21 lipca 2003 - poniedziałek

W restauracji w Tallinnie
Z powodu późnego powrotu z Helsinek postanowiliśmy nieco pospać dłużej tego ranka. Gdy słońce już było dość wysoko, zebraliśmy się w sobie i po spożyciu śniadania udaliśmy się autokarem w stronę starówki Tallinna. Całą grupą pokrótce obejrzeliśmy uliczki i kamienice. W międzyczasie dotarliśmy do jedynego katolickiego kościoła w mieście, gdzie zostaliśmy zaznajomieni z historią miejsca przez ministrantów. Ponieważ nie było tam akurat żadnego miejscowego księdza, poszliśmy dalej zwiedzać starówkę. Wróciliśmy jednak o umówionej porze, by odprawić mszę, na którą przybyli także niektórzy parafianie polskiego pochodzenia :-) Potem jeszcze zjedliśmy wspólnie obiad w pobliskiej restauracji.

Po obiedzie znów mieliśmy wolny czas. Trzeba przyznać, że Tallinn robi wrażenie. Starówka w dużej mierze jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga się niesamowity widok na całą okolicę. Tak naprawdę dopiero z tej perspektywy widać całe piękno stolicy Estonii: niezliczona ilość kolorowych dachów i ścian, ciasnych kamiennych uliczek, budynki o najróżniejszych kształtach oraz port, który przyciąga wzrok szczególnie po zmroku...

Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy. Przy czym mówię tu i o czasie wolnym, i o pogodzie :-( Rozpadało się niemiłosiernie, a w dodatku zaginęły nam dwie osoby... Czekać jednak nie mogliśmy, gdyż Gary strasznie osłabł (od kilku dni dokuczał mu zakażony palec). Pojechaliśmy do szpitala, gdzie całe szczęście zrobiono, co trzeba, choć niekoniecznie tak, jak trzeba ;-) - Gary stwierdził po kilkunastu minutach od wyjścia ze szpitala, że znieczulenie dopiero zaczęło działać. Jak widać, nie tylko u nas służba zdrowia jest na nieodpowiednim poziomie :-| Tak czy siak, wszystko skończyło się dobrze - nawet nasze dwie zguby się odnalazły.

Resztę dnia spędziliśmy na przygotowaniach do wyjazdu. Podobnie jak w Rydze każdy dopieszczał swój rowerek, niektóre wymagały większej uwagi, ale nie było szczególnych powodów do narzekań. Ponadto czuliśmy już, że osiągnęliśmy już półmetek wyprawy i teraz już będziemy powoli wracali do domu...

22 lipca 2003 - wtorek

Rano nie musieliśmy się spieszyć - mieliśmy umówioną wizytę ambasadora polskiego dopiero na godzinę 10 czy 11. Całe szczęście ten ambasador nie był tak wygadany, jak ten z Rygi i udało nam się stosunkowo wcześnie wuryszyć. Zza porannych chmur wyszło słońce - zapowiadał się piękny dzień...

Od samego początku cała grupa poruszała się bardzo dobrym tempem. Jednak nie można się było tak naprawdę rozkręcić, gdyż już była pora obiadowa. W pierwszym napotkanym mieście udało się znaleźć restaurację, gdzie w czasie oczekiwania na posiłek odprawiliśmy mszę świętą. Warto wspomnieć o pewnej wyjątkowości tej mszy. Ze względu na ostatnie coraz częstsze konflikty w grupie postanowiliśmy pokazać, że jednak stanowimy jedną całość i byle spory nie są w stanie nas poróżnić na dobre. W czasie modlitwy "Ojcze nasz" wszyscy wzięliśmy się za ręcę, co sprawiło, że na twarzy księdza zagościł znowu uśmiech, prognozujący poprawę nastrojów i nastawienia wśród uczestników :-)

Tuż po obiedzie udałem się z Ewą i księdzem do miejscowego serwisu. Suport w Imbryku kategorycznie domagał się wymiany. Nie mieliśmy jednak skutecznego narzędzia... Mechanicy trochę się pomęczyli, gdyż draństwo było strasznie zapieczone. Załatwili nam dwie miski - jednej nie udało się już wykręcić i się to nie uda już nigdy stadardowymi metodami... Wbiliśmy jednak w tą pozostałą miskę nowy suport, dokręciliśmy z drugiej strony i wreszcie po długiej walce mogliśmy ruszyć w pogoni za grupą. I tu zaczęły się schody. Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie się kierować, a z ludźmi nie dało się dogadać :-( Narastał w nas niepokój, gdyż nie widzieliśmy ani grupy, ani autokaru, który miał niebawem wyruszyć za nami... Całe szczęście trafiliśmy na chłopaka, który mówił co nieco po angielsku. Uspokoił on nas i wiedzieliśmy już, że wybraliśmy dobrą drogę. Tak więc trzymając bardzo wysokie tempo (32-36km/h) po około 17km dogoniliśmy całą ferajnę.

Wkrótce po tym zarządzono postój. Zatrzymaliśmy się w jakiejś miejscowości, gdzie w pobliżu dojrzęliśmy oczko wodne. Mimo niechęci księdza, rzuciliśmy się do wody. Ja oczywiście musiałem się poślizgnąć na mokrym betonie, co zaowocowało piekną krwawą krechą na plecach :-| Ale ponieważ bólu nie czułem za bardzo, to oddałem się szaleństwom skoków z pomostu - podobnie zresztą jak inni...

Po chwili beztroskiej zabawy musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, temperatura spadła do wartości znośnych - nic dziwnego, że tempo wzrosło znacznie. Ksiądz, który wyjechał naprzód autokarem w poszukiwaniu noclegu, nie docenił naszych możliwości. Skutkowało to w tym, że pojechaliśmy około 5km za daleko, gdyż ksiądz nie zdążył wrócić, by nam powiedzieć, że należy skręcić wcześniej... Nikt się jednak zbytnio nie zmartwił, gdyż obiecano nam, że za 8km będzie przyzwoity nocleg. Tradycyjnie z 8km zrobiło się 15, z czego jakieś 6 po szutrach. Ale do tego to już zdążyliśmy się przyzwyczaić ;-)

Dotarliśmy do miejscowości Pilitsvere, gdzie udostępniono nam miejscowy dom kultury. Rozłożyliśmy się w sali teatralnej, po czym większość (poza dyżurem gospodarczym - akurat moim :-( ) udała się na boisko, by chwilę pograć w piłkę kopaną z miejscowymi. Po kolacji, gdy już było dawno ciemno, wyszliśmy do lokalnej sauny. Tam nie przymierzając, zachowaliśmy się jak rasowe blondynki, i siedzieliśmy w przedsionku nie mogąc się doczekać porządnej temperatury, podczas gdy obok była prawdziwa sauna ;-) Tak czy siak - po pewnym czasie wyszliśmy, żeby się ochłodzić - niektórzy odkryli prawdziwą saunę i powrócili jeszcze się powygrzewać. Oczywiście w międzyczasie nasze ubrania powędrowały na miejsce noclegu - nie same. Jak się można było spodziewać największy w tym udział miał Yo. Całe szczęście, że ja z Rzywym oraz Krasnal i ktoś jeszcze byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Udało nam się porozdzielać części garderoby tak, by tylko nie liczni musieli pomykać przez wieś tak, jak ich natura stworzyła...

Po powrocie obmyśliliśmy plan zemsty, która dokonała się dnia następnego...

DST: 146,7km
AVS: 25,8km/h

23 lipca 2003 - środa

Zemsta jest słodka... :-) Rano zaczailiśmy się pół godziny przed pobudką na Yoła z zamiarem zrealizowania naszych niecnych planów. Niestety, Egon coś przeczuwał, bo sen miał bardzo płytki i obudził się. Wiedział, że coś kombinujemy, jednak nie zdołał zdemaskować naszych planów. Błędem z naszej strony było to, że prawie połowa grupy wstała, by popatrzeć i jak wiadomo, szumu było zdecydowanie za dużo. Co nagle, to po diable. Poczekaliśmy kilkadziesiąt minut i nie mówiąc już nikomu udaliśmy się z Trzmielem, by dokończyć dzieła. Ja z kamerą, a on z miską pełną wody, którą udało się wylać na niespodziewającego się takiej pobudki Yoła :-) W międzyczasie wszsytkie ubrania z jego torby zostały rozdysponowane pomiędzy uczestników, zaś samą torbę wypełniliśmy drewnem. Co jak co, ale Yo nie mógł odżałować utraty "ręczników sportowych" ;-) Początkowy cel został osiągnięty - Yo miał do dyspozycji tylko swoją piżamę i buty i nic na przebranie ;-)

Dalsza część zemsty wymagała mniej zachodu, ale więcej szczęścia. Dyżur gospodarczy odpowiednio spreparował kanapki, które zawsze były oddzielnie przygotowywane dla Yoła, gdyż nie jada on masła. Pod mielonką, pasztetem i czym tam jeszcze znalazły się środki, delikatnie mówiąc, przyspieszające (znacznie) przemianę materii... Myśleliśmy, że plan spalił na panewce, gdy Yo odkrył obcą substancję w jego kanapkach. Na nasze szczęście stwierdził, że to pieprz i wkurzył się jedynie, że tyle kanapek mu przyprawiliśmy. Nie muszę dodawać, że w tym momencie wszyscy wtajemniczeni ledwo powstrzymywali dziki śmiech, wiedząc, co się święci w ciągu dnia ;-))

Nad brzegiem płytkiego jak wanna jeziora...
Mimo próśb księdza, nie oddaliśmy Yołowi jego rzeczy i postanowiliśmy go tak przetrzymać przez cały dzień. Ofiara naszej zemsty jednak wsiadła do autokaru, gdyż się źle czuła (ciekawe dlaczego? ;-)) Jazdę tego dnia rozpoczęliśmy długim odcinkiem szutrów - jak to w Estonii - długich i strasznie upierdliwych :-| Całe szczęście dotarliśmy w końcu do upragnionego asfaltu i dalej jechaliśmy bez większych problemów. Z lekka pokropiło, jednak nie przeszkodziło to nam w dalszej jeździe. Po kilkunastu kilometrach asflatu postanowiliśmy skręcić nad jezioro, które wabiło nasz wzrok od dłuższego czasu. Ale żeby nam za dobrze nie było, jeziorko miało głębokość co najwyżej pół metra i to w odległości około 500m od brzegu. Normalnie wkurzyć się można - znowu...

Na dalszą część naszej trasy Yo został oddelegowany już na rower. Oczywiście w piżamce. Ale nie byłby sobą, jeśliby nie zrobił czegoś. Tym razem postanowił przejechać się z gołym tyłkiem. Amatorów widoku nagiego Yoła uprzedzam, że fotek żadnych z tego numeru nie posiadam :-P , chyba że Olga zrobiła :-PPP , ale póki co nic mi o tym nie wiadomo.

Przez cały dzień zanosiło się na deszcz i w końcu się go doczekaliśmy. Około 20km przejechaliśmy w strugach deszczu, który dla większości nie był jednak przekleństwem, a oczekiwaną ulgą po kilkugodzinnym katowaniu w upale na szutrach. Pomykaliśmy tak sobie, aż zupełnie przemoknięci dojechaliśmy do miejscowości, gdzie czekał na nas obiad - tym razem przygotowywany przez jadących tego dnia w autokarze, gdyż nie udało się księdzu znaleźć żadnej restauracji. Po pożywczej misce ryżu z sosem ruszyliśmy dalej w znacznie uszczuplonym składzie. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o walkę z żywiołami, to tegoroczna grupa nie należała do najtwardszych :-( Na rowerach zostało jedynie 15 osób, które nie bały się stawić czoła ewentualnym opadom i podmuchom zimnego wiatru. W autokarze jechała cała reszta, wśród której był również osoby chore - żeby nie było, że wszyscy wymiękli. Aha - postanowiliśmy Yołowi dać coś na przebranie, żeby mu się nasze numery na zdrowiu nie odbiły bardziej, niż to było zaplanowane ;-)

Pogoda jednak się ustabilizowała i cały czas jechaliśmy w przyjemnym chłodku. Z racji mniejszej liczebości, grupa była znacznie bardziej mobilna i udało nam się jechać cały czas dość wysokim tempem. Teren również uległ zmianie na plus (choć niektórzy mogą mieć inne zdanie): wreszcie trzeba było powalczyć z podjazdami, które jednak zawsze kończyły się pięknymi zjazdami. Czasem trochę się pościgaliśmy, aż w końcu dotarliśmy do Valgi, gdzie mieliśmy zaklepany nocleg w kościele - dosłownie, gdyż spaliśmy na posadzce w remontowanej świątyni. Dzień był dość męczący, więc pogładliśmy się spać dość wcześnie...

DST: 128km
AVS: 23,8km/h

24 lipca 2003 - czwartek

Poranek przywitał nas przenikliwym chłodem. Większość z nas wskoczyła więc w cieplejsze ciuchy, z których jeszcze przed wyjazdem się musieliśmy rozbierać. Słońce bowiem wyszło zza chmur i momentalnie zrobiło się gorąco i parno. Dość żwawo wyruszylśmy w kierunku przejścia granicznego znajdującego się mieście. Na najkorzystniejszym dla nas nie puszczono nas, gdyż po raz kolejny nie podobał się strażnikom nasz autokar :-| Pokluczyliśmy trochę po jednokierunkowych, wąskich uliczkach Valgi, aż nakładając około 15km dotarliśmy do terminalu, na którym nas odprawiono na stronę łotewską. Nie spieszono się jednak z tym za bardzo, więc straciliśmy sporo czasu i słońce zdążyło nam w tym czasie nieźle przypiec.

Zatrzymaliśmy się na dłużej tuż za przejściem z nadzieją znalezienia kantoru. Niestety nie udało się - natomiast w międzyczasie nadeszły chmury, które ostudziły zapał niektórych do dalszej jazdy - autokar znów wypełnił się po brzegi. Kiedy przestało padać, ruszyliśmy przed siebie. Niestety nie dane nam było zbyt długo jechać w spokoju. Po kilku kilometrach nadeszła burza z takim deszczem, że żadne ciuchy przeciwdeszczowe nie wytrzymywały. Przemoczeni doszczętnie musieliśmy na polecenie księdza czekać w autokarze, aż burza przejdzie. Niektórzy woleli jechać dalej, gdyż było im już obojętne, bo i tak byli przemoczeni, a przynajmniej oszczędziliby sobie marznięcia. Ale pozwolenia nie dostaliśmyna dalszą jazdę i chcąc nie chcąc - musieliśmy czekać :-(

Po burzy wypogodziło się bardzo szybko. Ksiądz ruszył z autokarem na poszukiwanie obiadu, a my na rowerkach ponownie przemierzaliśmy kolejne kilometry. Było kilka podjazdów, przy czym jeden dość długi oraz zjazd, który utkwił chyba wszystkim w pamięci. Droga opadała z dość dużej wysokości do miasta Smiltene - widoki więc były całkiem, całkiem, zaś prędkości osiągane przez niektórych imponujące :-) Ponoć widok sznuerczka rowerzystów pędzących w dół z taką prędkością był super :-)

W mieście rozłożyliśmy się na dłużej. Zjedliśmy obiad, po czym jako bonus od restauracji dostaliśmy przepyszne pączki (mniam, palce lizać :-)) Oczywiście wykorzystaliśmy pewien płot, by wysuszyć nasze rzeczy. Wyruszyliśmy także na poszukiwanie punktu wymiany walut. I tym razem nam się udało, chociaż pani z banku zakwestionowała dość dużą ilość banknotów euro :-((

Dalsza część dnia upłynęła pod znakiem dobrej pogody i urozmaiconego terenu. W dobrych nastrojach dotarliśmy do miejscowości Gulbene, gdzie z noclegiem czekał na nas już pewien ksiądz mówiący po polsku. Użyczył nam podziemi swojej świątyni jako schronienia na noc.

Tego dnia nie mieliśmy z Trzmielem wyboru i musieliśmy w końcu otworzyć serwis. Jednak ze wszystkimi usterkami uporaliśmy się dość szybko. A do zrobienia nie było mało: piasta Magdy się rozkręcała, zaś Kaśki sprzęt zaczął zawodzić na całej linii, głównie napęd. Ponadto Imbryk Ewy protestował i domagał się zajęcia się sterami i piastą. Dodatkowo Trzmiel musiał uporać się z pękniętą szprychą u Łukasza (oczywiście od strony wolnobiegu) i połamanymi pedałami Rzywej. Po zmaganiach z całym tym sprzętem postanowiliśmy spojrzeć z Trzmielem łaskawszym okiem na nasze rowerki. Doczekały się one czyściutkich łańcuchów ze świeżym FinishLinem w ogniwach oraz drobnych regulacji hamulców i przerzutek - nie musiały już się czuć wykorzystywane i odrzucone ;-)) Dodam jeszcze, że pozbyłem się swojego znaku rozpoznawczego - kibla - nie to żeby mi przeszkadzał, ale po prostu zgubiłem do niego kluczyk ;-)

DST: 119km
AVS: 25km/h

25 lipca 2003 - piątek

Ostatnio zaczęliśmy przyzwyczajać się do szutrów i dobrze, bo dzień ten rozpoczęliśmy 34km odcinkiem tradycyjnej łotewskiej szutrówki. Dobrze, że w nocy trochę popadało - przynajmniej przejeżdżające samochody nie wzbijały tumanów kurzu. Jadać nie za szybko dotarliśmy wreszcie do asfaltu. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach przejechanych w niesamowitym upale dotarliśmy do małęj stacji benzynowej, przy której zrobiliśmy posiłek, który miał nam zastąpić obiad. Ze smakiem zjedliśmy jajka sadzone z chlebem i ogórkiem, po czym udaliśmy się na huśtawkę, która była w pobliżu.

Oczywiście daliśmy czadu, a Yo najwięcej. Huśtawka trzeszczała co nie miara, gdy próbowaliśmy ją doprowadzić do poziomu. A nie było to łatwe - cała konstrukcja miała około 5-6 metrów długości. Pobujaliśmy się trochę, a potem został nagrany film przyrodniczy o życiu mrówek oraz małp człekokształtnych - w rolach głównych: Krasnal, Kuba, Olo i jeszcze paru :-)

Po wszystkich tych wygłupach i uprzątnięciu gratów gospodarczych ruszyliśmy dalej. Droga wiodła przez tereny mocno pofałdowane. Wszelkie wzniesienia inżynierowie budowniczy dróg pokonywali podobnie jak w Polsce - najkrótszą drogą na szczyt. Można sobie więc wyobrazić, że zadanie przejechania kilkudziesięciu kilometrów w takich warunkach nie należało do najłatwiejszych. Ale szczęśliwie dotarliśmy do Rezekne.

W mieście czekał już nas prawdziwy obiad oraz nocleg w polskiej szkole. Trzeba przyznać, że warunki w polskich szkołach na obczyźnie są o niebo lepsze niż w naszych rodowitych szkołach. Prysznice z gorącą wodą, duże, dobrze wyposażone sale lekcyjne oraz hale gimnastyczne to standard. Dodatkowo przed budynkiem rozpościerał się zadbany plac, na którym umiejscowiono boiska oraz plac zabaw.

Cały wieczór spędziliśmy oddając się najróżniejszym rozrywkom: była gitara, śpiewy, rozgrywki piłkarskie oraz nieśmiertelna mafia. W nocy natomiast Krasnal z Wojtkiem zyskali nowy imidż za sprawą Rzywego, Yoła i spółki, którzy grasowali po salach z pianką do golenia :-) Jak widać trudy dnia ani trochę nie odbiły się na uczestnikach :-)

DST: 94km
AVS: 24km/h

26 lipca 2003 - sobota

Na spotkaniu z biskupem w Rezekne
Sanktuarium w Aglonie
Z niewiadomych przyczyn nasz odjazd opóźnił się niemiłosiernie. Ponadto w Rezekne pojechaliśmy jeszcze do katedry, gdzie spotkaliśmy się z biskupem mówiącym po polsku. Wszystko to sprawiło, że początek jazdy wypadł w potwornym upale. Mimo niezbyt sprzyjających warunków udało nam się dość sprawnie dotrzeć do Aglony, gdzie znajduje się sanktuarium porównywane do Jasnej Góry w Polsce. Oczywiście odwiedziliśmy świątynię, po czym zjedliśmy w lokalnym barze obiad.

Przez cały czas kusił nas widok jeziora leżącego opodal. Trochę zniechęceni poprzednimi niewypałami postanowiliśmy jednak spróbować - mających nadzieję na przyzwoite warunki do pływania było niewielu. A trzeba przyznać, że tym razem nikt się nie zawiódł, chyba że ktoś z tych, którzy postanowili jednak poleżeć pod barem. Jezioro miało dość strome dno, jeśli w ogóle można w ten sposób to określić. Już po kilku metrach od brzegu kryło nas kompletnie, toteż wreszcie mogliśmy po ludzku popływać, a nie tylko moczyć nogi do kolan :-) Powygłupialiśmy się trochę i nieco zmęczeni wróciliśmy o umówionej porze na miejsce zbiórki.

Czekało nas jeszcze niecałe 60km do Dyneburgu, gdzie mieliśmy mieć nocleg. I to, co zaskoczyło mnie totalnie na tym odcinku to średnia - przez cały czas z budzików nie schodziło trzydzieści kilka :-)) Cała moja grupa, jak wiadomo żeńska, trzymała się dzielnie i mimo nieco zróżnicowanego terenu nie poddała się i poprowadziła całość w tempie iście peletonowym ;-) do samej metropolii.

W Dyneburgu czekała już na nas polonia, która skierowała nas do polskiej szkoły, również świetnie wyposażonej, choć nieco skromniej niż w Rezekne. Nie zważając na dość spore zmęczenie spowodowane wysokim tempem jazdy, rozpoczęliśmy rozgrywki w piłkę halową. Trzy zespoły walczyły zaciekle przez około godzinę, aż wszyscy zlani potem zostali wezwani na kolację, która niestety nie wynagrodziła nam całodniowego wysiłku... Do rozpracowania była bowiem ogromna ilość rozgotowanej kaszy gryczanej ze znikomą ilością sosu - bleeee, nawet największe głodomory pozostawiały resztki w swoich miskach.

Późnym wieczorem zostaliśmy jeszcze odwiedzeni przez miejscowych księży i kleryków, którzy z nielicznymi już nieśpiącymi uczestnikami pogadali sobie co nieco o Polsce, o naszych wyprawach i takich tam... Jeszcze tylko zimny prysznic (naprawdę ziiimnyyyy) i oddaliśmy się sennym marzeniom na parkiecie sali gimnastycznej.

DST: 112,5km
AVS: 25,8km/h

27 lipca 2003 - niedziela

Niedziela - dzień świąteczny. Udaliśmy się do pobliskiego kościoła na mszę polonijną. Nikt niestety nas nie uprzedził, że dyżur liturgiczny będzie musiał co nieco pograć i pośpiewać w czasie komunii. Ale nic to - gitarę szybko zorganizowałem wraz ze śpiewnikami i jak tylko cały pot ze mnie wyparował, byłem gotowy do służby. Trzeba przyznać, że się nieźle namęczyłem machając na wiośle - w kościele były prawdziwe tłumy, więc prześpiewaliśmy chyba z 5 czy 6 piosenek. Dodatkowym elementem urozmaicającym całość był mikrofon, który przystawiono mi pod sam otwór gębowy, z któego wydobywały się nieraz naprawdę dziwne dźwięki :-| Całe szczęście, że ogólny odbiór moich wypocin oraz chórku wspomagającego był pozytywny. Dzięki należą się też Karolowi, który zmienił mnie na parę minut przy gitarze - a zdążyłem się już nieźle spocić :-)

Przed szkołą polską w Dyneburgu
Po mszy zostaliśmy zaczepieni przez panią organistkę, która zajmowała się miejscowym chórem młodzieżowym, który oczywiście śpiewał po polsku. Prosiła nas o jakieś materiały muzyczne, jednak wszystko, co posiadaliśmy, to był śpiewniki z akordami, co stanowi niewystarczającą ilość, by nauczyć się nowych piosenek. A szkoda, bo mogliśmy się przyczynić do urozmaicenia nabożeństw polonii dyneburskiej...

Po powrocie do szkoły udaliśmy się jeszcze na ostatnie zakupy na terenie Łotwy. Kiedy wszyscy byli gotowi do jazdy, słońce było już naprawdę wysoko na niebie. Nie mogliśmy jednak dłużej czekać i ruszyliśmy w stronę odległego o 20km przejścia granicznego. Na miejsce dotarliśmy bardzo szybko, jednak strażnicy nie kwapili się ze sprawną odprawą grupy. Dziwne zwyczaje (bądź humory) tamtejszych służb celnych spowodowały, że straciliśmy ponad 2 godziny na przekraczaniu granicy łotewsko-litewskiej :-(( Już na terytorium Litwy zaopatrzyliśmy się w lity - miejscową walutę - i ruszyliśmy dalej.

Nie dane nam było jednak przyzwyczaić się do pedałowania, gdyż po niespełna 10km mieliśmy postój, podczas którego zjedliśmy obiad. Było już naprawdę późno, toteż czas wolny został skrócony do minimum. Jednak byliśmy zmuszeni poczekać nieco dłużej niż planowaliśmy, gdyż się rozpadało. Z nieznanych nam przyczyn ksiądz chciał uniknąć jechania w taką pogodę mimo, że czasu było coraz mniej, a kilometrów tego dnia zrobiliśmy naprawdę niewiele. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: pograliśmy sobie w mafię oraz spustoszyliśmy zapasy deserów lodowo-owocowych w restauracji, gdzie jedliśmy wcześniej obiad :-))

Dalsza droga wiodła przez górki i pagórki o najrozmaitszych kątach nachylenia. Moja maksymalna prędkość odnotowana tego dnia to 63km/h - widać więc, że płasko raczej nie było :-) Nasze opóźnienie spowodowało jednak, że dzień chylił się ku końcowi, a my nadal nie mieliśmy miejsca do spania. Gościnne miejsce znaleźliśmy dopiero w miejscowości Suginciai, gdzie użyczono nam skromnej sali gimnastycznej. Dotarliśmy tam jednak już po ciemku - około 21-22 wieczorem.

Nikt nie miał specjalnej ochoty na wygłupy, bo dzień był dość męczący. Nie ma się co dziwić więc, że wszyscy padli już przed północą.

W nocy natomiast czekały nas atrakcje, i to niezbyt przyjemne. Najpierw przez otwarte okno posypał się na nasze głowy gruz wrzucony przez podchmielonych miejscowych (całe szczęście nikomu się nic nie stało),a potem rozległ się ogromny huk. Jak się okazało jedna z rur w łazience nie wytrzymała ciśnienia i eksplodowała :-( Ksiądz wespół z Dominikiem poradzili sobie jednak dość szybko z awarią i sprzątaniem bałaganu i reszta nocy upłynęła już nam spokojnie...

DST: 97,8km
AVS: 25,15km/h
Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach