b_150_100_16777215_00_images_relacje_rajd2003_rajd_wakacyjny_2003.jpg7 lipca 2003 - poniedziałek

Ostatni poranek, gdy budzimy się w swoich ciepłych łóżeczkach, kiedy mama przygotowuje nam śniadanko. Rzut oka za okno - pogoda zapowiada się przyzwoicie, choć bez euforii. Wrzucam ostatnie rzeczy do torby, przywdziewam kask, rękawiczki, potek klik-klik i ruszam spod domu w kierunku kaplicy Matki Bożej Kodeńskiej, gdzie tradycyjnie nastąpi spakowanie samochodu.

Ale najpierw msza święta - zanim większość zdążyła skryć się w murach kościoła pod wezwaniem św. Stanisława, lunął deszcz. Oho - będzie ciekawie, początek jak w zeszłym roku. Całe szcęście po nabożeństwie rozpogodziło się i jedynie niewielkie kałuże przypominały o krótkich, acz intensywnych opadach. Jeszcze tylko ostatnie uściski z bliskimi, mowy pożegnalne dyrekcji "Królówki", prezydenta miasta oraz ks. prałata i... No nie, jeszcze nie pojechaliśmy - najpierw ksiądz zarządził podział na grupy, których prowadzącymi byli: Karol Sobiech, Ewa Dąbrowska i Paweł Prokopowicz, zaś opiekunami: Trzmiel, ja i Dominik Gorzała. I teraz już mogliśmy spokojnie opuścić miasto w asyście policji, która nas eskortowała aż do Żaboklik.

Mimo że po deszczu już śladu nie było, to pogoda nas nie rozpieszczała. Od samego początku wiał piekielny wmordewind, który skutecznie zniechęcał do jazdy. Za jego sprawą tempo jazdy było, jakie było (czyt. marne), co nieco irytywało lub nudziło momentami. Na dodatek około południa zaserwowano nam paskudne odcinki szutrowe, po bruku, a jeśli już po asfalcie, to należało jechać slalomem ze względu na wszechobecne dziury. Nie ma co początek cudowny...

Ale chyba i tak było nam za dobrze, bo zanim dotarliśmy do Jabłonnej Lackiej na obiad, ja z Trzmielem złapaliśmy gumy. U siebie nawet znalazłem dziurkę i ją zakleiłem, w oponie nic nie było, więc dość szybko złożyłem wszystko z powrotem do kupy. Ale jak się okazało, coś musiałem pominąć, gdyż zanim ruszyliśmy ponownie, moje przednie koło potrzebowało znowu reanimacji :-(( Po wymianie dętki, pełen obaw ruszyłem z Trzmielem w pogoni za grupą, która całe szczęście czekała po kilku kilometrach, gdyż przy tak mocnym przeciwnym wietrze długo byśmy z Trzmielem nie pociągnęli na własną rękę goniąc wszystkich.

Nasze zmagania z wiatrem i szutrami zakończyły się w Szepietowie, gdzie w rolniczym ośrodku szkoleniowym znaleźliśmy bardzo atrakcyjne warunki do przenocowania. Były łóżka dla każdego oraz prysznice - marzenie na rajdach :-). Jeszcze tylko z Trzmielem musieliśmy zająć się awariami: piasta Garego odmawiała posłuszeństwa, to samo u Magdy, Brutus tradycyjnie miał problemy z ośką, zaś ksiądz seriami łamał szprychy. Ale tego dnia wszystko gładko poszło i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku położyliśmy się po północy, oczywiście nie omieszkając najpierw trochę pograć na gitarach i pośpiewać sobie.

DST: 120km
AVS: 20,5km/h

8 lipca 2003 - wtorek

Pierwszy poranek na rajdzie. Ale tęsknoty za domowymi wygodami jakoś nie było widać. Szybko uporaliśmy się z pracami w poszczególnych dyżurach, po czym ruszyliśmy w drogę. Niestety - pogoda nie zmieniła się ani trochę w porównaniu z dniem poprzednim. Wiaterek jak powiewał, tak powiewał...

Na obiad zmierzaliśmy do Tykocina, jednak ze względu na przeciwności droga strasznie się dłużyła. Ponadto mimo podrzędności trasy, mijało nas bardzo dużo ciężarówek, co raczej nie uprzyjemniało nam jazdy. Jeden TIR jadący z naprzeciwka nawet nie przejął się za bardzo naszą obecnością na drodze i nie zwolnił w ogóle podczas wymijania. Pęd powietrza, jaki wytworzył, dosłownie zdmuchnął kilka dziewcząt w mojej grupie. Ja przed sobą tylko zobaczyłem leżące dwa rowery oraz ich właścicielki- Emilię i Kaśkę- po czym zacisnąłem przedni hamulec i się katapultowałem z roweru. Niestety nie przeskoczyłem leżących już rowerów i teraz posiadam gustowne szramy po kasecie na klatce piersiowej oraz parę sińców na brzuchu. Jednak mimo efektownego lotu, nie doznałem większych obrażeń, czego nie można powiedzieć o Emilii, która poobijała się dość dotkliwie, a jej Kubuś doznał poważnego skrzywienia haka przerzutki. Kaśki czerwony Authorek natomiast zyskał dość awangardowy kształ przedniego koła - całe szczęście udało się tą óśemkę zlikwidować w miarę bezboleśnie.

W synagodze w Tykocinie
Po tej przygodzie dotarliśmy w końcu do Tykocina, gdzie spędziliśmy dosć dużo czasu. Po obiedzie zwiedzaliśmy tamtejszą synagogę, a po zwiedzaniu spotkaliśmy rowerzystę z Francji, którego celem było przejechanie niemalże całej Europy. Miał już za sobą 8000km i czekało go jeszcze 7000km. Tacy samotni jeźdzcy, których jeszcze kilku spotkaliśmy w czasie rajdu, dodawali nam otuchy - jak im się udało w pojedynkę, to tym bardziej nam się powiedzie :-)

Nocleg znaleźliśmy w szkole w Jaziewie - miejscowości położonej wśród bagien. Po zapadnięciu zmroku odprawiliśmy naszą pierwszą rajdową mszę świętą przed szkołą. Potem każdy zabrał się do swojej roboty- czekała nas kolacja, należało się umyć (niestety nasz pseudo-szlaufik, czyli opryskiwacz, zepsuł się :-( ), zaś Trzmiel rozpoczął wojowanie z suportem, korbą i przerzutką u Ola. Dość powiedzieć, że zakończył swoje starania o 2 w nocy oraz zyskał dość głęboką ranę, a i tak nie wszystko było w porządku. Dla serwisu rajd nie zapowiadał się ciekawie... Dodam jeszcze, że wieczorem Yo zmienił swój imidż, jego oryginalna fryzura stała się rozpoznawalna oraz była jedną z niewielu rzeczy, o którą większa ilość osób dbała z wielką pieczołowitością.

DST: 112km
AVS: 19km/h

9 lipca 2003 - środa

Nasz poranny wyjazd z Jaziewa był dość przyjemny. A to z powodu otaczającej nas puszczy. Tak więc mieliśmy chwile oddechu i mogliśmy się cieszyć jazdy bez gwałtownych podmuchów wiatru. Jednak gdy opuściliśmy już lasy, musieliśmy rozpocząć ponowne zmagania z żywiołem, szczęśliwe nie tak już silnym jak poprzednio. Dość sprawnie dotarliśmy do Augustowa, gdzie mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie miasta na własną rękę. My z Trzmielem poznaliśmy wszystkie serwisy rowerowe, gdyż musieliśmy sprawę roweru Olka doprowadzić do końca. Dobrze się stało, że trafiliśmy do serwisu, którego pracownicy sami dużo jeżdżą i podróżują. Poopowiadaliśmy im trochę o naszych rajdach, a oni w zamian użyczyli nam wszystkich narzędzi, jakich potrzebowaliśmy. Ostatecznie i tak najskuteczniejszy okazał się przecinak i młotek... Olo zyskał nowy suport, wszystko zostało doregulowane i akurat skończył się czas wolny - no cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko...

Moja grupa wjeżdża do Sejn
Po drodze odwiedziliśmy jeszcze sanktuarium w Studzienicznej, po czym już bez przygód dotarliśmy do Sejn, gdzie zjedliśmy dość późny obiad. Tutaj także musieliśmy pożegnać Krystiana - kierowcę samochodu dostawczego, który nam towarzyszył. Na jego miejsce przyjechał dobrze wszystkim znany autokar marki Jelcz, z nie mniej znanym kierowcą - panem Kurkusem. Po przepakowaniu samochodu dosiedliśmy ponownie rowerów i udaliśmy się w kierunku przejścia granicznego w Ogrodnikach. Na Litwę przedostaliśmy się bez problemów.

Niestety było już bardzo późno, więc zapadła decyzja, że na dwie tury zapakujemy się do autokaru, gdyż tego dnia musieliśmy dotrzeć do Mariampola. Mniej więcej połowa ekipy w Lasdijaj wsiadła do Jelcza, podczas gdy reszta walczyła pokonując kolejne kilometry (zabrakło im ostatecznie jedynie 15km do samego Mariampola).

Nocleg uzyskaliśmy na sali gimnastycznej dzięki pomocy Polaka mieszkającego w Mariampolu. Do dyspozycji mieliśmy prysznice - co prawda tylko z zimną wodą, ale zawsze to jakieś udogodnienie. Wieczorem musiałem jeszcze tylko zająć się księdza kołem - znowu pękały szprychy - oraz próbowałem reanimować przednie koło Dominika, który miał zderzenie z pieszym. Wszystko odbyło się przy małej prędkości, jednak kraksa była na tyle pechowa, że obręcz odkształciła się tak mocno, że jedynie jej brutalne, siłowe potraktowanie spowodowało, że mieściła się w widełkach. Jak się okazało, koło było nie do odratowania, więc robotę skończyłem dość wcześnie. Należało jednak zaplanować poranną wizytę w serwisie...

Po mszy świętej na sali oraz kolacji udaliśmy się na spoczynek.

DST: 122km
AVS: 21,8km/h

10 lipca 2003 - czwartek

Przed kościołem w Mariampolu

W restauracji tuż nad Niemnem

Rano tuż po śniadaniu Trzmiel pojechał z Dominikiem do sklepu rowerowego i wrócili z nowym kołem. Tak więc ten rozdział epopei serwisowej został zakończony :-) Po śniadaniu pojechalismy rowerkami do miejscowego kościoła, gdzie odprawiliśmy mszę, po czym już przy okropnym upale ruszyliśmy w dalszą drogę.

Tego dnia warunki pogodowe były znacznie lepsze. Mimo że panował upał, to i tak każdy był zadowolony, gdyż wiatr jeśli już wiał, to w plecy :-) Niestety nasze tempo jazdy było jakieś ślamazarne - być może z powodu temperatury, w każdym razie nudno było, szczególnie że pomykaliśmy autostradami i drogami ekspresowymi, na których praktycznie nie było zakrętów. Takimi arteriami dowlekliśmy się w okolice Kowna, gdzie okazało się, że straciliśmy jakikolwiek kontakt z naszym autokarem. Nie była to dobra wiadomość, ale postanowiliśmy jechać dalej z nadzieją, że kierowca zatrzymał się gdzieś na początku miasta.

I tak też było. Zaraz po wjeździe do Kowna ujrzęliśmy w oddali znane kolory naszego Jelcza, po czym udaliśmy się już w poszukiwaniu obiadu. Posiłek udało się zamówić w restauracji znajdującej się tuż nad brzegiem Niemna. Oczywiście w oczekiwaniu na jedzenie polecieliśmy nad wodę i co nieco się ochłodziliśmy w jednej z zatoczek. Czego tam Olga nie wyprawiała, to nie będę pisał - wtajemniczeni wiedzą, co tam się działo ;-)

Dalsza nasza droga ubywała już znacznie szybciej niż przed obiadem. Być może wpłynęło na to ukształtowanie terenu, które chociaż nie łatwe do pokonania, to jednak stanowiło pewne urozmiacenie od tych płaskich, prostych i długich autostrad. Po drodze nawet udało nam się podkręcić połowę grupy do ścigania się pod całkiem niezłą górkę :-) Potem już w miarę żwawo wpadliśmy do Kiejdan, gdzie czekał już na nas ksiądz z załatwionym noclegiem w szkole. Jeszcze tylko wieczorne zakupy w supermarkecie i poszliśmy spać.

DST: 113km
AVS: 21,8km/h

11 lipca 2003 - piątek

Rano zostaliśmy obudzeni przez lokalnych dziennikarzy, którzy gorliwie przyszli przed czasem. Mieliśmy rano udzielać wywiadów, ale wyszło tak, że filmowano i fotografowano wszystko to, co należało do naszych porannych obowiązków. Po uporaniu się ze wszystkimi pracami mogliśmy wreszcie oficjalnie powitać gości. Ksiądz opowiedział historię rajdową, dziennikarze zrobili parę fotek, a my udaliśmy się w końcu w dalszą podróż.

Krasnal zapowiedział, że tego dnia będzie do pokonania jedynie 80km, co z lekka rozentuzjazmowało grupę. Zaraz po wyjeździe z Kiejdan spotkaliśmy kolejnego sakwiarza, tym razem Łotysza, który zwiedzał sobie środkową Europę na rowerku. Potem ruszyliśmy dalej. Niestety droga była znowu prosta, płaska i nudna, a na dodatek bardzo ruchliwa. Musieliśmy więc raczej jechać gęsiego, co powodowało takie znużenie, że zdarzało się czasem przysypiać w czasie jazdy...

Beztroska zabawa poobiedniaHardcorowa karuzela :-) Ładny lot, no nie? ;-)
Grupa po wyczerpującej zabawie ;-)

Całe szczęście ksiądz znalazł świetne miejsce na obiad - stary młyn przerobiony na restaurację, do którego przylegał nieźle wyposażony plac zabaw. Oczywiście po posiłku wszyscy rzucili się na huśtawki, karuzele i zjeżdżalnie tak, jakby mocno stęsknili się za dzieciństwem - prym w tym wiedli studenci :-P Największym powodzeniem cieszyła się karuzela, na której kładło się kilka osób, które następnie były rozkręcane przez pozostałych do granic wytrzymałości. Niektórzy źle znieśli połączenie obiadu i atrakcji poobiednich i taki Rzywy na przykład zwrócił cały posiłek zanim zdążyliśmy dosiąść naszych rowerów...

Późnym popołudniem dotarliśmy do miasta Szawle, gdzie rozlokowaliśmy się na sali gimnastycznej. Następnie wsiedliśmy do autokaru i udaliśmy się na pobliską Górę Krzyży, do której pielgrzymują tysiące ludzi i każdy z nich zostawia krzyż na miejscu. Efekt jest prawdziwy las najróżniejszych krzyży pozostawionych przez pielgrzymów także z Polski. Przy tej górze odprawiliśmy mszę świętą, w czasie której Krasnal wreszcie zdecydował się zaśpiewać psalm. Śmiechu było co nie miara, ale bynajmniej nie z powodu braku talentu, czy złego wykonania Krasnala. Chodziło raczej o całokształt: najpierw ksiądz nie mógł poradzić sobie z butelką wina mszalnego, potem Krasnal zarzekał się, że przy kamerach nie zaśpiewa, a potem, gdy już śpiewał, miał bardzo ciekawą minę, gdy zobaczył, że jest filmowany :-)

W bardzo dobrych humorach wróciliśmy do miasta, gdzie zjedliśmy kolację i zakończyliśmy dzień apelem jasnogórskim.

DST: 100,5km (zamiast obiecanych 80km)
AVS: 20,2km/h

12 lipca 2003 - sobota

Od samego rana była piękna, słoneczna pogoda. Z pewnością wpływało to na morale grupy i pozwalało zapomnieć o nie tak dawnych trudach związanych z przeciwnym wiatrem. Jechaliśmy dość żwawo, choć sama jazda niemiłosiernie się dłużyła. Jakimś urozmaiceniem, choć niezbyt przyjemnym, był 20km odcinek szutrów. Mimo całkiem niezłej mobilizacji obiad zjedliśmy dość późno i tym samym na przejściu granicznym pojawiliśmy się później niż planowaliśmy. Jakby tego było mało celnicy łotewscy nie chcieli nas puścić ze względu na autokar, gdyż przejście stadardowo nie obsługiwało dużych samochodów.

Koniec końców, musieliśmy uderzać 45km dalej na inne przejście. Niestety pogoda zaczęła się psuć: zrobiło się chłodno, a i momentami kropił deszcz. Przypomniał sobie o nas także pan wicher i nie dawał nam spokoju przez kilkanaście kilometrów. My jednak byliśmy zdeterminowani dotrzeć na Łotwę tego dnia i nam się to udało. Co prawda celnicy co nieco się czepiali naszego autokaru, ale ostatecznie puścili nas na teren Łotwy.

Niestety - pora była już naprawdę późna i było zimno. Zapadła decyzja, że podobnie jak kilka dni wcześniej udamy się autokarem na tury do miasta, gdzie czekał na nas nocleg. Różnica tym razem polegała na tym, że ekipa, która wsiadła najpierw do Jelcza przygotowywała nocleg i kolację, a pozostała część grupy zdążyła dotrzeć do Jelgavy, zanim autokar wrócił po nich.

DST: 109km (141km)
AVS: 22,8km/h

13 lipca 2003 - niedziela

Po wykonaniu wszystkich porannych czynności udaliśmy się do pobliskiego kościoła na mszę. Jako że była niedziela, odprawialiśmy mszę razem z lokalną ludnością. Jakież było nasze zdziwienie, gdy słyszeliśmy pieśni śpiewane łamaną polszczyzną, a następnie księdza, który czytał ogłoszenia po polsku :-o

Po mszy okazało się, że trafiliśmy na mszę, na którą uczęszcza co tydzień polonia jelgavska. Odbyliśmy również miłą rozmowę z przedstawicielką tamtejszej polonii, która nie kryła swojego zadowolenia i wzruszenia, że może słyszeć język polski takim, jakim się posługują Polacy w Polsce. Potem porozmawialiśmy trochę z biskupem, który niedawno rozpoczął naukę polskiego.

Po dość niecodziennym poranku ruszyliśmy przed siebie z zamiarem osiągnięcia Rygi - stolicy Łotwy. Jazda była wyjątkowo nudna, droga była płaska i prosta aż do bólu. Naliczyłem jedynie 2 zakręty na odcinku kilkudziesięciu kilometrów drogi ekspresowej, którą się poruszaliśmy. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Rygi, okazało się, że wszelkie kontakty, jakie posiadaliśmy w mieście, zawiodły :-( Ksiądz udał się więc w poszukiwaniu noclegu, a my te kilka godzin wykorzystaliśmy na najrozmaitsze wygłupy. Ganialiśmy się na rowerach, graliśmy w dość ciekawą odmianę butelki oraz... zakładaliśmy się, czy Yo przebiegnie nago około 800m w zamian za tygodniowe zwolnienie z dyżuru gospodarczego ;-) I prawie tego dokonał - speszyło go to, że rozbierał się przed samochodem, w którym siedziała cała rodzinka, czego wcześniej nie zauważył...

Wreszcie przybył do nas ksiądz, po czym zaprowadził nas na miejsce, w którym dane nam było spędzić dwie najbliższe noce. Była to polska szkoła umiejscowiona pomiędzy blokami, świeżo odremontowana w środku - niestety nie mieliśmy dostępu do prysznica tego wieczoru. Dość wczesną porę naszego przybycia większość wykorzystała na zrobienie pierwszego większego prania na tym rajdzie oraz doregulowanie swoich rowerków. Niektórzy (Emilia) woleli oddać się jakże zajmującej czynności czyszczenia rowerków, które owszem były usyfione po szutrach, ale to tylko dodawało im uroku. Emilia była innego zdania...

DST: 51,8km
AVS: 18,9km/h

14 lipca 2003 - poniedziałek

W ambsadzie polskiej w Rydze
Dzień ten został zaplanowany jako dzień odpoczynku od jazdy rowerem. Wstaliśmy nieco później niż zwykle, po czym zapakowaliśmy się w autokar i udaliśmy się do centrum Rygi. Wąskimi uliczkami ciężko było manewrować naszemu autokarowi, ale mimo to udało się nam w miarę punktualnie przybyć do ambasady polskiej, gdzie zostaliśmy przyjęci przez ambasadora. Zapowiadało się dosć ciekawie, gdyż, jak się okazało, ambasador także kochał sport - nawet miał osiągnięcia w kilku dziedzinach. Niestety - jego monolog (bo trudno nazwać to rozmową) zszedł na tory polityczne i dyplomatyczne. Szczerze mówiąc, nasze notoryczne niedospanie powodowało, że średnio do nas trafiało, kiedy i jaki prezent wręczył ambasador jakiemuś politykowi i czy pani prezydentowa się z tego cieszyła :-( Chcąc nie chcąc, musieliśmy wytrwać (choć brak snu ciągle dawał się we znaki), bo na Łotwie ambasada polska udzieliła nam znacznej pomocy przy poszukiwaniu noclegów...

Wreszcie po 2-3 godzinach podano nam księgę gości, do której każdy się wpisał, po czym wydostaliśmy się z ambasady. Po drugiej stronie ulicy zjedliśmy obiad, a potem każdy robił, co chciał. Warunek był jeden - nie poruszać się samemu po mieście.

Kościół na starówce w Rydze
Podzieliliśmy się dość szybko na grupki, które w większości i tak uderzyły w kierunku starówki. Trzeba przyznać, że starówka jest dość rozległa i ciekawa, jeśli chodzi o architekturę. Ze starymi budybkami kontrastują nowoczesne kluby z nie mniej nowoczesnym wystrojem wewnątrz. Niestety, odniosłem wrażenie, i nie tylko ja, że mimo niewątpliwego uroku starych zabudowań, starówka ryska jest pozbawiona klimatu typowego dla starych dzielnic innych znanych nam miast :-( Na rynku głównym stało paru lodziarzy, w kątach znajdowały się bary, w jednym z których wylądowaliśmy w końcu, i to wszystko: nie było grajków ulicznych, stylizowanych szyldów, czy kataryniarzy. Nie wiem, może się czepiam, ale tam wiało nudą i niespecjalnie przypominało typowe stare miasto.

Po rozpracowaniu kilku pizz i różnych napojów orzeźwiających ;-) udaliśmy się w drogę powrotną do autokaru. Każda z grupek ponownie wybrała odmienną drogę, choć zmierzającą teoretycznie do tego samego celu. Nasza kompania podzieliła się na dwie brygady, w jednej z których zostaliśmy tylko ja i Trzmiel. Musieliśmy bowiem załatwić pewną sprawę na poczcie. Reszta poszła pod opieką Karola najkrótszą ;-) drogą na zbiórkę - tak im się przynajmniej wydawało. My z Trzmielem w końcu też ruszyliśmy, jednak szczerze mówiąc stracilismy orientację. Wiedzieliśmy mniej więcej, w którym kierunku iść, ale mnogość parków i podobnych do siebie wież kościelnych, które normalnie służyły za tzw. landmarki, działała na nas niezwykle myląco. Zaczęliśmy więc korzystać z zasady: koniec języka za przewodnika. I to była słuszna metoda. Spociliśmy się nieźle, bo czasu było mało, ale dotarliśmy na czas. I o dziwo: byliśmy jednymi z pierwszych, mimo że teoretycznie przynajmniej reszta naszej paczki powinna dawno już być :-o

Po około pół godzinie dotarli niektórzy ze spóźnialskich, ale reszty nie było, ani nie dawali znaku życia. Postanowiliśmy więc z Trzmielem wziąć rowerki, które były z tyłu autokaru, i udać się na pobieżne poszukiwania zagubionych. Zmokliśmy co nie miara, bo akurat uderzyła burza, ale radość z jeżdżenia po dość ciekawym mieście została :-) Nikogo nie znaleźliśmy, ale w czasie, gdy my sobie jeździliśmy, wszyscy zdążyli się zebrać w autokarze. Tak więc zaliczyliśmy krótką przejażdżkę krajoznawczą po Rydze, czego absolutnie nie żałujemy :-)

Potem już bez przeszkód dotarliśmy z powrotem do szkoły, w której nocowalismy i odprawilismy mszę świętą. Po mszy przygotoaliśmy prowizoryczny tort z dużej bułki, mnóstwa czekolady i groszków i uczciliśmy dzień urodzin księdza, co wydatnie wpłynęło na poprawę jego humoru po tych wszystkich poszukiwaniach tych, co się wcześniej zgubili. Potem jeszcze gorący prysznic (w końcu :-))) i... nie tym razem - nie poszliśmy spać. Do 2 w nocy graliśmy w mafię - naszą ulubioną grę z wykorzystaniem kart. Nasze entuzjastyczne i żywiołowe dyskusje nawet księdza zaintrygowały na tyle, że do nas dołączył. Najciekawiej było, jak ksiądz otrzymywał rolę dziwki ;-)

Dzień był pełen wrażeń. Po powrocie z miasta każdy robił jeszcze drobne przepierki, ewentualnie suszył pranie z dnia poprzedniego i ogólnie nastrajał się do ponownego wyjazdu na rowerach.

15 lipca 2003 - wtorek

Dzień był piękny. Dobrze i źle. Dobrze, bo nie padało; źle, bo zapowiadał się okropny upał. Rygę opuściliśmy remontowaną autostradą, z której odbiliśmy po kilkunastu kilometrach na drogę nadbałtycką. Zgodnie z przewidywaniami upał był niemiłosierny - zelżał dopiero około godziny 14. Mimo wysokiej temperatury jechalismy całkiem ładnie - do obiadu średnia oscylowała wokół 30km/h.

Brawurowy skok Yoła z liny
Więcej się nam chyba nie udało...Po obiedzie udaliśmy się na pobliską plażę, gdzie znów każdy robił, co chciał: albo szaleństwa w wodzie, albo leżenie plackiem na piasku. Po kilkudziesięciu minutach znudziło nam się to, więc udaliśmy się na charakterystyczną huśtawkę znajdującą się w pobliżu. Była to bardzo długa lina zaczepiona na drzewie, na której końcu znajdował się drąg robiący za siodełko. Całość znajdowała się na wydmie tak, że przy największym wychyleniu drąg był na wysokości około 6-7 metrów. Oczywiście takiej okazji nie mogliśmy przegapić :-) Rzuciliśmy się na linę przeganiając siedzące tam dzieciaki i rozpoczęliśmy wygłupy. Yo zakosztował skoków ze wspomnianych 6 metrów - nic mu się nie stało, gdyż lądowanie było na pochylonym terenie, zazwyczaj kończyło się to parokrotnym koziołkowaniem. Jedynie skok z flagą uczepioną przy szyi był mniej szczęśliwy - w momencie opuszczania huśtawki flaga się zaczepiła o drąg i pozostawiła w ten sposób gustowną szramę na szyi Yoła. Potem jeszcze tylko konkurs: ile osób wlezie na tą linę na raz? Nam udało się chyba we czterech. Przy czym zadanie nie było łatwe, gdyż najpierw należało rozbujać linę, a potem kolejno jeden po drugim wskakiwać z wysokiego kołka na huśtawkę. Przeważnie kolejne osoby nie mogły już wskakiwać z prostej przyczyny - lina już bujała się za daleko od kołka.

Gdy zakończyliśmy wygłupy, było już późne popołudnie. Nie zwlekając ani minuty dłużej dosiedlismy ponownie rowerów. Pogoda była teraz dużo bardziej znośna, a wręcz idealna na rower. Tempo było nadal ładna, choć nieco wolniejsze niż z rana. Po godzinie 20 dotarlismy do miejscowości Salacgriva, gdzie ksiądz zdążył już odnaleźć internat, w którym przyszło nam się rozlokować na noc. Po kolacji dostalismy jeszcze pozwolenie na wyprawę nad morze, z czego oczywiście skorzystaliśmy.

Było już ciemno - północ czasu miejscowego. Ruszyliśmy w sile kilkunastu osób w kierunku morza, gdzie zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zrzuciliśmy wszystkie ubrania z siebie i rzuciliśmy się do wody. Chwile beztroskiej zabawy wykorzystał Yo z Rzywym, którzy zabrali wszystkie ubrania i ręczniki, które zdołali odnaleźć w ciemnościach. Gdy się zorientowaliśmy było za późno :-( Całe szczęście ilość pozostałej garderoby pozwoliła powrócić do internatu z zasłoniętymi strategicznymi częściami ciała. Jednak to wydarzenie spowodowało, że zaczęlismy częściej myśleć, co za numer by tu wykręcić Yołowi...

Potem czekało mnie jeszcze częściowe przeszprychowanie księdzowego koła i około 1 w nocy mogłem położyć się spać.

DST: 105,5km
AVS: 24,2km/h

16 lipca 2003 - środa

Poranek jak co dzień. Każdy uwijał się w swoim dyżurze, tylko grupa liturgiczna jak zwykle się obijała, bo msza miała być gdzieś w drodze. Nasze przygotowania do wyruszenia zakłóciło nagłe zamieszanie wywołane w miejscu, gdzie mieliśmy jeść śniadanie. Ni stąd, ni zowąd, nagle pojawiła się tam ogromna liczba dzieciaków (??). Okazało się, że była to grupa kolonijna, która pod kierunkiem swoich opiekunów udawała się do pobliskich łazienek w celu odbycia porannej toalety. Cały ten ruch spowodował dużo wiekszą mobilizację w celu upilnowania naszej własności oraz jak najszybszego zwinięcia się stamtąd.

Do granicy łotewsko-estońskiej mielismy niewiele. Jednak droga była prawdziwą męczarnią z powodu dużego upału i braku jakiegokolwiek powiewu wiatru. W skwarze lejącym się z nieba dotarlismy jednak do terminali granicznych, gdzie spotkaliśmy wileńskiego policjanta, który świetnie mówił po polsku i zainteresował się naszą wyprawą. Był to dość miły przerywnik w oczekiwaniu na odprawę. W końcu jednak przekroczyliśmy granicę, za którą nie było żadnej cywilizacji (!). Upał nadal był nieznośny, a przed nami była prościusieńka droga, w dodatku płaska jak naleśnik. Jedyną nadzieję wlał w nas znak oznajmiający, że znajdujemy się na oznakowanym szlaku inicjatywy EuroVelo. Przewidywaliśmy, że szlak ten skręci w bardziej atrakcyjne i przyjazne rowerzyście tereny, jednak nadzieje te spełzły na niczym :-(

Po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do miejscowości Häädemeste, gdzie mieliśmy dłuższy postój połączony ze spożyciem obiadu. Po obiedzie w kilkanaście osób udaliśmy się w stronę, jak nam się wydawało, pobliskiego morza. Po kilkuset metrach po zaroślach niektórzy zrezygnowali, jednak kilka osób brnęło dalej. W pewnym momencie mieliśmy tego dość, ale żal nam było odcinka, który już pokonaliśmy - brnęliśmy więc dalej. Po kilkudziesięciu minutach trafiliśmy na bagna, po czym przeskakując płoty z drutów kolczastych dotarliśmy do chatki służącej prawdopodobnie za schronienie dla pasterzy. Stąd mieliśmy już kilkadziesiąt metrów do wody, więc zostawilismy nasze ręczniki i ubrania i... W mordę jeża!!! Gorszego zawodu to chyba jeszcze na rajdzie nie przeżyliśmy. Nie dość, że potworny upał, nie dość, że trzeba było tyle się natrudzić, by dojść nad brzeg, to jeszcze się okazało, że woda sięgała nam najwyżej do kolan, mimo że przeszlismy już ponad 200m od brzegu (!!!). Mało nas szlag nie trafił. Nieźle wkurzeni postanowiliśmy wracać. Całe szczęście udało nam się znaleźć przyjaźniejszą drogę powrotną i minimalnie tylko spóźnieni dotarliśmy do miejsca postoju całej grupy.

Po nieudanym wyjściu nad morze ruszyliśmy ostro z kopyta. Mimo ogromnego upału cała grupa trzymała bardzo wysokie tempo aż do Parnawy, gdzie zrobiliśmy kolejny postój. Tam przypadkiem spotkaliśmy człowieka, który pomógł nam znaleźć nocleg w szkole w Audru - miejscowości oddalonej od Parnawy o kilkanaście kilometrów.

Gdy dotarliśmy na miejsce, pierwsze, co nas spotkało, to zachmurzone czoło księdza. Tonem nieznoszącym sprzeciwu kazał nam się ustawić na zbiórce, na której powiedział, dlaczego jest taki wkurzony. Okazało się, że nie podobał mu się pomysł jeżdżenia za ciężarówkami i autobusami przez niektórych z uczestników. Wzburzenie księdza było duże, jednak winowajcy stanęli na wysokości zadania i zdołali zażegnać konflikt. Wydarzenie to spowodowało również, że liczba amatorów szybkiej jazdy na zderzakach innych pojazdów zmniejszyła się drastycznie. I dobrze...

Jeszcze tylko wieczorem msza święta na parkiecie sali gimnastycznej, kolacja i oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Serwis tym razem miał wolne :-)

DST: 91,5km
AVS: 24,75km/h

17 lipca 2003 - czwartek

Ranek był zaskoczeniem dla wszystkich. Otóż takiego tempa uwijania się jeszcze nie było. W drogę wyruszyliśmy już po godzinie 9, co było swoistym rekordem. Pogoda była jeszcze znośna, jednak we znaki dawał nam się brak jakichkolwiek sklepów po drodze. Po około 20km marzyliśmy o jakimś źródełku, które napełniłoby wysychajace bidony... Niestety - dane nam było przejechać ponad 40km bez przystanku, kiedy to wreszcie trafiliśmy pod sklep, który wraz z okolicznymi zabudowaniami, stanowił jedyny objaw cywilizacji od samego rana.

Po zregenerowaniu sił ruszyliśmy dalej. Na 60. kilometrze naszej drogi spakowaliśmy rowery do autokaru i udaliśmy się do miejscowości Virtsu, skąd miał nas zabrać prom na jedną z wysp estońskich - Muhu. Musieliśmy dość długo czekać na naszą kolej. Skorzystaliśmy więc z okazji i zjedliśmy obiad.

Przy skansenie (?) na wyspie MuhuPrzeprawa trwała nieco ponad pół godziny. Nie wypakowaliśmy jednak rowerów od razu, chcieliśmy bowiem zatrzymać się pod jakimś sklepem. Niestety takowego nie uświadczyliśmy przez kilkanaście kilometrów. Zatrzymaliśmy się więc w cieniu drzew gdzieś na rozdrożu, skąd już popedałowaliśmy przed siebie. Po drodze zatrzymaliśmy się przy skansenie (?) z dużym wiatrakiem - symbolem wyspy. Potem jeszcze naprawdę długi most prowadzący na kolejną wyspę - Saremę - i... rozpoczęła się nasza mordęga. Krasnala mapy mówiły, że jesteśmy na głównej drodze, jednak, to co widzieliśmy, było koszmarne. Musieliśmy pokonać ponad 30km paskudnymi, suchymi szutrami. Każdy samochód wyprzedzający czy też wymijający nas zostawiał na nas ogromną ilość kurzu. Drzewa rosnące przy drodze były całe białe. Zaczęliśmy marzyć o ciepłym prysznicy, chociaż wiedzieliśmy, że z tym może być poważny problem tego dnia...

Pod wieczór dotarliśmy wreszcie do końca szutrów. Jednak nie nacieszyliśmy się asfaltem. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się u gospodarzy, którzy zgodzili się udostępnić nam swoje podwórko i studnię :-) na noc. Po szybkim rozbiciu namiotów - naprawdę szybkim, bo komarów tam było więcej niż gdziekolwiek indziej - obmyśliliśmy plan wieczornego mycia. Znaleźliśmy dość ustronne miejsce, pożyczyliśmy konewkę i parę wiader i do dzieła! Mycie przeciętnie trwało minutę :-) Potwornie zimną wodą najpierw się moczyliśmy, potem namydlanie i na koniec błyskawiczne spłukiwanie wodą z konewki. Oczywiście rolę polewacza jak zwykle odgrywał Yo. Niektórzy hardcorowcy umówili się na poranną toaletę w tym samym stylu - dla mnie to jednak było za dużo...

DST: 112,5km
AVS: 24,2km/h

18 lipca 2003 - piątek

Zerwaliśmy się wcześnie rano, bo już o 5. Błyskawicznie zwinęliśmy namioty i bez śniadania wsiedliśmy do autokaru. Wszystko po to, by zdążyć na pierwszy prom, na który dzień wcześniej umówił się ksiądz z kapitanem statku. Udało nam się. Jednak na miejscu okazało się, że prom nie jest przystosowany do przewozu autokarów i były spore problemy z wjechaniem na łajbę. Wszystko jednak odbyło się pomyślnie i po około godzinie bylismy już na kolejnej wyspie - Hiumie.

Upał znów był niemiłosierny. Rozłożyliśmy się więc w cieniu w pobliżu pierwszego napotkanego sklepu. Zjedliśmy zaległe śniadanie i w końcu ruszyliśmy rowerkami przed siebie. Całe szczęście Hiuma byłą wyasfaltowana, więc cieszyliśmy się spokojną jazdą z całego serca :-) Bez żadnych problemów dotarliśmy do miejscowości wypoczynkowej, w której okazało się, że zginął nam Karol. Ekipa autokarowa szukała go - bezskutecznie. Narastały negatywne emocje w grupie, gdy w końcu Krasnal z Dominikiem, któzy wcześniej wybrali się w stronę latarni morskiej, powrócili ze zgubą. Bez reprymendy się nie obyło...

W międzyczasie skorzystaliśmy oczywiście z okazji, aby nieco się pomoczyć w wodach Bałtyku - na plażę mieliśmy około 300-400m. Niestety beztroska zabawa szybko się skończyła, bo tego dnia musieliśmy jeszcze raz się przeprawić - tym razem na stały ląd. Gdy wróciliśmy z plaży, zastaliśmy już spakowany autokar. Okazało się, że opóźnienie mamy zbyt duże i nie możemy sobie pozwolić na dalszą jazdę rowerem, gdyż pradwopodobnie czekałby nas nocleg na dziko jeszcze na wyspach. Udało nam się jednak bezproblemowo przeprawić na stały ląd, gdzie kierowaliśmy się na miejscowość Haapsalu - cały czas w autokarze.

W mieście mieliśmy postój pod supermarketem, po czym udaliśmy się dalej w poszukiwaniu noclegu. W międzyczasie okazało się, że Magda "Życie" zginęła(!). Po prostu jej nie było... Chłopaki szybko dosiedli rowerów i udali się z powrotem do miasta, gdzie całe szczęście bez problemu znaleźli kolejną zgubę. Zanim wrócili okazało się, że mamy już namiary na nocleg. Przejechaliśmy jeszcze parę kilometró i zatrzymaliśmy się ostatecznie w przedszkolu w Linnamäe :-)

Mimo późnej pory nikt jeszcze nie kładł się spać. Wszyscy czekali na... osiemnastkę Emilii :-) Został przygotowany tort, był szampan i oczywiście prezenty. Emilia dała nam już poznać swoje zamiłowanie do czysczenia rowerów, toteż sprawiliśmy jej wielką szczotę i rękawiczki, coby jej ulubione czynności nie sprawiały jej żadnego kłopotu :-PPP

Spać poszliśmy grubo po północy...

DST: 26,7km
AVS: 26,6km/h (nie ma co - wyszaleliśmy się tego dnia na rowerach ;-))

19 lipca 2003 - sobota

Rano zebralismy się bardzo żwawo. Ponownie udało nam się wyruszyć już około 9. Pogoda była bardzo sprzyjająca, toteż nie dziwota, że i tempo było przyzwoite. Niestety po obiedzie wiatr się obrócił i tym razem wiał nam prosto w czoło przypominając nam, jak to było na początku rajdu...

Nie zrażaliśmy się jednak. Po drodze zrobiliśmy sobie przerwę na zwiedzanie ruin zamku czy klasztoru - nie wiem, nie znam estońskiego ;-) Potem spotkaliśmy kolarza, który okazał się stróżem w obiektach sportowych w Tallinnie. Po krótkiej wymianie zdań wyprzedził naszą grupę obiecując pomoc.

Wjazd do stolicy Estonii nie należy do chlubnych. Rozluźnienie, zmęczenie, rozkojarzenie - nie wiadomo, co było przyczyną. Fakt faktem, przy około 30km/h Kaśka zaliczyła przycierkę, po czym lądowała dość efektownie na asfalcie. Dosłownie centymetry dzieliły jej głowę od kół samochodu jadącego za nią... Całe szczęście skończyło się na otarciach i łzach. Kask się zdecydowanie przydał...

No i dojechaliśmy...
W czasie przymusowego postoju na rogatkach Tallinna dojechał do nas wspomniany wcześniej kolarz - tym razem już samochodem. Kiedy pozbieraliśmy się po wypadku, zaprowadził nas wprost do obiektów sportowych, w których mieliśmy szansę przenocować. A były to konkretnie szatnie dla hokeistów - śmierdziało w nich niemiłosiernie, jednak długie wietrzenie spowodowało, że noc nie zapowiadała się tak źle.

Późnym popołudniem nasz dobrodziej zabrał jeszcze parę osób do sklepu rowerowego, gdzie Gary zaopatrzył się w szprychy do swojego koła, a ksiądz miał nadzieję raz na zawsze rozwiązać problem tylnego koła w swoim Unibike'u. Ceny nie zwalały z nóg, podobnie jak asortyment. Z częściowo zaspokojonymi potrzebami wróciliśmy na miejsce naszego noclegu. Dzisiaj sobie odpuściliśmy serwis, gdyż mieliśmy przespać w tym miejscu trzy noce, więc czasu było aż nadto.

DST: 86,1km
AVS: 23,1km/h

20 lipca 2003 - niedziela

Pobudkę zaliczyliśmy dość wcześnie, choć jednak o ludzkiej porze. Po śniadaniu udaliśmy się autokarem w stronę portu. W kasach odebraliśmy bilety i tuż po 10 ichniejszego czasu byliśmy już na pokładzie promu SuperSeaCat. Podróż do Helsinek trwała około 1h45min. Czas ten wykorzystaliśmy na wygłupy na górnym pokładzie, gdzie wiało tak, że głowy urywało, oraz na wizyty w sklepie bezcłowym, który wcale nie okazał się takim cudownym miejscem :-(

W porcie w Helsinkach

Jeden z kościołów protestanckich w Helsinkach
Krasnala druga miłość, po rowerze ;-)

Gdy wysiedliśmy z promu, przywitały nas Helsinki swoją starą zabudową (!). Całą grupą udaliśmy się do supermarketu, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant, po czym każdy na własną rękę rozpoczął zwiedzanie miasta. Jak już wpsomniałem miasto pełne było starych budynków. Wiele ulic było brukowanych. Do tego nie można było wydzielić ścisłego starego miasta, gdyż jak się okazało, taka architektura znajdowała się w dosłownie każdym zakątku miasta. Wszystko to powodowało, że nie czuliśmy się jakobyśmy byli w nowoczesnej stolicy Finlandii.

W przeciągu dnia zobaczyliśmy wiele przepięknych kamienic, odwiedziliśmy parę kościołów - w wiekszości protestanckich. W jednym z nich - kalwińskim - odbywał się akurat mini koncert organowy, więc postanowilismi się co nieco "odchamić" i posiedzieliśmy dłuższą chwilę. Krasnal oczywiście tradycyjnie już nie odpuścił dworca kolejowego :-) Poza tym przemierzyliśmy kilka z miejskich parków, których było tam naprawdę sporo. Ostatecznie wylądowaliśmy w McDonaldzie, gdzie wydaliśmy dużo euro, ale co tam - jak szaleć, to szaleć ;-)

Ostatnią wolną godzinę spędziliśmy w parku ulokowanym na wzgórzu tuż przy porcie. Oczywiście pograliśmy w mafię oraz ... pogadaliśmy chwilę ze spotkanymi wcześniej dziewczynami z Polski, które również przyjechały do Helsinek na jeden dzień. Była to przerwa w ich pracy w ambasadzie polskiej. Potem już udaliśmy się na wieczorny prom powrotny i około północy dotarliśmy do naszych kochanych szatni.


21 lipca 2003 - poniedziałek

W restauracji w Tallinnie
Z powodu późnego powrotu z Helsinek postanowiliśmy nieco pospać dłużej tego ranka. Gdy słońce już było dość wysoko, zebraliśmy się w sobie i po spożyciu śniadania udaliśmy się autokarem w stronę starówki Tallinna. Całą grupą pokrótce obejrzeliśmy uliczki i kamienice. W międzyczasie dotarliśmy do jedynego katolickiego kościoła w mieście, gdzie zostaliśmy zaznajomieni z historią miejsca przez ministrantów. Ponieważ nie było tam akurat żadnego miejscowego księdza, poszliśmy dalej zwiedzać starówkę. Wróciliśmy jednak o umówionej porze, by odprawić mszę, na którą przybyli także niektórzy parafianie polskiego pochodzenia :-) Potem jeszcze zjedliśmy wspólnie obiad w pobliskiej restauracji.

Po obiedzie znów mieliśmy wolny czas. Trzeba przyznać, że Tallinn robi wrażenie. Starówka w dużej mierze jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga się niesamowity widok na całą okolicę. Tak naprawdę dopiero z tej perspektywy widać całe piękno stolicy Estonii: niezliczona ilość kolorowych dachów i ścian, ciasnych kamiennych uliczek, budynki o najróżniejszych kształtach oraz port, który przyciąga wzrok szczególnie po zmroku...

Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy. Przy czym mówię tu i o czasie wolnym, i o pogodzie :-( Rozpadało się niemiłosiernie, a w dodatku zaginęły nam dwie osoby... Czekać jednak nie mogliśmy, gdyż Gary strasznie osłabł (od kilku dni dokuczał mu zakażony palec). Pojechaliśmy do szpitala, gdzie całe szczęście zrobiono, co trzeba, choć niekoniecznie tak, jak trzeba ;-) - Gary stwierdził po kilkunastu minutach od wyjścia ze szpitala, że znieczulenie dopiero zaczęło działać. Jak widać, nie tylko u nas służba zdrowia jest na nieodpowiednim poziomie :-| Tak czy siak, wszystko skończyło się dobrze - nawet nasze dwie zguby się odnalazły.

Resztę dnia spędziliśmy na przygotowaniach do wyjazdu. Podobnie jak w Rydze każdy dopieszczał swój rowerek, niektóre wymagały większej uwagi, ale nie było szczególnych powodów do narzekań. Ponadto czuliśmy już, że osiągnęliśmy już półmetek wyprawy i teraz już będziemy powoli wracali do domu...

22 lipca 2003 - wtorek

Rano nie musieliśmy się spieszyć - mieliśmy umówioną wizytę ambasadora polskiego dopiero na godzinę 10 czy 11. Całe szczęście ten ambasador nie był tak wygadany, jak ten z Rygi i udało nam się stosunkowo wcześnie wuryszyć. Zza porannych chmur wyszło słońce - zapowiadał się piękny dzień...

Od samego początku cała grupa poruszała się bardzo dobrym tempem. Jednak nie można się było tak naprawdę rozkręcić, gdyż już była pora obiadowa. W pierwszym napotkanym mieście udało się znaleźć restaurację, gdzie w czasie oczekiwania na posiłek odprawiliśmy mszę świętą. Warto wspomnieć o pewnej wyjątkowości tej mszy. Ze względu na ostatnie coraz częstsze konflikty w grupie postanowiliśmy pokazać, że jednak stanowimy jedną całość i byle spory nie są w stanie nas poróżnić na dobre. W czasie modlitwy "Ojcze nasz" wszyscy wzięliśmy się za ręcę, co sprawiło, że na twarzy księdza zagościł znowu uśmiech, prognozujący poprawę nastrojów i nastawienia wśród uczestników :-)

Tuż po obiedzie udałem się z Ewą i księdzem do miejscowego serwisu. Suport w Imbryku kategorycznie domagał się wymiany. Nie mieliśmy jednak skutecznego narzędzia... Mechanicy trochę się pomęczyli, gdyż draństwo było strasznie zapieczone. Załatwili nam dwie miski - jednej nie udało się już wykręcić i się to nie uda już nigdy stadardowymi metodami... Wbiliśmy jednak w tą pozostałą miskę nowy suport, dokręciliśmy z drugiej strony i wreszcie po długiej walce mogliśmy ruszyć w pogoni za grupą. I tu zaczęły się schody. Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie się kierować, a z ludźmi nie dało się dogadać :-( Narastał w nas niepokój, gdyż nie widzieliśmy ani grupy, ani autokaru, który miał niebawem wyruszyć za nami... Całe szczęście trafiliśmy na chłopaka, który mówił co nieco po angielsku. Uspokoił on nas i wiedzieliśmy już, że wybraliśmy dobrą drogę. Tak więc trzymając bardzo wysokie tempo (32-36km/h) po około 17km dogoniliśmy całą ferajnę.

Wkrótce po tym zarządzono postój. Zatrzymaliśmy się w jakiejś miejscowości, gdzie w pobliżu dojrzęliśmy oczko wodne. Mimo niechęci księdza, rzuciliśmy się do wody. Ja oczywiście musiałem się poślizgnąć na mokrym betonie, co zaowocowało piekną krwawą krechą na plecach :-| Ale ponieważ bólu nie czułem za bardzo, to oddałem się szaleństwom skoków z pomostu - podobnie zresztą jak inni...

Po chwili beztroskiej zabawy musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, temperatura spadła do wartości znośnych - nic dziwnego, że tempo wzrosło znacznie. Ksiądz, który wyjechał naprzód autokarem w poszukiwaniu noclegu, nie docenił naszych możliwości. Skutkowało to w tym, że pojechaliśmy około 5km za daleko, gdyż ksiądz nie zdążył wrócić, by nam powiedzieć, że należy skręcić wcześniej... Nikt się jednak zbytnio nie zmartwił, gdyż obiecano nam, że za 8km będzie przyzwoity nocleg. Tradycyjnie z 8km zrobiło się 15, z czego jakieś 6 po szutrach. Ale do tego to już zdążyliśmy się przyzwyczaić ;-)

Dotarliśmy do miejscowości Pilitsvere, gdzie udostępniono nam miejscowy dom kultury. Rozłożyliśmy się w sali teatralnej, po czym większość (poza dyżurem gospodarczym - akurat moim :-( ) udała się na boisko, by chwilę pograć w piłkę kopaną z miejscowymi. Po kolacji, gdy już było dawno ciemno, wyszliśmy do lokalnej sauny. Tam nie przymierzając, zachowaliśmy się jak rasowe blondynki, i siedzieliśmy w przedsionku nie mogąc się doczekać porządnej temperatury, podczas gdy obok była prawdziwa sauna ;-) Tak czy siak - po pewnym czasie wyszliśmy, żeby się ochłodzić - niektórzy odkryli prawdziwą saunę i powrócili jeszcze się powygrzewać. Oczywiście w międzyczasie nasze ubrania powędrowały na miejsce noclegu - nie same. Jak się można było spodziewać największy w tym udział miał Yo. Całe szczęście, że ja z Rzywym oraz Krasnal i ktoś jeszcze byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Udało nam się porozdzielać części garderoby tak, by tylko nie liczni musieli pomykać przez wieś tak, jak ich natura stworzyła...

Po powrocie obmyśliliśmy plan zemsty, która dokonała się dnia następnego...

DST: 146,7km
AVS: 25,8km/h

23 lipca 2003 - środa

Zemsta jest słodka... :-) Rano zaczailiśmy się pół godziny przed pobudką na Yoła z zamiarem zrealizowania naszych niecnych planów. Niestety, Egon coś przeczuwał, bo sen miał bardzo płytki i obudził się. Wiedział, że coś kombinujemy, jednak nie zdołał zdemaskować naszych planów. Błędem z naszej strony było to, że prawie połowa grupy wstała, by popatrzeć i jak wiadomo, szumu było zdecydowanie za dużo. Co nagle, to po diable. Poczekaliśmy kilkadziesiąt minut i nie mówiąc już nikomu udaliśmy się z Trzmielem, by dokończyć dzieła. Ja z kamerą, a on z miską pełną wody, którą udało się wylać na niespodziewającego się takiej pobudki Yoła :-) W międzyczasie wszsytkie ubrania z jego torby zostały rozdysponowane pomiędzy uczestników, zaś samą torbę wypełniliśmy drewnem. Co jak co, ale Yo nie mógł odżałować utraty "ręczników sportowych" ;-) Początkowy cel został osiągnięty - Yo miał do dyspozycji tylko swoją piżamę i buty i nic na przebranie ;-)

Dalsza część zemsty wymagała mniej zachodu, ale więcej szczęścia. Dyżur gospodarczy odpowiednio spreparował kanapki, które zawsze były oddzielnie przygotowywane dla Yoła, gdyż nie jada on masła. Pod mielonką, pasztetem i czym tam jeszcze znalazły się środki, delikatnie mówiąc, przyspieszające (znacznie) przemianę materii... Myśleliśmy, że plan spalił na panewce, gdy Yo odkrył obcą substancję w jego kanapkach. Na nasze szczęście stwierdził, że to pieprz i wkurzył się jedynie, że tyle kanapek mu przyprawiliśmy. Nie muszę dodawać, że w tym momencie wszyscy wtajemniczeni ledwo powstrzymywali dziki śmiech, wiedząc, co się święci w ciągu dnia ;-))

Nad brzegiem płytkiego jak wanna jeziora...
Mimo próśb księdza, nie oddaliśmy Yołowi jego rzeczy i postanowiliśmy go tak przetrzymać przez cały dzień. Ofiara naszej zemsty jednak wsiadła do autokaru, gdyż się źle czuła (ciekawe dlaczego? ;-)) Jazdę tego dnia rozpoczęliśmy długim odcinkiem szutrów - jak to w Estonii - długich i strasznie upierdliwych :-| Całe szczęście dotarliśmy w końcu do upragnionego asfaltu i dalej jechaliśmy bez większych problemów. Z lekka pokropiło, jednak nie przeszkodziło to nam w dalszej jeździe. Po kilkunastu kilometrach asflatu postanowiliśmy skręcić nad jezioro, które wabiło nasz wzrok od dłuższego czasu. Ale żeby nam za dobrze nie było, jeziorko miało głębokość co najwyżej pół metra i to w odległości około 500m od brzegu. Normalnie wkurzyć się można - znowu...

Na dalszą część naszej trasy Yo został oddelegowany już na rower. Oczywiście w piżamce. Ale nie byłby sobą, jeśliby nie zrobił czegoś. Tym razem postanowił przejechać się z gołym tyłkiem. Amatorów widoku nagiego Yoła uprzedzam, że fotek żadnych z tego numeru nie posiadam :-P , chyba że Olga zrobiła :-PPP , ale póki co nic mi o tym nie wiadomo.

Przez cały dzień zanosiło się na deszcz i w końcu się go doczekaliśmy. Około 20km przejechaliśmy w strugach deszczu, który dla większości nie był jednak przekleństwem, a oczekiwaną ulgą po kilkugodzinnym katowaniu w upale na szutrach. Pomykaliśmy tak sobie, aż zupełnie przemoknięci dojechaliśmy do miejscowości, gdzie czekał na nas obiad - tym razem przygotowywany przez jadących tego dnia w autokarze, gdyż nie udało się księdzu znaleźć żadnej restauracji. Po pożywczej misce ryżu z sosem ruszyliśmy dalej w znacznie uszczuplonym składzie. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o walkę z żywiołami, to tegoroczna grupa nie należała do najtwardszych :-( Na rowerach zostało jedynie 15 osób, które nie bały się stawić czoła ewentualnym opadom i podmuchom zimnego wiatru. W autokarze jechała cała reszta, wśród której był również osoby chore - żeby nie było, że wszyscy wymiękli. Aha - postanowiliśmy Yołowi dać coś na przebranie, żeby mu się nasze numery na zdrowiu nie odbiły bardziej, niż to było zaplanowane ;-)

Pogoda jednak się ustabilizowała i cały czas jechaliśmy w przyjemnym chłodku. Z racji mniejszej liczebości, grupa była znacznie bardziej mobilna i udało nam się jechać cały czas dość wysokim tempem. Teren również uległ zmianie na plus (choć niektórzy mogą mieć inne zdanie): wreszcie trzeba było powalczyć z podjazdami, które jednak zawsze kończyły się pięknymi zjazdami. Czasem trochę się pościgaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do Valgi, gdzie mieliśmy zaklepany nocleg w kościele - dosłownie, gdyż spaliśmy na posadzce w remontowanej świątyni. Dzień był dość męczący, więc pogładliśmy się spać dość wcześnie...

DST: 128km
AVS: 23,8km/h

24 lipca 2003 - czwartek

Poranek przywitał nas przenikliwym chłodem. Większość z nas wskoczyła więc w cieplejsze ciuchy, z których jeszcze przed wyjazdem się musieliśmy rozbierać. Słońce bowiem wyszło zza chmur i momentalnie zrobiło się gorąco i parno. Dość żwawo wyruszylśmy w kierunku przejścia granicznego znajdującego się mieście. Na najkorzystniejszym dla nas nie puszczono nas, gdyż po raz kolejny nie podobał się strażnikom nasz autokar :-| Pokluczyliśmy trochę po jednokierunkowych, wąskich uliczkach Valgi, aż nakładając około 15km dotarliśmy do terminalu, na którym nas odprawiono na stronę łotewską. Nie spieszono się jednak z tym za bardzo, więc straciliśmy sporo czasu i słońce zdążyło nam w tym czasie nieźle przypiec.

Zatrzymaliśmy się na dłużej tuż za przejściem z nadzieją znalezienia kantoru. Niestety nie udało się - natomiast w międzyczasie nadeszły chmury, które ostudziły zapał niektórych do dalszej jazdy - autokar znów wypełnił się po brzegi. Kiedy przestało padać, ruszyliśmy przed siebie. Niestety nie dane nam było zbyt długo jechać w spokoju. Po kilku kilometrach nadeszła burza z takim deszczem, że żadne ciuchy przeciwdeszczowe nie wytrzymywały. Przemoczeni doszczętnie musieliśmy na polecenie księdza czekać w autokarze, aż burza przejdzie. Niektórzy woleli jechać dalej, gdyż było im już obojętne, bo i tak byli przemoczeni, a przynajmniej oszczędziliby sobie marznięcia. Ale pozwolenia nie dostaliśmyna dalszą jazdę i chcąc nie chcąc - musieliśmy czekać :-(

Po burzy wypogodziło się bardzo szybko. Ksiądz ruszył z autokarem na poszukiwanie obiadu, a my na rowerkach ponownie przemierzaliśmy kolejne kilometry. Było kilka podjazdów, przy czym jeden dość długi oraz zjazd, który utkwił chyba wszystkim w pamięci. Droga opadała z dość dużej wysokości do miasta Smiltene - widoki więc były całkiem, całkiem, zaś prędkości osiągane przez niektórych imponujące :-) Ponoć widok sznuerczka rowerzystów pędzących w dół z taką prędkością był super :-)

W mieście rozłożyliśmy się na dłużej. Zjedliśmy obiad, po czym jako bonus od restauracji dostaliśmy przepyszne pączki (mniam, palce lizać :-)) Oczywiście wykorzystaliśmy pewien płot, by wysuszyć nasze rzeczy. Wyruszyliśmy także na poszukiwanie punktu wymiany walut. I tym razem nam się udało, chociaż pani z banku zakwestionowała dość dużą ilość banknotów euro :-((

Dalsza część dnia upłynęła pod znakiem dobrej pogody i urozmaiconego terenu. W dobrych nastrojach dotarliśmy do miejscowości Gulbene, gdzie z noclegiem czekał na nas już pewien ksiądz mówiący po polsku. Użyczył nam podziemi swojej świątyni jako schronienia na noc.

Tego dnia nie mieliśmy z Trzmielem wyboru i musieliśmy w końcu otworzyć serwis. Jednak ze wszystkimi usterkami uporaliśmy się dość szybko. A do zrobienia nie było mało: piasta Magdy się rozkręcała, zaś Kaśki sprzęt zaczął zawodzić na całej linii, głównie napęd. Ponadto Imbryk Ewy protestował i domagał się zajęcia się sterami i piastą. Dodatkowo Trzmiel musiał uporać się z pękniętą szprychą u Łukasza (oczywiście od strony wolnobiegu) i połamanymi pedałami Rzywej. Po zmaganiach z całym tym sprzętem postanowiliśmy spojrzeć z Trzmielem łaskawszym okiem na nasze rowerki. Doczekały się one czyściutkich łańcuchów ze świeżym FinishLinem w ogniwach oraz drobnych regulacji hamulców i przerzutek - nie musiały już się czuć wykorzystywane i odrzucone ;-)) Dodam jeszcze, że pozbyłem się swojego znaku rozpoznawczego - kibla - nie to żeby mi przeszkadzał, ale po prostu zgubiłem do niego kluczyk ;-)

DST: 119km
AVS: 25km/h

25 lipca 2003 - piątek

Ostatnio zaczęliśmy przyzwyczajać się do szutrów i dobrze, bo dzień ten rozpoczęliśmy 34km odcinkiem tradycyjnej łotewskiej szutrówki. Dobrze, że w nocy trochę popadało - przynajmniej przejeżdżające samochody nie wzbijały tumanów kurzu. Jadać nie za szybko dotarliśmy wreszcie do asfaltu. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach przejechanych w niesamowitym upale dotarliśmy do małęj stacji benzynowej, przy której zrobiliśmy posiłek, który miał nam zastąpić obiad. Ze smakiem zjedliśmy jajka sadzone z chlebem i ogórkiem, po czym udaliśmy się na huśtawkę, która była w pobliżu.

Oczywiście daliśmy czadu, a Yo najwięcej. Huśtawka trzeszczała co nie miara, gdy próbowaliśmy ją doprowadzić do poziomu. A nie było to łatwe - cała konstrukcja miała około 5-6 metrów długości. Pobujaliśmy się trochę, a potem został nagrany film przyrodniczy o życiu mrówek oraz małp człekokształtnych - w rolach głównych: Krasnal, Kuba, Olo i jeszcze paru :-)

Po wszystkich tych wygłupach i uprzątnięciu gratów gospodarczych ruszyliśmy dalej. Droga wiodła przez tereny mocno pofałdowane. Wszelkie wzniesienia inżynierowie budowniczy dróg pokonywali podobnie jak w Polsce - najkrótszą drogą na szczyt. Można sobie więc wyobrazić, że zadanie przejechania kilkudziesięciu kilometrów w takich warunkach nie należało do najłatwiejszych. Ale szczęśliwie dotarliśmy do Rezekne.

W mieście czekał już nas prawdziwy obiad oraz nocleg w polskiej szkole. Trzeba przyznać, że warunki w polskich szkołach na obczyźnie są o niebo lepsze niż w naszych rodowitych szkołach. Prysznice z gorącą wodą, duże, dobrze wyposażone sale lekcyjne oraz hale gimnastyczne to standard. Dodatkowo przed budynkiem rozpościerał się zadbany plac, na którym umiejscowiono boiska oraz plac zabaw.

Cały wieczór spędziliśmy oddając się najróżniejszym rozrywkom: była gitara, śpiewy, rozgrywki piłkarskie oraz nieśmiertelna mafia. W nocy natomiast Krasnal z Wojtkiem zyskali nowy imidż za sprawą Rzywego, Yoła i spółki, którzy grasowali po salach z pianką do golenia :-) Jak widać trudy dnia ani trochę nie odbiły się na uczestnikach :-)

DST: 94km
AVS: 24km/h

26 lipca 2003 - sobota

Na spotkaniu z biskupem w Rezekne
Sanktuarium w Aglonie
Z niewiadomych przyczyn nasz odjazd opóźnił się niemiłosiernie. Ponadto w Rezekne pojechaliśmy jeszcze do katedry, gdzie spotkaliśmy się z biskupem mówiącym po polsku. Wszystko to sprawiło, że początek jazdy wypadł w potwornym upale. Mimo niezbyt sprzyjających warunków udało nam się dość sprawnie dotrzeć do Aglony, gdzie znajduje się sanktuarium porównywane do Jasnej Góry w Polsce. Oczywiście odwiedziliśmy świątynię, po czym zjedliśmy w lokalnym barze obiad.

Przez cały czas kusił nas widok jeziora leżącego opodal. Trochę zniechęceni poprzednimi niewypałami postanowiliśmy jednak spróbować - mających nadzieję na przyzwoite warunki do pływania było niewielu. A trzeba przyznać, że tym razem nikt się nie zawiódł, chyba że ktoś z tych, którzy postanowili jednak poleżeć pod barem. Jezioro miało dość strome dno, jeśli w ogóle można w ten sposób to określić. Już po kilku metrach od brzegu kryło nas kompletnie, toteż wreszcie mogliśmy po ludzku popływać, a nie tylko moczyć nogi do kolan :-) Powygłupialiśmy się trochę i nieco zmęczeni wróciliśmy o umówionej porze na miejsce zbiórki.

Czekało nas jeszcze niecałe 60km do Dyneburgu, gdzie mieliśmy mieć nocleg. I to, co zaskoczyło mnie totalnie na tym odcinku to średnia - przez cały czas z budzików nie schodziło trzydzieści kilka :-)) Cała moja grupa, jak wiadomo żeńska, trzymała się dzielnie i mimo nieco zróżnicowanego terenu nie poddała się i poprowadziła całość w tempie iście peletonowym ;-) do samej metropolii.

W Dyneburgu czekała już na nas polonia, która skierowała nas do polskiej szkoły, również świetnie wyposażonej, choć nieco skromniej niż w Rezekne. Nie zważając na dość spore zmęczenie spowodowane wysokim tempem jazdy, rozpoczęliśmy rozgrywki w piłkę halową. Trzy zespoły walczyły zaciekle przez około godzinę, aż wszyscy zlani potem zostali wezwani na kolację, która niestety nie wynagrodziła nam całodniowego wysiłku... Do rozpracowania była bowiem ogromna ilość rozgotowanej kaszy gryczanej ze znikomą ilością sosu - bleeee, nawet największe głodomory pozostawiały resztki w swoich miskach.

Późnym wieczorem zostaliśmy jeszcze odwiedzeni przez miejscowych księży i kleryków, którzy z nielicznymi już nieśpiącymi uczestnikami pogadali sobie co nieco o Polsce, o naszych wyprawach i takich tam... Jeszcze tylko zimny prysznic (naprawdę ziiimnyyyy) i oddaliśmy się sennym marzeniom na parkiecie sali gimnastycznej.

DST: 112,5km
AVS: 25,8km/h

27 lipca 2003 - niedziela

Niedziela - dzień świąteczny. Udaliśmy się do pobliskiego kościoła na mszę polonijną. Nikt niestety nas nie uprzedził, że dyżur liturgiczny będzie musiał co nieco pograć i pośpiewać w czasie komunii. Ale nic to - gitarę szybko zorganizowałem wraz ze śpiewnikami i jak tylko cały pot ze mnie wyparował, byłem gotowy do służby. Trzeba przyznać, że się nieźle namęczyłem machając na wiośle - w kościele były prawdziwe tłumy, więc prześpiewaliśmy chyba z 5 czy 6 piosenek. Dodatkowym elementem urozmaicającym całość był mikrofon, który przystawiono mi pod sam otwór gębowy, z któego wydobywały się nieraz naprawdę dziwne dźwięki :-| Całe szczęście, że ogólny odbiór moich wypocin oraz chórku wspomagającego był pozytywny. Dzięki należą się też Karolowi, który zmienił mnie na parę minut przy gitarze - a zdążyłem się już nieźle spocić :-)

Przed szkołą polską w Dyneburgu
Po mszy zostaliśmy zaczepieni przez panią organistkę, która zajmowała się miejscowym chórem młodzieżowym, który oczywiście śpiewał po polsku. Prosiła nas o jakieś materiały muzyczne, jednak wszystko, co posiadaliśmy, to był śpiewniki z akordami, co stanowi niewystarczającą ilość, by nauczyć się nowych piosenek. A szkoda, bo mogliśmy się przyczynić do urozmaicenia nabożeństw polonii dyneburskiej...

Po powrocie do szkoły udaliśmy się jeszcze na ostatnie zakupy na terenie Łotwy. Kiedy wszyscy byli gotowi do jazdy, słońce było już naprawdę wysoko na niebie. Nie mogliśmy jednak dłużej czekać i ruszyliśmy w stronę odległego o 20km przejścia granicznego. Na miejsce dotarliśmy bardzo szybko, jednak strażnicy nie kwapili się ze sprawną odprawą grupy. Dziwne zwyczaje (bądź humory) tamtejszych służb celnych spowodowały, że straciliśmy ponad 2 godziny na przekraczaniu granicy łotewsko-litewskiej :-(( Już na terytorium Litwy zaopatrzyliśmy się w lity - miejscową walutę - i ruszyliśmy dalej.

Nie dane nam było jednak przyzwyczaić się do pedałowania, gdyż po niespełna 10km mieliśmy postój, podczas którego zjedliśmy obiad. Było już naprawdę późno, toteż czas wolny został skrócony do minimum. Jednak byliśmy zmuszeni poczekać nieco dłużej niż planowaliśmy, gdyż się rozpadało. Z nieznanych nam przyczyn ksiądz chciał uniknąć jechania w taką pogodę mimo, że czasu było coraz mniej, a kilometrów tego dnia zrobiliśmy naprawdę niewiele. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: pograliśmy sobie w mafię oraz spustoszyliśmy zapasy deserów lodowo-owocowych w restauracji, gdzie jedliśmy wcześniej obiad :-))

Dalsza droga wiodła przez górki i pagórki o najrozmaitszych kątach nachylenia. Moja maksymalna prędkość odnotowana tego dnia to 63km/h - widać więc, że płasko raczej nie było :-) Nasze opóźnienie spowodowało jednak, że dzień chylił się ku końcowi, a my nadal nie mieliśmy miejsca do spania. Gościnne miejsce znaleźliśmy dopiero w miejscowości Suginciai, gdzie użyczono nam skromnej sali gimnastycznej. Dotarliśmy tam jednak już po ciemku - około 21-22 wieczorem.

Nikt nie miał specjalnej ochoty na wygłupy, bo dzień był dość męczący. Nie ma się co dziwić więc, że wszyscy padli już przed północą.

W nocy natomiast czekały nas atrakcje, i to niezbyt przyjemne. Najpierw przez otwarte okno posypał się na nasze głowy gruz wrzucony przez podchmielonych miejscowych (całe szczęście nikomu się nic nie stało),a potem rozległ się ogromny huk. Jak się okazało jedna z rur w łazience nie wytrzymała ciśnienia i eksplodowała :-( Ksiądz wespół z Dominikiem poradzili sobie jednak dość szybko z awarią i sprzątaniem bałaganu i reszta nocy upłynęła już nam spokojnie...

DST: 97,8km
AVS: 25,15km/h

28 lipca 2003 - poniedziałek

Nowy tydzień rozpoczął się piękną pogodą. Szybko uprzatnęliśmy jakiekolwiek ślady po nocnych przygodach i zaraz po mszy św., którą odprawiliśmy w starym kościółku urządzonym jeszcze po trydencku, ruszyliśmy w drogę. Żywioły o nas sobie przypomniały i od samego rana towarzyszył nam piekielny, nie odpuszczający ani na chwilę wmordewind oraz niemiłosierny upał. Najgorsze jednak było to, że w tych ciężkich warunkach nie dane nam było jechać poprzez cywilizowane tereny - przez około 40km nie minęliśmy żadnej osady, stacji benzynowej czy jakiegokolwiek innego miejsca, w którym możnaby było uzupełnić zapasy wody :-( Radziliśmy sobie jednak całkiem nieźle - otuchy dodawał nam hicior, który właśnie tego dnia narodził się, by żyć wśród nas do końca rajdu i jeszcze dłużej - "Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem" - uczestnicy rajdu wiedzą, o co chodzi ;-)

Całe szczęście po południu dotarliśmy wreszcie do stacji benzynowej, gdzie w sklepie wstępnie się posililiśmy, a kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się już na dłużej. W trakcie czekania na obiad, obżeraliśmy się arbuzami, które sprzedawano przy drodze. Skorzystaliśmy również z niebywałego dobrodziejstwa, jakim niewątpliwie było małe jeziorko w pobliżu. Małe, ale cudne :-) Było tam wszystko, czego nam trzeba było - woda była dość ciepła, jeziorko głębokie, co w połączeniu z pomostem sprawiło, że nie mogliśmy się oszczędzać :-)

Nieźle zmęczeni zjedliśmy obiad i po dość długiej sjeście ruszyliśmy w dalszą drogę. Dodam tylko, że w czasie tego postoju poznaliśmy ciekawą parkę... koników polnych: Kubusia i Malwinkę :-)

Wjezdżamy do Wilna
Po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do rogatek stolicy Litwy - Wilna. Cyknęliśmy sobie fotkę, wprawiając w lekkie zakłopotanie kierowców (trzeba było co nieco ruch przyblokować ;-)) i pojechaliśmy dalej. Wjazd do Wilna był bardzo ciekawy - teren był z lekka pofałdowany, zaś do samego centrum ciągle się zjeżdżało :-). Oczywiście niektórzy mieli czarne wizje na temat czekających nad podjazdów przy wyjeździe z miasta, ale co to dla nas, po przejechaniu 2000km ;-) Tak więc jechaliśmy przed siebie radząc sobie całkiem przyzwoicie z dość dużym ruchem samochodowym, aż postanowiliśmy się zatrzymać na moment. Co prawda chcieliśmy zrobić postój przy supermarkecie, ale na wylotowych drogach nie spotkaliśmy żadnego :-o Zanim opuściliśmy Wilno, opuścił nas autokar z księdzem na pokładzie - tradycyjnie w poszukiwaniu noclegu. My zaś rozpoczęliśmy dość mozolne wspinanie się poza miasto :-) Nie był to wielki wyczyn, ale po tak długim rowerowaniu po płaskim nie należało to do najłatwiejszych zadań...

Drogą ekspresową opuściliśmy w końcu stolicę i po dość nudnym odcinku 20 kilku kilometrów dotarliśmy do Trok, gdzie czekał już na nas ksiądz z załatwionym noclegiem. Mieliśmy do dyspozycji kilka kilkuosobowych pokoi oraz prysznice - dla najszybszych nawet ciepłe :-) Po zakwaterowaniu się udaliśmy się do pobliskiej restauracji na kolację. Trzeba przyznać, że dyżur gospodarczy się nie napracował tego dnia (jak dobrze w takich momentach mieć ten dyżur :-P ). Naleśniki były wyśmienite, ale po takim dniu ich ilość pozostawiała nieco do życzenia :-(

W drodze powrotnej postanowiliśmy poszukać jakiegoś miejsca dla naszych rowerków, gdyż przy hoteliku, w którym nocowaliśmy nie było odpowiedniej przechowalni. Po przejechaniu Trok wszerz i wzdłuż, trafiliśmy do znajomych księdza Marka, którzy użyczyli nam własnej przestrzeni podwórkowej :-)

Resztę wieczoru jedni spędzili pod prysznicami, inni grając w mafię, a niektórzy na spacerkach po miejscowości.

DST: 108km
AVS: 22,7km/h

29 lipca 2003 - wtorek

W czasie mszy w Ostrej Bramie
Tradycyjnie już przeznaczyliśmy jeden dzień na zwiedzanie stolicy państwa, w którym się znajdowaliśmy. Rano zapakowaliśmy się w autokar i udaliśmy się do pobliskiego Wilna, gdzie rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta całą grupą. Byliśmy na cmentarzu na Rossie, na Górze Trzech Krzyży, Górze Zamkowej i obowiązkowo w Ostrej Bramie. Z obu wspomnianych gór rozciąga się piękny widok na całe Wilno pełne starych kamienic, uliczek i kościołów. Szczerze mówiąc, Wilno jest prawdziwą wizytówką Litwy - jest ono bardzo zadbane, budynki są odnowione i utrzymywane w dobrym stanie, zaś sama starówka jest naprawdę rozległa i przyjemna. Największą dla mnie niespodzianką była Ostra Brama - spodziewałem się dużego sanktuarium widocznego z daleka. Zdziwiłem się, gdy nagle skręciliśmy w bramę z jednej z głównych ulic i ksiądz kazał nam się obejrzeć do tyłu - nad nami widniał obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej :-o W życiu bym nie pomyślał, że Ostra Brama jest dobrze widoczna tylko z jednej strony, zaś z drugiej nie wyróżnia się niczym specjalnym spośród innych zabudowań...

To jest dopiero duże piwo!
Po zrobieniu paru zdjęć odprawiliśmy w sankturium mszę św. Trzeba przyznać, że miejsca tam za dużo nie było - pielgrzymi zawsze stoją na ulicy, a jedynie służba liturgiczna jest na górze bramy - my całe szczęście się zmieściliśmy. Po nabożeństwie udaliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad. Dostaliśmy tam m.in. jedno z dań narodowych Litwy - kołduny. Ponoć miały być takie cudowne, ale jak dla mnie (i nie tylko) jest to specjał zdecydowanie przereklamowany :-(

Po obiedzie podzieliliśmy się już na kilka mniejszych grupek, z których każda udała się na własną rękę na podbój miasta. Obowiązkowo należało kupić parę kartek pocztowych, a także zaliczyć lodziarnię. Z tym drugim był mały kłopocik mimo przejścia kilku kilometrów wzdłuż i wszerz starówki. Trafiliśmy w końcu na młodą kobietę, która sprzedawała lody przy ulicy i poprosiliśmy tradycyjnie każdego smaku po jednej gałce. Pani zrobiła taaaakieee oczy :-) Stwierdziła, że nie zmieści jej się to do muszelki mimo, że wcale tak dużo tych smaków nie było (zaledwie pięć). Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy każdy z nas wziął po trzy muszelki :-) Potem należało sobie opracować dość sprawną technikę jedzenia trzech lodów na raz - nie było to łatwe, ale do najtrudniejszych też nie należało.

Koniec końców wylądowaliśmy w pizzerii, gdzie siedziała już cała ferajna. Jedni już kończyli, inni zaczynali, tak jak my. Otworzyliśmy menu, a tam: 50cm pizza w przystępnej cenie!!! Długo się nie zastanawialiśmy i na stole wylądowało kilka półmetrowych placków :-) Do tego po kufelku jasnego pełnego* i... szok!!! Okazało się, że Litwini mają inne pojęcie na temat dużego piwa, które zamówiliśmy. Spodziewaliśmy się półlitrowych kufli, a otrzymaliśmy litrowe(!). Nie będę kłamał - niespodzianka była przyjemna - szkoda, że trzeba też było więcej zapłacić. Ale co tam :-) Tak więc zadanie czekało nas niełatwe - czasu niewiele, pojemność żołądków ograniczona, a tu trzeba rozpracować pizze i kufle. Hmmm - poradziliśmy sobie, ale zastanawialiśmy się, czy wstaniemy w ogóle od stołu po takim obżarstwie. Na dodatek zapragnęliśmy spróbować tamtejszych deserów: po przeliczeniu kasy i przeanalizowaniu za i przeciw zamówiliśmy kilka deserów owocowo-lodowych. Po powolnym ;-) skonsumowaniu słodyczy, ostrożnie opuściliśmy lokal i nie spiesząc się za bardzo ruszyliśmy w stronę autokaru... Nasyceni i zadowoleni opuściliśmy Wilno.

Rowerki wodne w Trokach
* dotyczy tylko pełnoletnich uczestników - w zasadzie samych studentów

W Trokach zrezygnowaliśmy już z kolacji z wiadomych przyczyn :-) Postanowiliśmy natomiast poszaleć na rowerach wodnych. Co tu dużo gadać - jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Wypożyczyliśmy kilka rowerków po promocyjnej cenie i w drogę. W planach mieliśmy wyścig: Tour de Wyspa z Zamkiem Obronnym :-) Nie wiem, kto wygrał, bo my się wlekliśmy: nie w formie byliśmy ;-) Potem zebraliśmy się całą paczką na środku jeziora i zaczęliśmy zażywać kąpieli. Woda była cieplutka, zaś zapadający zmrok sprawiał, że doświadczenie to było nadzwyczaj przyjemne i pobudzające ;-). Po godzinie wygłupów wróciliśmy na brzeg. Potem jeszcze zaliczyliśmy most pontonowy i wróciliśmy do hotelu.

I tu mieliśmy problem. księdzu mocno podpadliśmy na rowerach (za skoki do wody), ponadto ktoś z grupy rozbił jeden z rowerów. Całości dopełniła dzika zabawa na moście pontonowym. Efekt: ksiądz zapowiedział, że następnego dnia pakujemy się w autokar i wracamy do Siedlec :-o ;-( Wiele osób zauważyło, że w historii rajdów ksiądz często nam w ten sposób groził, ale nigdy jeszcze nie było to tak śmiertelnie poważne. Czując powagę sytuacji postanowiliśmy w gronie opiekunów opracować jakiś plan, dzięki któremu udałoby nam się przekonać księdza do kontynuowania rajdu. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie - szczególnie że jako opiekunowie grupy zawiedliśmy też na całej linii :-((

W grobowych nastrojach poszliśmy spać, ale najpierw ogłosiliśmy plan na początek dnia następnego - oby skuteczny...

30 lipca 2003 - środa

Rano zebraliśmy się bardzo żwawo. O 7 wszyscy stali w pełnym rynsztunku bojowym (kolarki, kaski, rękawiczki) na placu przed hotelikiem. Śniadanie było w trakcie przygotowywania. Kiedy zjawił się ksiądz zapadła cisza oraz wszyscy ustawili się w idealnym dwuszeregu (jak nigdy ;-)). Trzmiel przemówił i poruszył serca wszystkich zebranych ;-) , kilka osób dorzuciło coś jeszcze od siebie i... zobaczyliśmy łzy w księdza oczach. W tym momencie pojawiła się nadzieja, że rajd będzie trwał dalej i... tak się stało!!! :-)))))))))))))))

Odebraliśmy rowerki od znajomych księdza i opuściliśmy Troki. Nie jechało się początkowo zbyt dobrze, gdyż droga była w remoncie i koła grzęzły w świeżej smole :-( Całe szczęście nie trwało to za długo i potem ruszyliśmy z kopyta. Upał był potworny, zaś droga mocno pofalowana - mimo to średnia była naprawdę wysoka. Nie byłoby tak źle, gdyby nie to, że tempo nie było równe i grupy strasznie się rwały, co wkrótce doprowadziło do tego, że kilka osób zaprotestowało - a w zasadzie ich organizmy :-(( Zrobiliśmy dość długi odpoczynek na parkingu leśnym, po czym ruszyliśmy dalej już nieco spokojniej. Aha, w między czasie zauważyłem, że żywot swój zakończyła moja tylna felga :-( konkretnie - przetarła się już ścianka z lewej strony i ciśnienie wybiło ją na bok :-((

Następne kilkadziesiąt kilometrów jechałem na uszkodzonym rowerze mając nadzieję, że wytrzyma do wieczora. Poza tym jechało się dość dobrze, choć pogoda zaczęła zmieniać się na mniej przyjazną. Rozpoczęliśmy ucieczkę przed chmurami deszczowymi, która się powiodła :-) Na obiad zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej na rogatkach miasta Alytus. Tam też podjąłem próbę usprawnienia swojego sprzętu. Wsadziłem sobie koło Postiego (z oponą 2.5 calową) i je napompowałem. Wkurzyłem się jednak niemiłosiernie, gdyż całą moja praca poszłą na marne - wystrzeliła dętka. Nie miałem cierpliwości, by ją wymieniać, a potem znów pół godziny pompować, więc wstawiłem rower do autokaru, zaś dla siebie przystosowałem jeden z rowerów księdza.

W dalszą drogę ruszyłem już na 28" kołach. Muszę przyznać, że Unibike księdza sprawował się nieźle. Bez problemu można było utrzymywać wysoką prędkość - dopiero powyżej 40km/h dawała się we znaki turystyczna geometria sprzętu.

Dość żwawo dotarliśmy do Seirijai, gdzie początkowo planowaliśmy nocleg. Ale pora była wczesna, więc postanowiliśmy jechać dalej do granicy litewsko-polskiej. Niektórym marzyło się dotarcie do Sejn, co by oznaczało ponad 140km na rowerach tego dnia w dość ciekawym terenie... I się okazało, że marzyciele zwyciężyli - granicę w Ogrodnikach osiągnęliśmy. Niestety po naszej stronie byliśmy dość późno, gdyż odprawa się przeciągała...

Jogurcik + buła i w drogę...
Po przekroczeniu granicy odbył się tradycyjny obrzęd ucałowania ziemi ojczystej przez Krasnala oraz odśpiewania hymnu. Już po zmroku zjedliśmy drobny posiłek i ruszyliśmy przed siebie odpalając reflektory. Po kilkunastu kilometrach zobaczyliśmy majaczącą w ciemnościach sylwetkę dobrze nam znanego Jelcza, co było znakiem, że w okolicy mamy nocleg. Przypuszczenia były słuszne, gdyż po drugiej stronie drogi, za drzewami stała sobie szkoła podstawowa. Szyld na drzwiach mówił, że byliśmy w miejscowości Poćkuny. Stamtąd do Sejn jest około 5km, tak więc cel "marzycieli" został osiągniety. Swoją drogą szkoła ta była nieźle zamaskowana, bo na początku rajdu jadąc tą samą drogą jej nie zauważyliśmy...

Bardzo późną porą odprawiliśmy mszę świętą na maleńkiej sali gimnastycznej, po czym zjedliśmy kolację i udaliśmy się pod prowizoryczne prysznice. Nie była to co prawda zabawa tak przednia jak na wyspach estońskich, choć warunki równie partyzanckie. Do kąpieli służyły nam bowiem 5- i 7-litrowe baniaki na wodę. Na głowę starczały przeważnie dwa takie baniaki, także możemy mówić, że jesteśmy bardzo ekologiczni, bo oszczędzamy wodę ;-)

DST: 140km
AVS: 27km/h

31 lipca 2003 - czwartek

Rankiem znów przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie konieczny pilny serwis roweru Rzywej. Pobrudziliśmy się co nieco z Trzmielem, po czym wszyscy już pojechaliśmy, a on na miejscu kończył robotę. Tempo jazdy było przyzwoite. Pierwszy postój zrobiliśmy na stacji benzynowej gdzieś w 2/3 drogi do Augustowa. Tam też dojechał do nas Trzmiel. Spotkaliśmy również Brytyjczyka, który na swoim szosowym rowerze przemierzał Europę - nasz szlak również zaliczył. Po krótkiej konwersacji każdy ruszył w swoją stronę.

Około południa byliśmy w Augustowie, gdzie czekały nas znowu wizyty w serwisach - całe szczęście krótkie i niekoniecznie niezbędne. Tam też odprawiliśmy mszę i zjedliśmy obiad w ośrodku kolonijnym tuż nad jeziorem. Po obiadku zamiast zawiązywać sadełko oczywiście udaliśmy się nad wodę tym razem z zamiarem poskramiania kajaków. Ponadgodzinne szaleństwa spowodowały, że przydałby nam się drugi obiad :-) Niestety czasu nie było, więc nieco głodni ruszyliśmy przed siebie. Robiąc jednym rzutem ponad 30km dotarliśmy do Dolistowa, zaliczając znany już nam fragment drogi szutrowej, na którym tym razem złapał nas dość intensywny deszcz. Jednak po krótkim czasie przestało padać i pojechaliśmy dalej nie marnując czasu na zbędne postoje ;-)

Jadąc mało ruchliwymi drogami dotarliśmy w końcu do Dawidowizny. Tam w gospodarstwie agroturystycznym umożliwiono nam przenocowanie. Jedynym mankamentem było to, że z powodu burz brakowało prądu w całej okolicy. Z tego też powodu nie było ani oświetlenia, ani ciepłęj wody - ale co to dla nas ;-) Skorzystaliśmy ze stawu, który był na gospodarstwie, a następnie z piekielnie zimnego prysznica. Potem już tylko należało cierpliwie (czasem mniej) znosić "śpiewy" Trzmiela, Rzywego i Yoła, którzy następnego dnia obiecali mszę własnym wykonaniem psalmu uświetnić...

DST: 97,4km
AVS: 25,7km/h

1 sierpnia 2003 - piątek

Rano była ładna pogoda. Świetne samopoczucie psuli jedynie nasi "śpiewacy", którzy od rana męczyli psalm. Całe szczęście oddalili się w ustronne miejsce, bo inaczej to chyba ktoś by ich uszkodził ;-) Bardzo późno wyjechaliśmy z gospodarstwa, by po kilkunastu kilometrach zatrzymać się w celu odprawienia mszy świętej. I stało się: Trzmiel, Rzywy i Yo rozbawili, ale i zadziwili wszystkich (szczególnie Trzmiel w za krótkiej albie) i wreszcie był spokój :-))

Do tego momentu mieliśmy bardzo duże opóźnienie - przed nami jeszcze było wiele kilometrów, a czas naglił. Ruszyliśmy więc przed siebie pilotowani przez Krasnala. Wybierał on mało ruchliwe, ale i nie za gęsto zamieszkane drogi, co sprawiało, że jechało się dość nudno, a i zatrzymywać się nie było za bardzo po co. Tempo było poniżej przeciętnej, ale do przyjęcia. Jedynie piekielny upał dawał się we znaki.

Tak naprawdę rozrywki dostarczył nam duet z "czwartej" grupy. Trzmiel postanowił wyciąć numer Kaśce i schował się gdzieś po postoju na obiad. Nam zaś kazał mówić, że pojechał w autokarze na zakupy. Skutkiem tego było to, że Kaśka przekonana, że Trzmiela nie ma na końcu, musiała jechać tempem reszty grupy i ku zdziwieniu wszystkich dawała sobie z tym nieźle radę. Oczywiście Trzmiel z tyłu był, tyle że jakiś kilometr za grupą. Na jakichś postojach dowoziliśmy mu jedzenie tak, by Kaśka go nie zobaczyła. Gdyby wiedział wcześniej, że Kaśka poradzi sobie bez niego, to pewnie "czwarta" grupa by nie istniała ;-P

Wszystko się w końcu wydało w Czyżewie, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Sal parafialnych użyczyli nam miejscowi księża. Umożliwili nam również pierwszy i ostatni prawdziwy, tradycyjny szlaufik wieczorem. Potem już tylko gra w mafię, kolacja, trochę śpiewów i ostatnia noc rajdowa w tym roku...

DST: 102km
AVS: 24,3km/h

2 sierpnia 2003 - sobota

Ostatni wspólny rajdowy poranek. Ostatnie prace poszczególnych dyżurów, msza św. w miejscowym kościele i w drogę. Warunki nie były idealne do jazdy, ale nikt tym się za bardzo nie przejmował - każdy czuł już zbliżający się koniec wyprawy. Jechało się dość nudno, bo nikt nie był skory do rozmów. Tempo było równe, choć nie najwyższych lotów.

To takie charakterystyczne "otępienie" przerwane zostało dopiero w Sterdyniu, gdzie postanowiliśmy rozegrać jedną z ostatnich partii w mafię - na zmienionych nieco zasadach. W zabawie wzięła udział większość grupy, co spowodowało, że gra się trochę przeciągnęła ku niezadowoleniu tych niegrających.

Następny postój odbył się w Sokołowie Podlaskim. Jednak po drodze zdarzyła się kraksa spowodowana rozluźnieniem, brakiem skupienia i nie wiadomo czym jeszcze. Zawsze coś takiego dzieje się ostatniego dnia rajdu - tym razem ucierpiała Olga, Kaśka i Brutus. Całe szczęście skończyło się jedynie na otarciach i łzach... Wracając do Sokołowa - tam rozłożyliśmy się na skwerze miejskim. Obskoczyliśmy okoliczne lodziarnie i stragany z owocami. Postój był dość długi, gdyż dotarliśmy tam stosunkowo wcześnie, zaś oficjalne powitanie w Siedlcach było umówione dopiero za kilka godzin.

Powoli wyruszyliśmy w końcu z Sokołowa mając w zapasie dwie godziny, co jest zapasem znacznie na wyrost jak na odcienek 35km - szczególnie ostatniego dnia. Po drodze dojechał do nas jednoosobowy komitet powitalny w osobie Maćka "maniakaMTB", który wyjechał na rowerku nam na spotkanie. W okolicach Woli Suchożebrskiej zatrzymaliśmy się ponownie - tym razem na ostatnią rozgrywkę w mafię. Potem już bez dalszego ociągania dojeżdżaliśmy do Siedlec.

Pożegnalne zdjęcie grupowe
Przez ostatnie kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam samochody co bardziej niecierpliwych rodziców, któzy nie mogli doczekać się swoich pociech. Robili nam zdjęcia, filmowali nas i stwarzali dość duże zagrożenie ruchu pojazdów ;-P Do miasta wjechaliśmy tuż przed godziną 16.

Pod pomnikiem papieża na pl. Sikorskiego - czyli w tradycyjnym miejscu - czekali na nas rodzice, przedstawiciele Królówki, przyjaciele i znajomi. Po krótkich mowach powitalno-pochwalnych udaliśmy się pod kaplicę Matki Bożej Kodeńskiej, skąd cztery tygodnie wcześniej ruszaliśmy na naszą wyprawę. Jeszcze tylko rozpakowanie gratów z autokaru, wstępne uporządkowanie rzeczy i nadszedł czas pożegnania :-( Teraz zamiast twardych posadzek kościołów, szkół i sal gimnastycznych czekały na nas mięciutkie, cieplutkie łóżeczka. Zamiast przeraźliwie zimnej wody ze studni - ciepła woda w prysznicu lub wannie. Zamiast co wieczornej rozgrywki w mafię - długie opowiadania rodzinie o rajdzie. Zamiast babrania się w smarach w serwisie - pliot w rękę i przerzucanie kanałów w telewizorze :-P Ech, i jak tu żyć? ;-)

DST: 80,5km
AVS: 24,7km/h

Najpierw trochę liczb...

W sumie przejechaliśmy na rowerach 2410km, jednak dystans całkowity był większy z uwagi na kilka podwózek autokarem.
Na rowerach spędziliśmy 23 dni + 4 dni, które przeznaczone były na zwiedzanie stolic państw.
Sama jazda zajęła nam około 98h 39min, co daje średnią samej jazdy równą 24,4km/h - tak więc całkiem nieźle.
Dziennie przejeżdżaliśmy średnio około 104,8km w czasie około 4h 17min.
Wyniki te nie uwzględniają postojów - tylko sama jazda.

Najkrótszy dzienny dystans: 26,7km 18 lipca na Hiumie. Krasnal z Dominikiem zrobili więcej, bo udali się do latarni morskiej.
Najdłuższy dzienny dystans: 146,7km, odcinek Tallin-Pilitsvere, 22 lipca.
Najniższa średnia prędkość jazdy: 18,9km/h, odcinek Jelgava-Ryga, 13 lipca.
Najwyższa średnia prędkość jazdy: 27km/h, odcinek Troki-Poćkuny, 30 lipca.
Najdłuższy odcinek zrobiony na raz: około 40km ze średnią ponad 26km/h z Audru w Estonii.

A teraz bardziej subiektywne dane...

Najbardziej upierdliwy odcinek: 17 lipca, 30km paskudnych szutrów na Saremie.
Najprzyjemniejszy odcinek: chyba ostatnie 20 kilka km do Lasdijas na Litwie. Na księdzowym Unibike rozbujałem grupę do 40km/h i nikt nie odpadł :-)
Najgorsze kąpielisko: zdecydowanie Häädemeste. Kilka kilometrów po bagnach, po to by zamoczyć nogi po kolana :-(
Najlepsze kąpielisko: typów jest kilka- Aglona, jeziorko tuż przed Wilnem i oczko wodne za Tallinem

Największe wygłupy: poskramianie liny gdzieś na trasie Ryga-Salacgriva.
Charakterystyczny numer Yoła: zabieranie ubrań.
Największa niespodzianka: psalm Trzmiela, Rzywego i Yoła.

Jesli masz jakieś propozycje, by tutaj coś upamiętnić, to pisz do mnie.

Teraz parę słów o jeździe...

Tegoroczny rajd nie zapowiadał się dość ciężki kondycyjnie z uwagi na nizinny charakter trasy. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę silnych wiatrów, które jeśli wiały, to zawsze prosto w twarz, przez co nieraz byliśmy wykończeni. Trasa nie była zbyt urozmaicona - najnudniejsze odcinki prowadziły wzdłuż wybrzeża Bałtyku, całe szczęście można było robić postoje i korzystać z dobrodziejstw morza. Ciekawiej zrobiło się dopiero w drodze powrotnej, kiedy to uświadczyliśmy dość znacznie pofałdowanego terenu, czego niektórzy chyba się w ogóle nie spodziewali.

Drogi w Polsce jakie są, każdy widzi. Na Litwie wiele arterii jest w przebudowie, w budowie, bądź w gruntownym remoncie. Nie brakuje jednak dróg kiepskiej jakości. Kierowcy raczej niesprawiający problemów. Łotwa to już kraj o dużo większej kulturze poruszania się po drogach, które z kolei nie były najwyższych lotów. Największe niespodzianki czekały jednak w Estonii: po pierwsze bardzo rzadkie zaludnienie, po drugie duże poważanie rowerzystów na drogach. Same trakty to z kolei albo świetnie utrzymane asfaltówki o niezbyt imponujących rozmiarach, co jednak z uwagi na małe natężenie ruchu nie stanowiło problemu, albo paskudne drogi szutrowe niejednokrotnie ze statusem dróg krajowych.


Koniec smutów - czyli co można było usłyszeć na rajdzie...

"Jakie dobre kanapki z pieprzem" - Yo, gdy spostrzegł, że przyprawiliśmy mu kanapki w Pilitsvere - jednak to nie był pieprz ;-)

"Co ty gadasz?" - uniwersalny komentarz Postiego, żeby do końca zrozumieć - trzeba usłyszeć

"Z jakiej ty szkoły jesteś?" - pytanie-krytyka, szczególnie jedna osoba często to słyszała :-)

No i oczywiście jeszcze jeden uniwersalny komentarz, podobnie jak poprzedni, dotyczył głównie jednej osoby ;-)
"Twój dzień - twoja woda" - ewentualnie: "jego dzień - jego woda" ;-)

Nie zabrakło także komentarzy na temat osiągnięć Karola:
Yo:"Karol, ładna średnia?" - w ręku licznik, na którym widnieje ponad 27km/h - "Mogę już z tobą jeździć?"

Rzywy: "Ale ta krowa brązowa!? Ale ona się musiała długo opalać!..."

Szczegółowe odpowiedzi na pytania spotkanych ludzi:
Ktoś: "Gdzie śpicie?"
Trzmiel: "Gdzie popadnie..."

Ktoś z czwartej grupy ;-) :"Ale ty mi dobrze robisz..."

Rano przed wyjazdem. Znów grupa czwarta: "Zapał, pewnie się długo nie zobaczymy. Życzę ci miłej jazdy."

Każdy opiekun grupy (choć nie tylko) o tym marzy ;-)
Emilia: "O której chcesz nas wszystkie mieć?"

Problemy nad doborem menu szybko były zażegnywane...
Rzywy: "I tak z tego gówno będzie!"

Rzywa o sobie: "Pół godziny dla słoniny" - to taka prośba do Trzmiela ;-)

Jakieś trudności?
Rzywa: "Proste jak pierdnięcie w mąkę (czesanie barana)!"

"Ja mam dopiero 19 lat i robiłem to pierwszy raz..." - Rzywy o... psalmie ;-)

O czymś zapomniałem? Pisz do mnie
Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach