28 lipca 2003 - poniedziałek

Nowy tydzień rozpoczął się piękną pogodą. Szybko uprzatnęliśmy jakiekolwiek ślady po nocnych przygodach i zaraz po mszy św., którą odprawiliśmy w starym kościółku urządzonym jeszcze po trydencku, ruszyliśmy w drogę. Żywioły o nas sobie przypomniały i od samego rana towarzyszył nam piekielny, nie odpuszczający ani na chwilę wmordewind oraz niemiłosierny upał. Najgorsze jednak było to, że w tych ciężkich warunkach nie dane nam było jechać poprzez cywilizowane tereny - przez około 40km nie minęliśmy żadnej osady, stacji benzynowej czy jakiegokolwiek innego miejsca, w którym możnaby było uzupełnić zapasy wody :-( Radziliśmy sobie jednak całkiem nieźle - otuchy dodawał nam hicior, który właśnie tego dnia narodził się, by żyć wśród nas do końca rajdu i jeszcze dłużej - "Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem" - uczestnicy rajdu wiedzą, o co chodzi ;-)

Całe szczęście po południu dotarliśmy wreszcie do stacji benzynowej, gdzie w sklepie wstępnie się posililiśmy, a kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się już na dłużej. W trakcie czekania na obiad, obżeraliśmy się arbuzami, które sprzedawano przy drodze. Skorzystaliśmy również z niebywałego dobrodziejstwa, jakim niewątpliwie było małe jeziorko w pobliżu. Małe, ale cudne :-) Było tam wszystko, czego nam trzeba było - woda była dość ciepła, jeziorko głębokie, co w połączeniu z pomostem sprawiło, że nie mogliśmy się oszczędzać :-)

Nieźle zmęczeni zjedliśmy obiad i po dość długiej sjeście ruszyliśmy w dalszą drogę. Dodam tylko, że w czasie tego postoju poznaliśmy ciekawą parkę... koników polnych: Kubusia i Malwinkę :-)

Wjezdżamy do Wilna
Po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do rogatek stolicy Litwy - Wilna. Cyknęliśmy sobie fotkę, wprawiając w lekkie zakłopotanie kierowców (trzeba było co nieco ruch przyblokować ;-)) i pojechaliśmy dalej. Wjazd do Wilna był bardzo ciekawy - teren był z lekka pofałdowany, zaś do samego centrum ciągle się zjeżdżało :-). Oczywiście niektórzy mieli czarne wizje na temat czekających nad podjazdów przy wyjeździe z miasta, ale co to dla nas, po przejechaniu 2000km ;-) Tak więc jechaliśmy przed siebie radząc sobie całkiem przyzwoicie z dość dużym ruchem samochodowym, aż postanowiliśmy się zatrzymać na moment. Co prawda chcieliśmy zrobić postój przy supermarkecie, ale na wylotowych drogach nie spotkaliśmy żadnego :-o Zanim opuściliśmy Wilno, opuścił nas autokar z księdzem na pokładzie - tradycyjnie w poszukiwaniu noclegu. My zaś rozpoczęliśmy dość mozolne wspinanie się poza miasto :-) Nie był to wielki wyczyn, ale po tak długim rowerowaniu po płaskim nie należało to do najłatwiejszych zadań...

Drogą ekspresową opuściliśmy w końcu stolicę i po dość nudnym odcinku 20 kilku kilometrów dotarliśmy do Trok, gdzie czekał już na nas ksiądz z załatwionym noclegiem. Mieliśmy do dyspozycji kilka kilkuosobowych pokoi oraz prysznice - dla najszybszych nawet ciepłe :-) Po zakwaterowaniu się udaliśmy się do pobliskiej restauracji na kolację. Trzeba przyznać, że dyżur gospodarczy się nie napracował tego dnia (jak dobrze w takich momentach mieć ten dyżur :-P ). Naleśniki były wyśmienite, ale po takim dniu ich ilość pozostawiała nieco do życzenia :-(

W drodze powrotnej postanowiliśmy poszukać jakiegoś miejsca dla naszych rowerków, gdyż przy hoteliku, w którym nocowaliśmy nie było odpowiedniej przechowalni. Po przejechaniu Trok wszerz i wzdłuż, trafiliśmy do znajomych księdza Marka, którzy użyczyli nam własnej przestrzeni podwórkowej :-)

Resztę wieczoru jedni spędzili pod prysznicami, inni grając w mafię, a niektórzy na spacerkach po miejscowości.

DST: 108km
AVS: 22,7km/h

29 lipca 2003 - wtorek

W czasie mszy w Ostrej Bramie
Tradycyjnie już przeznaczyliśmy jeden dzień na zwiedzanie stolicy państwa, w którym się znajdowaliśmy. Rano zapakowaliśmy się w autokar i udaliśmy się do pobliskiego Wilna, gdzie rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta całą grupą. Byliśmy na cmentarzu na Rossie, na Górze Trzech Krzyży, Górze Zamkowej i obowiązkowo w Ostrej Bramie. Z obu wspomnianych gór rozciąga się piękny widok na całe Wilno pełne starych kamienic, uliczek i kościołów. Szczerze mówiąc, Wilno jest prawdziwą wizytówką Litwy - jest ono bardzo zadbane, budynki są odnowione i utrzymywane w dobrym stanie, zaś sama starówka jest naprawdę rozległa i przyjemna. Największą dla mnie niespodzianką była Ostra Brama - spodziewałem się dużego sanktuarium widocznego z daleka. Zdziwiłem się, gdy nagle skręciliśmy w bramę z jednej z głównych ulic i ksiądz kazał nam się obejrzeć do tyłu - nad nami widniał obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej :-o W życiu bym nie pomyślał, że Ostra Brama jest dobrze widoczna tylko z jednej strony, zaś z drugiej nie wyróżnia się niczym specjalnym spośród innych zabudowań...

To jest dopiero duże piwo!
Po zrobieniu paru zdjęć odprawiliśmy w sankturium mszę św. Trzeba przyznać, że miejsca tam za dużo nie było - pielgrzymi zawsze stoją na ulicy, a jedynie służba liturgiczna jest na górze bramy - my całe szczęście się zmieściliśmy. Po nabożeństwie udaliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad. Dostaliśmy tam m.in. jedno z dań narodowych Litwy - kołduny. Ponoć miały być takie cudowne, ale jak dla mnie (i nie tylko) jest to specjał zdecydowanie przereklamowany :-(

Po obiedzie podzieliliśmy się już na kilka mniejszych grupek, z których każda udała się na własną rękę na podbój miasta. Obowiązkowo należało kupić parę kartek pocztowych, a także zaliczyć lodziarnię. Z tym drugim był mały kłopocik mimo przejścia kilku kilometrów wzdłuż i wszerz starówki. Trafiliśmy w końcu na młodą kobietę, która sprzedawała lody przy ulicy i poprosiliśmy tradycyjnie każdego smaku po jednej gałce. Pani zrobiła taaaakieee oczy :-) Stwierdziła, że nie zmieści jej się to do muszelki mimo, że wcale tak dużo tych smaków nie było (zaledwie pięć). Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy każdy z nas wziął po trzy muszelki :-) Potem należało sobie opracować dość sprawną technikę jedzenia trzech lodów na raz - nie było to łatwe, ale do najtrudniejszych też nie należało.

Koniec końców wylądowaliśmy w pizzerii, gdzie siedziała już cała ferajna. Jedni już kończyli, inni zaczynali, tak jak my. Otworzyliśmy menu, a tam: 50cm pizza w przystępnej cenie!!! Długo się nie zastanawialiśmy i na stole wylądowało kilka półmetrowych placków :-) Do tego po kufelku jasnego pełnego* i... szok!!! Okazało się, że Litwini mają inne pojęcie na temat dużego piwa, które zamówiliśmy. Spodziewaliśmy się półlitrowych kufli, a otrzymaliśmy litrowe(!). Nie będę kłamał - niespodzianka była przyjemna - szkoda, że trzeba też było więcej zapłacić. Ale co tam :-) Tak więc zadanie czekało nas niełatwe - czasu niewiele, pojemność żołądków ograniczona, a tu trzeba rozpracować pizze i kufle. Hmmm - poradziliśmy sobie, ale zastanawialiśmy się, czy wstaniemy w ogóle od stołu po takim obżarstwie. Na dodatek zapragnęliśmy spróbować tamtejszych deserów: po przeliczeniu kasy i przeanalizowaniu za i przeciw zamówiliśmy kilka deserów owocowo-lodowych. Po powolnym ;-) skonsumowaniu słodyczy, ostrożnie opuściliśmy lokal i nie spiesząc się za bardzo ruszyliśmy w stronę autokaru... Nasyceni i zadowoleni opuściliśmy Wilno.

Rowerki wodne w Trokach
* dotyczy tylko pełnoletnich uczestników - w zasadzie samych studentów

W Trokach zrezygnowaliśmy już z kolacji z wiadomych przyczyn :-) Postanowiliśmy natomiast poszaleć na rowerach wodnych. Co tu dużo gadać - jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Wypożyczyliśmy kilka rowerków po promocyjnej cenie i w drogę. W planach mieliśmy wyścig: Tour de Wyspa z Zamkiem Obronnym :-) Nie wiem, kto wygrał, bo my się wlekliśmy: nie w formie byliśmy ;-) Potem zebraliśmy się całą paczką na środku jeziora i zaczęliśmy zażywać kąpieli. Woda była cieplutka, zaś zapadający zmrok sprawiał, że doświadczenie to było nadzwyczaj przyjemne i pobudzające ;-). Po godzinie wygłupów wróciliśmy na brzeg. Potem jeszcze zaliczyliśmy most pontonowy i wróciliśmy do hotelu.

I tu mieliśmy problem. księdzu mocno podpadliśmy na rowerach (za skoki do wody), ponadto ktoś z grupy rozbił jeden z rowerów. Całości dopełniła dzika zabawa na moście pontonowym. Efekt: ksiądz zapowiedział, że następnego dnia pakujemy się w autokar i wracamy do Siedlec :-o ;-( Wiele osób zauważyło, że w historii rajdów ksiądz często nam w ten sposób groził, ale nigdy jeszcze nie było to tak śmiertelnie poważne. Czując powagę sytuacji postanowiliśmy w gronie opiekunów opracować jakiś plan, dzięki któremu udałoby nam się przekonać księdza do kontynuowania rajdu. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie - szczególnie że jako opiekunowie grupy zawiedliśmy też na całej linii :-((

W grobowych nastrojach poszliśmy spać, ale najpierw ogłosiliśmy plan na początek dnia następnego - oby skuteczny...

30 lipca 2003 - środa

Rano zebraliśmy się bardzo żwawo. O 7 wszyscy stali w pełnym rynsztunku bojowym (kolarki, kaski, rękawiczki) na placu przed hotelikiem. Śniadanie było w trakcie przygotowywania. Kiedy zjawił się ksiądz zapadła cisza oraz wszyscy ustawili się w idealnym dwuszeregu (jak nigdy ;-)). Trzmiel przemówił i poruszył serca wszystkich zebranych ;-) , kilka osób dorzuciło coś jeszcze od siebie i... zobaczyliśmy łzy w księdza oczach. W tym momencie pojawiła się nadzieja, że rajd będzie trwał dalej i... tak się stało!!! :-)))))))))))))))

Odebraliśmy rowerki od znajomych księdza i opuściliśmy Troki. Nie jechało się początkowo zbyt dobrze, gdyż droga była w remoncie i koła grzęzły w świeżej smole :-( Całe szczęście nie trwało to za długo i potem ruszyliśmy z kopyta. Upał był potworny, zaś droga mocno pofalowana - mimo to średnia była naprawdę wysoka. Nie byłoby tak źle, gdyby nie to, że tempo nie było równe i grupy strasznie się rwały, co wkrótce doprowadziło do tego, że kilka osób zaprotestowało - a w zasadzie ich organizmy :-(( Zrobiliśmy dość długi odpoczynek na parkingu leśnym, po czym ruszyliśmy dalej już nieco spokojniej. Aha, w między czasie zauważyłem, że żywot swój zakończyła moja tylna felga :-( konkretnie - przetarła się już ścianka z lewej strony i ciśnienie wybiło ją na bok :-((

Następne kilkadziesiąt kilometrów jechałem na uszkodzonym rowerze mając nadzieję, że wytrzyma do wieczora. Poza tym jechało się dość dobrze, choć pogoda zaczęła zmieniać się na mniej przyjazną. Rozpoczęliśmy ucieczkę przed chmurami deszczowymi, która się powiodła :-) Na obiad zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej na rogatkach miasta Alytus. Tam też podjąłem próbę usprawnienia swojego sprzętu. Wsadziłem sobie koło Postiego (z oponą 2.5 calową) i je napompowałem. Wkurzyłem się jednak niemiłosiernie, gdyż całą moja praca poszłą na marne - wystrzeliła dętka. Nie miałem cierpliwości, by ją wymieniać, a potem znów pół godziny pompować, więc wstawiłem rower do autokaru, zaś dla siebie przystosowałem jeden z rowerów księdza.

W dalszą drogę ruszyłem już na 28" kołach. Muszę przyznać, że Unibike księdza sprawował się nieźle. Bez problemu można było utrzymywać wysoką prędkość - dopiero powyżej 40km/h dawała się we znaki turystyczna geometria sprzętu.

Dość żwawo dotarliśmy do Seirijai, gdzie początkowo planowaliśmy nocleg. Ale pora była wczesna, więc postanowiliśmy jechać dalej do granicy litewsko-polskiej. Niektórym marzyło się dotarcie do Sejn, co by oznaczało ponad 140km na rowerach tego dnia w dość ciekawym terenie... I się okazało, że marzyciele zwyciężyli - granicę w Ogrodnikach osiągnęliśmy. Niestety po naszej stronie byliśmy dość późno, gdyż odprawa się przeciągała...

Jogurcik + buła i w drogę...
Po przekroczeniu granicy odbył się tradycyjny obrzęd ucałowania ziemi ojczystej przez Krasnala oraz odśpiewania hymnu. Już po zmroku zjedliśmy drobny posiłek i ruszyliśmy przed siebie odpalając reflektory. Po kilkunastu kilometrach zobaczyliśmy majaczącą w ciemnościach sylwetkę dobrze nam znanego Jelcza, co było znakiem, że w okolicy mamy nocleg. Przypuszczenia były słuszne, gdyż po drugiej stronie drogi, za drzewami stała sobie szkoła podstawowa. Szyld na drzwiach mówił, że byliśmy w miejscowości Poćkuny. Stamtąd do Sejn jest około 5km, tak więc cel "marzycieli" został osiągniety. Swoją drogą szkoła ta była nieźle zamaskowana, bo na początku rajdu jadąc tą samą drogą jej nie zauważyliśmy...

Bardzo późną porą odprawiliśmy mszę świętą na maleńkiej sali gimnastycznej, po czym zjedliśmy kolację i udaliśmy się pod prowizoryczne prysznice. Nie była to co prawda zabawa tak przednia jak na wyspach estońskich, choć warunki równie partyzanckie. Do kąpieli służyły nam bowiem 5- i 7-litrowe baniaki na wodę. Na głowę starczały przeważnie dwa takie baniaki, także możemy mówić, że jesteśmy bardzo ekologiczni, bo oszczędzamy wodę ;-)

DST: 140km
AVS: 27km/h

31 lipca 2003 - czwartek

Rankiem znów przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie konieczny pilny serwis roweru Rzywej. Pobrudziliśmy się co nieco z Trzmielem, po czym wszyscy już pojechaliśmy, a on na miejscu kończył robotę. Tempo jazdy było przyzwoite. Pierwszy postój zrobiliśmy na stacji benzynowej gdzieś w 2/3 drogi do Augustowa. Tam też dojechał do nas Trzmiel. Spotkaliśmy również Brytyjczyka, który na swoim szosowym rowerze przemierzał Europę - nasz szlak również zaliczył. Po krótkiej konwersacji każdy ruszył w swoją stronę.

Około południa byliśmy w Augustowie, gdzie czekały nas znowu wizyty w serwisach - całe szczęście krótkie i niekoniecznie niezbędne. Tam też odprawiliśmy mszę i zjedliśmy obiad w ośrodku kolonijnym tuż nad jeziorem. Po obiadku zamiast zawiązywać sadełko oczywiście udaliśmy się nad wodę tym razem z zamiarem poskramiania kajaków. Ponadgodzinne szaleństwa spowodowały, że przydałby nam się drugi obiad :-) Niestety czasu nie było, więc nieco głodni ruszyliśmy przed siebie. Robiąc jednym rzutem ponad 30km dotarliśmy do Dolistowa, zaliczając znany już nam fragment drogi szutrowej, na którym tym razem złapał nas dość intensywny deszcz. Jednak po krótkim czasie przestało padać i pojechaliśmy dalej nie marnując czasu na zbędne postoje ;-)

Jadąc mało ruchliwymi drogami dotarliśmy w końcu do Dawidowizny. Tam w gospodarstwie agroturystycznym umożliwiono nam przenocowanie. Jedynym mankamentem było to, że z powodu burz brakowało prądu w całej okolicy. Z tego też powodu nie było ani oświetlenia, ani ciepłęj wody - ale co to dla nas ;-) Skorzystaliśmy ze stawu, który był na gospodarstwie, a następnie z piekielnie zimnego prysznica. Potem już tylko należało cierpliwie (czasem mniej) znosić "śpiewy" Trzmiela, Rzywego i Yoła, którzy następnego dnia obiecali mszę własnym wykonaniem psalmu uświetnić...

DST: 97,4km
AVS: 25,7km/h

1 sierpnia 2003 - piątek

Rano była ładna pogoda. Świetne samopoczucie psuli jedynie nasi "śpiewacy", którzy od rana męczyli psalm. Całe szczęście oddalili się w ustronne miejsce, bo inaczej to chyba ktoś by ich uszkodził ;-) Bardzo późno wyjechaliśmy z gospodarstwa, by po kilkunastu kilometrach zatrzymać się w celu odprawienia mszy świętej. I stało się: Trzmiel, Rzywy i Yo rozbawili, ale i zadziwili wszystkich (szczególnie Trzmiel w za krótkiej albie) i wreszcie był spokój :-))

Do tego momentu mieliśmy bardzo duże opóźnienie - przed nami jeszcze było wiele kilometrów, a czas naglił. Ruszyliśmy więc przed siebie pilotowani przez Krasnala. Wybierał on mało ruchliwe, ale i nie za gęsto zamieszkane drogi, co sprawiało, że jechało się dość nudno, a i zatrzymywać się nie było za bardzo po co. Tempo było poniżej przeciętnej, ale do przyjęcia. Jedynie piekielny upał dawał się we znaki.

Tak naprawdę rozrywki dostarczył nam duet z "czwartej" grupy. Trzmiel postanowił wyciąć numer Kaśce i schował się gdzieś po postoju na obiad. Nam zaś kazał mówić, że pojechał w autokarze na zakupy. Skutkiem tego było to, że Kaśka przekonana, że Trzmiela nie ma na końcu, musiała jechać tempem reszty grupy i ku zdziwieniu wszystkich dawała sobie z tym nieźle radę. Oczywiście Trzmiel z tyłu był, tyle że jakiś kilometr za grupą. Na jakichś postojach dowoziliśmy mu jedzenie tak, by Kaśka go nie zobaczyła. Gdyby wiedział wcześniej, że Kaśka poradzi sobie bez niego, to pewnie "czwarta" grupa by nie istniała ;-P

Wszystko się w końcu wydało w Czyżewie, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Sal parafialnych użyczyli nam miejscowi księża. Umożliwili nam również pierwszy i ostatni prawdziwy, tradycyjny szlaufik wieczorem. Potem już tylko gra w mafię, kolacja, trochę śpiewów i ostatnia noc rajdowa w tym roku...

DST: 102km
AVS: 24,3km/h

2 sierpnia 2003 - sobota

Ostatni wspólny rajdowy poranek. Ostatnie prace poszczególnych dyżurów, msza św. w miejscowym kościele i w drogę. Warunki nie były idealne do jazdy, ale nikt tym się za bardzo nie przejmował - każdy czuł już zbliżający się koniec wyprawy. Jechało się dość nudno, bo nikt nie był skory do rozmów. Tempo było równe, choć nie najwyższych lotów.

To takie charakterystyczne "otępienie" przerwane zostało dopiero w Sterdyniu, gdzie postanowiliśmy rozegrać jedną z ostatnich partii w mafię - na zmienionych nieco zasadach. W zabawie wzięła udział większość grupy, co spowodowało, że gra się trochę przeciągnęła ku niezadowoleniu tych niegrających.

Następny postój odbył się w Sokołowie Podlaskim. Jednak po drodze zdarzyła się kraksa spowodowana rozluźnieniem, brakiem skupienia i nie wiadomo czym jeszcze. Zawsze coś takiego dzieje się ostatniego dnia rajdu - tym razem ucierpiała Olga, Kaśka i Brutus. Całe szczęście skończyło się jedynie na otarciach i łzach... Wracając do Sokołowa - tam rozłożyliśmy się na skwerze miejskim. Obskoczyliśmy okoliczne lodziarnie i stragany z owocami. Postój był dość długi, gdyż dotarliśmy tam stosunkowo wcześnie, zaś oficjalne powitanie w Siedlcach było umówione dopiero za kilka godzin.

Powoli wyruszyliśmy w końcu z Sokołowa mając w zapasie dwie godziny, co jest zapasem znacznie na wyrost jak na odcienek 35km - szczególnie ostatniego dnia. Po drodze dojechał do nas jednoosobowy komitet powitalny w osobie Maćka "maniakaMTB", który wyjechał na rowerku nam na spotkanie. W okolicach Woli Suchożebrskiej zatrzymaliśmy się ponownie - tym razem na ostatnią rozgrywkę w mafię. Potem już bez dalszego ociągania dojeżdżaliśmy do Siedlec.

Pożegnalne zdjęcie grupowe
Przez ostatnie kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam samochody co bardziej niecierpliwych rodziców, któzy nie mogli doczekać się swoich pociech. Robili nam zdjęcia, filmowali nas i stwarzali dość duże zagrożenie ruchu pojazdów ;-P Do miasta wjechaliśmy tuż przed godziną 16.

Pod pomnikiem papieża na pl. Sikorskiego - czyli w tradycyjnym miejscu - czekali na nas rodzice, przedstawiciele Królówki, przyjaciele i znajomi. Po krótkich mowach powitalno-pochwalnych udaliśmy się pod kaplicę Matki Bożej Kodeńskiej, skąd cztery tygodnie wcześniej ruszaliśmy na naszą wyprawę. Jeszcze tylko rozpakowanie gratów z autokaru, wstępne uporządkowanie rzeczy i nadszedł czas pożegnania :-( Teraz zamiast twardych posadzek kościołów, szkół i sal gimnastycznych czekały na nas mięciutkie, cieplutkie łóżeczka. Zamiast przeraźliwie zimnej wody ze studni - ciepła woda w prysznicu lub wannie. Zamiast co wieczornej rozgrywki w mafię - długie opowiadania rodzinie o rajdzie. Zamiast babrania się w smarach w serwisie - pliot w rękę i przerzucanie kanałów w telewizorze :-P Ech, i jak tu żyć? ;-)

DST: 80,5km
AVS: 24,7km/h
Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach