14 lipca 2003 - poniedziałek

W ambsadzie polskiej w Rydze
Dzień ten został zaplanowany jako dzień odpoczynku od jazdy rowerem. Wstaliśmy nieco później niż zwykle, po czym zapakowaliśmy się w autokar i udaliśmy się do centrum Rygi. Wąskimi uliczkami ciężko było manewrować naszemu autokarowi, ale mimo to udało się nam w miarę punktualnie przybyć do ambasady polskiej, gdzie zostaliśmy przyjęci przez ambasadora. Zapowiadało się dosć ciekawie, gdyż, jak się okazało, ambasador także kochał sport - nawet miał osiągnięcia w kilku dziedzinach. Niestety - jego monolog (bo trudno nazwać to rozmową) zszedł na tory polityczne i dyplomatyczne. Szczerze mówiąc, nasze notoryczne niedospanie powodowało, że średnio do nas trafiało, kiedy i jaki prezent wręczył ambasador jakiemuś politykowi i czy pani prezydentowa się z tego cieszyła :-( Chcąc nie chcąc, musieliśmy wytrwać (choć brak snu ciągle dawał się we znaki), bo na Łotwie ambasada polska udzieliła nam znacznej pomocy przy poszukiwaniu noclegów...

Wreszcie po 2-3 godzinach podano nam księgę gości, do której każdy się wpisał, po czym wydostaliśmy się z ambasady. Po drugiej stronie ulicy zjedliśmy obiad, a potem każdy robił, co chciał. Warunek był jeden - nie poruszać się samemu po mieście.

Kościół na starówce w Rydze
Podzieliliśmy się dość szybko na grupki, które w większości i tak uderzyły w kierunku starówki. Trzeba przyznać, że starówka jest dość rozległa i ciekawa, jeśli chodzi o architekturę. Ze starymi budybkami kontrastują nowoczesne kluby z nie mniej nowoczesnym wystrojem wewnątrz. Niestety, odniosłem wrażenie, i nie tylko ja, że mimo niewątpliwego uroku starych zabudowań, starówka ryska jest pozbawiona klimatu typowego dla starych dzielnic innych znanych nam miast :-( Na rynku głównym stało paru lodziarzy, w kątach znajdowały się bary, w jednym z których wylądowaliśmy w końcu, i to wszystko: nie było grajków ulicznych, stylizowanych szyldów, czy kataryniarzy. Nie wiem, może się czepiam, ale tam wiało nudą i niespecjalnie przypominało typowe stare miasto.

Po rozpracowaniu kilku pizz i różnych napojów orzeźwiających ;-) udaliśmy się w drogę powrotną do autokaru. Każda z grupek ponownie wybrała odmienną drogę, choć zmierzającą teoretycznie do tego samego celu. Nasza kompania podzieliła się na dwie brygady, w jednej z których zostaliśmy tylko ja i Trzmiel. Musieliśmy bowiem załatwić pewną sprawę na poczcie. Reszta poszła pod opieką Karola najkrótszą ;-) drogą na zbiórkę - tak im się przynajmniej wydawało. My z Trzmielem w końcu też ruszyliśmy, jednak szczerze mówiąc stracilismy orientację. Wiedzieliśmy mniej więcej, w którym kierunku iść, ale mnogość parków i podobnych do siebie wież kościelnych, które normalnie służyły za tzw. landmarki, działała na nas niezwykle myląco. Zaczęliśmy więc korzystać z zasady: koniec języka za przewodnika. I to była słuszna metoda. Spociliśmy się nieźle, bo czasu było mało, ale dotarliśmy na czas. I o dziwo: byliśmy jednymi z pierwszych, mimo że teoretycznie przynajmniej reszta naszej paczki powinna dawno już być :-o

Po około pół godzinie dotarli niektórzy ze spóźnialskich, ale reszty nie było, ani nie dawali znaku życia. Postanowiliśmy więc z Trzmielem wziąć rowerki, które były z tyłu autokaru, i udać się na pobieżne poszukiwania zagubionych. Zmokliśmy co nie miara, bo akurat uderzyła burza, ale radość z jeżdżenia po dość ciekawym mieście została :-) Nikogo nie znaleźliśmy, ale w czasie, gdy my sobie jeździliśmy, wszyscy zdążyli się zebrać w autokarze. Tak więc zaliczyliśmy krótką przejażdżkę krajoznawczą po Rydze, czego absolutnie nie żałujemy :-)

Potem już bez przeszkód dotarliśmy z powrotem do szkoły, w której nocowalismy i odprawilismy mszę świętą. Po mszy przygotoaliśmy prowizoryczny tort z dużej bułki, mnóstwa czekolady i groszków i uczciliśmy dzień urodzin księdza, co wydatnie wpłynęło na poprawę jego humoru po tych wszystkich poszukiwaniach tych, co się wcześniej zgubili. Potem jeszcze gorący prysznic (w końcu :-))) i... nie tym razem - nie poszliśmy spać. Do 2 w nocy graliśmy w mafię - naszą ulubioną grę z wykorzystaniem kart. Nasze entuzjastyczne i żywiołowe dyskusje nawet księdza zaintrygowały na tyle, że do nas dołączył. Najciekawiej było, jak ksiądz otrzymywał rolę dziwki ;-)

Dzień był pełen wrażeń. Po powrocie z miasta każdy robił jeszcze drobne przepierki, ewentualnie suszył pranie z dnia poprzedniego i ogólnie nastrajał się do ponownego wyjazdu na rowerach.

15 lipca 2003 - wtorek

Dzień był piękny. Dobrze i źle. Dobrze, bo nie padało; źle, bo zapowiadał się okropny upał. Rygę opuściliśmy remontowaną autostradą, z której odbiliśmy po kilkunastu kilometrach na drogę nadbałtycką. Zgodnie z przewidywaniami upał był niemiłosierny - zelżał dopiero około godziny 14. Mimo wysokiej temperatury jechalismy całkiem ładnie - do obiadu średnia oscylowała wokół 30km/h.

Brawurowy skok Yoła z liny
Więcej się nam chyba nie udało...Po obiedzie udaliśmy się na pobliską plażę, gdzie znów każdy robił, co chciał: albo szaleństwa w wodzie, albo leżenie plackiem na piasku. Po kilkudziesięciu minutach znudziło nam się to, więc udaliśmy się na charakterystyczną huśtawkę znajdującą się w pobliżu. Była to bardzo długa lina zaczepiona na drzewie, na której końcu znajdował się drąg robiący za siodełko. Całość znajdowała się na wydmie tak, że przy największym wychyleniu drąg był na wysokości około 6-7 metrów. Oczywiście takiej okazji nie mogliśmy przegapić :-) Rzuciliśmy się na linę przeganiając siedzące tam dzieciaki i rozpoczęliśmy wygłupy. Yo zakosztował skoków ze wspomnianych 6 metrów - nic mu się nie stało, gdyż lądowanie było na pochylonym terenie, zazwyczaj kończyło się to parokrotnym koziołkowaniem. Jedynie skok z flagą uczepioną przy szyi był mniej szczęśliwy - w momencie opuszczania huśtawki flaga się zaczepiła o drąg i pozostawiła w ten sposób gustowną szramę na szyi Yoła. Potem jeszcze tylko konkurs: ile osób wlezie na tą linę na raz? Nam udało się chyba we czterech. Przy czym zadanie nie było łatwe, gdyż najpierw należało rozbujać linę, a potem kolejno jeden po drugim wskakiwać z wysokiego kołka na huśtawkę. Przeważnie kolejne osoby nie mogły już wskakiwać z prostej przyczyny - lina już bujała się za daleko od kołka.

Gdy zakończyliśmy wygłupy, było już późne popołudnie. Nie zwlekając ani minuty dłużej dosiedlismy ponownie rowerów. Pogoda była teraz dużo bardziej znośna, a wręcz idealna na rower. Tempo było nadal ładna, choć nieco wolniejsze niż z rana. Po godzinie 20 dotarlismy do miejscowości Salacgriva, gdzie ksiądz zdążył już odnaleźć internat, w którym przyszło nam się rozlokować na noc. Po kolacji dostalismy jeszcze pozwolenie na wyprawę nad morze, z czego oczywiście skorzystaliśmy.

Było już ciemno - północ czasu miejscowego. Ruszyliśmy w sile kilkunastu osób w kierunku morza, gdzie zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zrzuciliśmy wszystkie ubrania z siebie i rzuciliśmy się do wody. Chwile beztroskiej zabawy wykorzystał Yo z Rzywym, którzy zabrali wszystkie ubrania i ręczniki, które zdołali odnaleźć w ciemnościach. Gdy się zorientowaliśmy było za późno :-( Całe szczęście ilość pozostałej garderoby pozwoliła powrócić do internatu z zasłoniętymi strategicznymi częściami ciała. Jednak to wydarzenie spowodowało, że zaczęlismy częściej myśleć, co za numer by tu wykręcić Yołowi...

Potem czekało mnie jeszcze częściowe przeszprychowanie księdzowego koła i około 1 w nocy mogłem położyć się spać.

DST: 105,5km
AVS: 24,2km/h

16 lipca 2003 - środa

Poranek jak co dzień. Każdy uwijał się w swoim dyżurze, tylko grupa liturgiczna jak zwykle się obijała, bo msza miała być gdzieś w drodze. Nasze przygotowania do wyruszenia zakłóciło nagłe zamieszanie wywołane w miejscu, gdzie mieliśmy jeść śniadanie. Ni stąd, ni zowąd, nagle pojawiła się tam ogromna liczba dzieciaków (??). Okazało się, że była to grupa kolonijna, która pod kierunkiem swoich opiekunów udawała się do pobliskich łazienek w celu odbycia porannej toalety. Cały ten ruch spowodował dużo wiekszą mobilizację w celu upilnowania naszej własności oraz jak najszybszego zwinięcia się stamtąd.

Do granicy łotewsko-estońskiej mielismy niewiele. Jednak droga była prawdziwą męczarnią z powodu dużego upału i braku jakiegokolwiek powiewu wiatru. W skwarze lejącym się z nieba dotarlismy jednak do terminali granicznych, gdzie spotkaliśmy wileńskiego policjanta, który świetnie mówił po polsku i zainteresował się naszą wyprawą. Był to dość miły przerywnik w oczekiwaniu na odprawę. W końcu jednak przekroczyliśmy granicę, za którą nie było żadnej cywilizacji (!). Upał nadal był nieznośny, a przed nami była prościusieńka droga, w dodatku płaska jak naleśnik. Jedyną nadzieję wlał w nas znak oznajmiający, że znajdujemy się na oznakowanym szlaku inicjatywy EuroVelo. Przewidywaliśmy, że szlak ten skręci w bardziej atrakcyjne i przyjazne rowerzyście tereny, jednak nadzieje te spełzły na niczym :-(

Po kilkudziesięciu kilometrach dotarliśmy do miejscowości Häädemeste, gdzie mieliśmy dłuższy postój połączony ze spożyciem obiadu. Po obiedzie w kilkanaście osób udaliśmy się w stronę, jak nam się wydawało, pobliskiego morza. Po kilkuset metrach po zaroślach niektórzy zrezygnowali, jednak kilka osób brnęło dalej. W pewnym momencie mieliśmy tego dość, ale żal nam było odcinka, który już pokonaliśmy - brnęliśmy więc dalej. Po kilkudziesięciu minutach trafiliśmy na bagna, po czym przeskakując płoty z drutów kolczastych dotarliśmy do chatki służącej prawdopodobnie za schronienie dla pasterzy. Stąd mieliśmy już kilkadziesiąt metrów do wody, więc zostawilismy nasze ręczniki i ubrania i... W mordę jeża!!! Gorszego zawodu to chyba jeszcze na rajdzie nie przeżyliśmy. Nie dość, że potworny upał, nie dość, że trzeba było tyle się natrudzić, by dojść nad brzeg, to jeszcze się okazało, że woda sięgała nam najwyżej do kolan, mimo że przeszlismy już ponad 200m od brzegu (!!!). Mało nas szlag nie trafił. Nieźle wkurzeni postanowiliśmy wracać. Całe szczęście udało nam się znaleźć przyjaźniejszą drogę powrotną i minimalnie tylko spóźnieni dotarliśmy do miejsca postoju całej grupy.

Po nieudanym wyjściu nad morze ruszyliśmy ostro z kopyta. Mimo ogromnego upału cała grupa trzymała bardzo wysokie tempo aż do Parnawy, gdzie zrobiliśmy kolejny postój. Tam przypadkiem spotkaliśmy człowieka, który pomógł nam znaleźć nocleg w szkole w Audru - miejscowości oddalonej od Parnawy o kilkanaście kilometrów.

Gdy dotarliśmy na miejsce, pierwsze, co nas spotkało, to zachmurzone czoło księdza. Tonem nieznoszącym sprzeciwu kazał nam się ustawić na zbiórce, na której powiedział, dlaczego jest taki wkurzony. Okazało się, że nie podobał mu się pomysł jeżdżenia za ciężarówkami i autobusami przez niektórych z uczestników. Wzburzenie księdza było duże, jednak winowajcy stanęli na wysokości zadania i zdołali zażegnać konflikt. Wydarzenie to spowodowało również, że liczba amatorów szybkiej jazdy na zderzakach innych pojazdów zmniejszyła się drastycznie. I dobrze...

Jeszcze tylko wieczorem msza święta na parkiecie sali gimnastycznej, kolacja i oddaliśmy się w objęcia Morfeusza. Serwis tym razem miał wolne :-)

DST: 91,5km
AVS: 24,75km/h

17 lipca 2003 - czwartek

Ranek był zaskoczeniem dla wszystkich. Otóż takiego tempa uwijania się jeszcze nie było. W drogę wyruszyliśmy już po godzinie 9, co było swoistym rekordem. Pogoda była jeszcze znośna, jednak we znaki dawał nam się brak jakichkolwiek sklepów po drodze. Po około 20km marzyliśmy o jakimś źródełku, które napełniłoby wysychajace bidony... Niestety - dane nam było przejechać ponad 40km bez przystanku, kiedy to wreszcie trafiliśmy pod sklep, który wraz z okolicznymi zabudowaniami, stanowił jedyny objaw cywilizacji od samego rana.

Po zregenerowaniu sił ruszyliśmy dalej. Na 60. kilometrze naszej drogi spakowaliśmy rowery do autokaru i udaliśmy się do miejscowości Virtsu, skąd miał nas zabrać prom na jedną z wysp estońskich - Muhu. Musieliśmy dość długo czekać na naszą kolej. Skorzystaliśmy więc z okazji i zjedliśmy obiad.

Przy skansenie (?) na wyspie MuhuPrzeprawa trwała nieco ponad pół godziny. Nie wypakowaliśmy jednak rowerów od razu, chcieliśmy bowiem zatrzymać się pod jakimś sklepem. Niestety takowego nie uświadczyliśmy przez kilkanaście kilometrów. Zatrzymaliśmy się więc w cieniu drzew gdzieś na rozdrożu, skąd już popedałowaliśmy przed siebie. Po drodze zatrzymaliśmy się przy skansenie (?) z dużym wiatrakiem - symbolem wyspy. Potem jeszcze naprawdę długi most prowadzący na kolejną wyspę - Saremę - i... rozpoczęła się nasza mordęga. Krasnala mapy mówiły, że jesteśmy na głównej drodze, jednak, to co widzieliśmy, było koszmarne. Musieliśmy pokonać ponad 30km paskudnymi, suchymi szutrami. Każdy samochód wyprzedzający czy też wymijający nas zostawiał na nas ogromną ilość kurzu. Drzewa rosnące przy drodze były całe białe. Zaczęliśmy marzyć o ciepłym prysznicy, chociaż wiedzieliśmy, że z tym może być poważny problem tego dnia...

Pod wieczór dotarliśmy wreszcie do końca szutrów. Jednak nie nacieszyliśmy się asfaltem. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się u gospodarzy, którzy zgodzili się udostępnić nam swoje podwórko i studnię :-) na noc. Po szybkim rozbiciu namiotów - naprawdę szybkim, bo komarów tam było więcej niż gdziekolwiek indziej - obmyśliliśmy plan wieczornego mycia. Znaleźliśmy dość ustronne miejsce, pożyczyliśmy konewkę i parę wiader i do dzieła! Mycie przeciętnie trwało minutę :-) Potwornie zimną wodą najpierw się moczyliśmy, potem namydlanie i na koniec błyskawiczne spłukiwanie wodą z konewki. Oczywiście rolę polewacza jak zwykle odgrywał Yo. Niektórzy hardcorowcy umówili się na poranną toaletę w tym samym stylu - dla mnie to jednak było za dużo...

DST: 112,5km
AVS: 24,2km/h

18 lipca 2003 - piątek

Zerwaliśmy się wcześnie rano, bo już o 5. Błyskawicznie zwinęliśmy namioty i bez śniadania wsiedliśmy do autokaru. Wszystko po to, by zdążyć na pierwszy prom, na który dzień wcześniej umówił się ksiądz z kapitanem statku. Udało nam się. Jednak na miejscu okazało się, że prom nie jest przystosowany do przewozu autokarów i były spore problemy z wjechaniem na łajbę. Wszystko jednak odbyło się pomyślnie i po około godzinie bylismy już na kolejnej wyspie - Hiumie.

Upał znów był niemiłosierny. Rozłożyliśmy się więc w cieniu w pobliżu pierwszego napotkanego sklepu. Zjedliśmy zaległe śniadanie i w końcu ruszyliśmy rowerkami przed siebie. Całe szczęście Hiuma byłą wyasfaltowana, więc cieszyliśmy się spokojną jazdą z całego serca :-) Bez żadnych problemów dotarliśmy do miejscowości wypoczynkowej, w której okazało się, że zginął nam Karol. Ekipa autokarowa szukała go - bezskutecznie. Narastały negatywne emocje w grupie, gdy w końcu Krasnal z Dominikiem, któzy wcześniej wybrali się w stronę latarni morskiej, powrócili ze zgubą. Bez reprymendy się nie obyło...

W międzyczasie skorzystaliśmy oczywiście z okazji, aby nieco się pomoczyć w wodach Bałtyku - na plażę mieliśmy około 300-400m. Niestety beztroska zabawa szybko się skończyła, bo tego dnia musieliśmy jeszcze raz się przeprawić - tym razem na stały ląd. Gdy wróciliśmy z plaży, zastaliśmy już spakowany autokar. Okazało się, że opóźnienie mamy zbyt duże i nie możemy sobie pozwolić na dalszą jazdę rowerem, gdyż pradwopodobnie czekałby nas nocleg na dziko jeszcze na wyspach. Udało nam się jednak bezproblemowo przeprawić na stały ląd, gdzie kierowaliśmy się na miejscowość Haapsalu - cały czas w autokarze.

W mieście mieliśmy postój pod supermarketem, po czym udaliśmy się dalej w poszukiwaniu noclegu. W międzyczasie okazało się, że Magda "Życie" zginęła(!). Po prostu jej nie było... Chłopaki szybko dosiedli rowerów i udali się z powrotem do miasta, gdzie całe szczęście bez problemu znaleźli kolejną zgubę. Zanim wrócili okazało się, że mamy już namiary na nocleg. Przejechaliśmy jeszcze parę kilometró i zatrzymaliśmy się ostatecznie w przedszkolu w Linnamäe :-)

Mimo późnej pory nikt jeszcze nie kładł się spać. Wszyscy czekali na... osiemnastkę Emilii :-) Został przygotowany tort, był szampan i oczywiście prezenty. Emilia dała nam już poznać swoje zamiłowanie do czysczenia rowerów, toteż sprawiliśmy jej wielką szczotę i rękawiczki, coby jej ulubione czynności nie sprawiały jej żadnego kłopotu :-PPP

Spać poszliśmy grubo po północy...

DST: 26,7km
AVS: 26,6km/h (nie ma co - wyszaleliśmy się tego dnia na rowerach ;-))

19 lipca 2003 - sobota

Rano zebralismy się bardzo żwawo. Ponownie udało nam się wyruszyć już około 9. Pogoda była bardzo sprzyjająca, toteż nie dziwota, że i tempo było przyzwoite. Niestety po obiedzie wiatr się obrócił i tym razem wiał nam prosto w czoło przypominając nam, jak to było na początku rajdu...

Nie zrażaliśmy się jednak. Po drodze zrobiliśmy sobie przerwę na zwiedzanie ruin zamku czy klasztoru - nie wiem, nie znam estońskiego ;-) Potem spotkaliśmy kolarza, który okazał się stróżem w obiektach sportowych w Tallinnie. Po krótkiej wymianie zdań wyprzedził naszą grupę obiecując pomoc.

Wjazd do stolicy Estonii nie należy do chlubnych. Rozluźnienie, zmęczenie, rozkojarzenie - nie wiadomo, co było przyczyną. Fakt faktem, przy około 30km/h Kaśka zaliczyła przycierkę, po czym lądowała dość efektownie na asfalcie. Dosłownie centymetry dzieliły jej głowę od kół samochodu jadącego za nią... Całe szczęście skończyło się na otarciach i łzach. Kask się zdecydowanie przydał...

No i dojechaliśmy...
W czasie przymusowego postoju na rogatkach Tallinna dojechał do nas wspomniany wcześniej kolarz - tym razem już samochodem. Kiedy pozbieraliśmy się po wypadku, zaprowadził nas wprost do obiektów sportowych, w których mieliśmy szansę przenocować. A były to konkretnie szatnie dla hokeistów - śmierdziało w nich niemiłosiernie, jednak długie wietrzenie spowodowało, że noc nie zapowiadała się tak źle.

Późnym popołudniem nasz dobrodziej zabrał jeszcze parę osób do sklepu rowerowego, gdzie Gary zaopatrzył się w szprychy do swojego koła, a ksiądz miał nadzieję raz na zawsze rozwiązać problem tylnego koła w swoim Unibike'u. Ceny nie zwalały z nóg, podobnie jak asortyment. Z częściowo zaspokojonymi potrzebami wróciliśmy na miejsce naszego noclegu. Dzisiaj sobie odpuściliśmy serwis, gdyż mieliśmy przespać w tym miejscu trzy noce, więc czasu było aż nadto.

DST: 86,1km
AVS: 23,1km/h

20 lipca 2003 - niedziela

Pobudkę zaliczyliśmy dość wcześnie, choć jednak o ludzkiej porze. Po śniadaniu udaliśmy się autokarem w stronę portu. W kasach odebraliśmy bilety i tuż po 10 ichniejszego czasu byliśmy już na pokładzie promu SuperSeaCat. Podróż do Helsinek trwała około 1h45min. Czas ten wykorzystaliśmy na wygłupy na górnym pokładzie, gdzie wiało tak, że głowy urywało, oraz na wizyty w sklepie bezcłowym, który wcale nie okazał się takim cudownym miejscem :-(

W porcie w Helsinkach

Jeden z kościołów protestanckich w Helsinkach
Krasnala druga miłość, po rowerze ;-)

Gdy wysiedliśmy z promu, przywitały nas Helsinki swoją starą zabudową (!). Całą grupą udaliśmy się do supermarketu, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant, po czym każdy na własną rękę rozpoczął zwiedzanie miasta. Jak już wpsomniałem miasto pełne było starych budynków. Wiele ulic było brukowanych. Do tego nie można było wydzielić ścisłego starego miasta, gdyż jak się okazało, taka architektura znajdowała się w dosłownie każdym zakątku miasta. Wszystko to powodowało, że nie czuliśmy się jakobyśmy byli w nowoczesnej stolicy Finlandii.

W przeciągu dnia zobaczyliśmy wiele przepięknych kamienic, odwiedziliśmy parę kościołów - w wiekszości protestanckich. W jednym z nich - kalwińskim - odbywał się akurat mini koncert organowy, więc postanowilismi się co nieco "odchamić" i posiedzieliśmy dłuższą chwilę. Krasnal oczywiście tradycyjnie już nie odpuścił dworca kolejowego :-) Poza tym przemierzyliśmy kilka z miejskich parków, których było tam naprawdę sporo. Ostatecznie wylądowaliśmy w McDonaldzie, gdzie wydaliśmy dużo euro, ale co tam - jak szaleć, to szaleć ;-)

Ostatnią wolną godzinę spędziliśmy w parku ulokowanym na wzgórzu tuż przy porcie. Oczywiście pograliśmy w mafię oraz ... pogadaliśmy chwilę ze spotkanymi wcześniej dziewczynami z Polski, które również przyjechały do Helsinek na jeden dzień. Była to przerwa w ich pracy w ambasadzie polskiej. Potem już udaliśmy się na wieczorny prom powrotny i około północy dotarliśmy do naszych kochanych szatni.

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach