w jednej z zatoczek. Czego tam Olga nie wyprawiała, to nie będę pisał - wtajemniczeni wiedzą, co tam się działo ;-)

Dalsza nasza droga ubywała już znacznie szybciej niż przed obiadem. Być może wpłynęło na to ukształtowanie terenu, które chociaż nie łatwe do pokonania, to jednak stanowiło pewne urozmiacenie od tych płaskich, prostych i długich autostrad. Po drodze nawet udało nam się podkręcić połowę grupy do ścigania się pod całkiem niezłą górkę :-) Potem już w miarę żwawo wpadliśmy do Kiejdan, gdzie czekał już na nas ksiądz z załatwionym noclegiem w szkole. Jeszcze tylko wieczorne zakupy w supermarkecie i poszliśmy spać.

DST: 113km
AVS: 21,8km/h

11 lipca 2003 - piątek

Rano zostaliśmy obudzeni przez lokalnych dziennikarzy, którzy gorliwie przyszli przed czasem. Mieliśmy rano udzielać wywiadów, ale wyszło tak, że filmowano i fotografowano wszystko to, co należało do naszych porannych obowiązków. Po uporaniu się ze wszystkimi pracami mogliśmy wreszcie oficjalnie powitać gości. Ksiądz opowiedział historię rajdową, dziennikarze zrobili parę fotek, a my udaliśmy się w końcu w dalszą podróż.

Krasnal zapowiedział, że tego dnia będzie do pokonania jedynie 80km, co z lekka rozentuzjazmowało grupę. Zaraz po wyjeździe z Kiejdan spotkaliśmy kolejnego sakwiarza, tym razem Łotysza, który zwiedzał sobie środkową Europę na rowerku. Potem ruszyliśmy dalej. Niestety droga była znowu prosta, płaska i nudna, a na dodatek bardzo ruchliwa. Musieliśmy więc raczej jechać gęsiego, co powodowało takie znużenie, że zdarzało się czasem przysypiać w czasie jazdy...

Beztroska zabawa poobiedniaHardcorowa karuzela :-) Ładny lot, no nie? ;-)
Grupa po wyczerpującej zabawie ;-)

Całe szczęście ksiądz znalazł świetne miejsce na obiad - stary młyn przerobiony na restaurację, do którego przylegał nieźle wyposażony plac zabaw. Oczywiście po posiłku wszyscy rzucili się na huśtawki, karuzele i zjeżdżalnie tak, jakby mocno stęsknili się za dzieciństwem - prym w tym wiedli studenci :-P Największym powodzeniem cieszyła się karuzela, na której kładło się kilka osób, które następnie były rozkręcane przez pozostałych do granic wytrzymałości. Niektórzy źle znieśli połączenie obiadu i atrakcji poobiednich i taki Rzywy na przykład zwrócił cały posiłek zanim zdążyliśmy dosiąść naszych rowerów...

Późnym popołudniem dotarliśmy do miasta Szawle, gdzie rozlokowaliśmy się na sali gimnastycznej. Następnie wsiedliśmy do autokaru i udaliśmy się na pobliską Górę Krzyży, do której pielgrzymują tysiące ludzi i każdy z nich zostawia krzyż na miejscu. Efekt jest prawdziwy las najróżniejszych krzyży pozostawionych przez pielgrzymów także z Polski. Przy tej górze odprawiliśmy mszę świętą, w czasie której Krasnal wreszcie zdecydował się zaśpiewać psalm. Śmiechu było co nie miara, ale bynajmniej nie z powodu braku talentu, czy złego wykonania Krasnala. Chodziło raczej o całokształt: najpierw ksiądz nie mógł poradzić sobie z butelką wina mszalnego, potem Krasnal zarzekał się, że przy kamerach nie zaśpiewa, a potem, gdy już śpiewał, miał bardzo ciekawą minę, gdy zobaczył, że jest filmowany :-)

W bardzo dobrych humorach wróciliśmy do miasta, gdzie zjedliśmy kolację i zakończyliśmy dzień apelem jasnogórskim.

DST: 100,5km (zamiast obiecanych 80km)
AVS: 20,2km/h

12 lipca 2003 - sobota

Od samego rana była piękna, słoneczna pogoda. Z pewnością wpływało to na morale grupy i pozwalało zapomnieć o nie tak dawnych trudach związanych z przeciwnym wiatrem. Jechaliśmy dość żwawo, choć sama jazda niemiłosiernie się dłużyła. Jakimś urozmaiceniem, choć niezbyt przyjemnym, był 20km odcinek szutrów. Mimo całkiem niezłej mobilizacji obiad zjedliśmy dość późno i tym samym na przejściu granicznym pojawiliśmy się później niż planowaliśmy. Jakby tego było mało celnicy łotewscy nie chcieli nas puścić ze względu na autokar, gdyż przejście stadardowo nie obsługiwało dużych samochodów.

Koniec końców, musieliśmy uderzać 45km dalej na inne przejście. Niestety pogoda zaczęła się psuć: zrobiło się chłodno, a i momentami kropił deszcz. Przypomniał sobie o nas także pan wicher i nie dawał nam spokoju przez kilkanaście kilometrów. My jednak byliśmy zdeterminowani dotrzeć na Łotwę tego dnia i nam się to udało. Co prawda celnicy co nieco się czepiali naszego autokaru, ale ostatecznie puścili nas na teren Łotwy.

Niestety - pora była już naprawdę późna i było zimno. Zapadła decyzja, że podobnie jak kilka dni wcześniej udamy się autokarem na tury do miasta, gdzie czekał na nas nocleg. Różnica tym razem polegała na tym, że ekipa, która wsiadła najpierw do Jelcza przygotowywała nocleg i kolację, a pozostała część grupy zdążyła dotrzeć do Jelgavy, zanim autokar wrócił po nich.

DST: 109km (141km)
AVS: 22,8km/h

13 lipca 2003 - niedziela

Po wykonaniu wszystkich porannych czynności udaliśmy się do pobliskiego kościoła na mszę. Jako że była niedziela, odprawialiśmy mszę razem z lokalną ludnością. Jakież było nasze zdziwienie, gdy słyszeliśmy pieśni śpiewane łamaną polszczyzną, a następnie księdza, który czytał ogłoszenia po polsku :-o

Po mszy okazało się, że trafiliśmy na mszę, na którą uczęszcza co tydzień polonia jelgavska. Odbyliśmy również miłą rozmowę z przedstawicielką tamtejszej polonii, która nie kryła swojego zadowolenia i wzruszenia, że może słyszeć język polski takim, jakim się posługują Polacy w Polsce. Potem porozmawialiśmy trochę z biskupem, który niedawno rozpoczął naukę polskiego.

Po dość niecodziennym poranku ruszyliśmy przed siebie z zamiarem osiągnięcia Rygi - stolicy Łotwy. Jazda była wyjątkowo nudna, droga była płaska i prosta aż do bólu. Naliczyłem jedynie 2 zakręty na odcinku kilkudziesięciu kilometrów drogi ekspresowej, którą się poruszaliśmy. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Rygi, okazało się, że wszelkie kontakty, jakie posiadaliśmy w mieście, zawiodły :-( Ksiądz udał się więc w poszukiwaniu noclegu, a my te kilka godzin wykorzystaliśmy na najrozmaitsze wygłupy. Ganialiśmy się na rowerach, graliśmy w dość ciekawą odmianę butelki oraz... zakładaliśmy się, czy Yo przebiegnie nago około 800m w zamian za tygodniowe zwolnienie z dyżuru gospodarczego ;-) I prawie tego dokonał - speszyło go to, że rozbierał się przed samochodem, w którym siedziała cała rodzinka, czego wcześniej nie zauważył...

Wreszcie przybył do nas ksiądz, po czym zaprowadził nas na miejsce, w którym dane nam było spędzić dwie najbliższe noce. Była to polska szkoła umiejscowiona pomiędzy blokami, świeżo odremontowana w środku - niestety nie mieliśmy dostępu do prysznica tego wieczoru. Dość wczesną porę naszego przybycia większość wykorzystała na zrobienie pierwszego większego prania na tym rajdzie oraz doregulowanie swoich rowerków. Niektórzy (Emilia) woleli oddać się jakże zajmującej czynności czyszczenia rowerków, które owszem były usyfione po szutrach, ale to tylko dodawało im uroku. Emilia była innego zdania...

DST: 51,8km
AVS: 18,9km/h
Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach