Wypad w góry planowaliśmy już od dłuższego czasu. Jednak matura, a później egzaminy wstępne na studia kazały nam odłożyć organizację do ostatniej chwili. Nie mniej jednak Krasnal zaplanował kilka trasek po Gorcach oraz w okolicach naszych polskich Tatr. Znaleźliśmy również kilka baz noclegowych, w których oczywiście zrobiliśmy wywiad, co, jak, i za ile.

Nasze rowerki w pociąguGdy nadszedł długo przez nas oczekiwany dzień ogłoszenia wyników, a później listy osób przyjętych na studia, zebraliśmy się i postanowiliśmy wyruszyć z naszymi rowerami do Rabki korzystając z połączeń kolejowych. 14 lipca 2002 roku ok. 9:00 zapakowaliśmy nasze rowery (patrz zdjęcie) do bezpośredniego pociągu do Częstochowy i w składzie: ja (Zapałka), Trzmiel, Krasnal, Ewa i Karol oraz dwie niezroweryzowane - Emilia i Kasia, rozpoczęliśmy naszą przygodę. Jeszcze tylko przesiadka w Częstochowie do pociągu do Rabki i ok. 18:00 byliśmy już na miejscu. Bez problemu odnaleźliśmy wcześniej obdzwoniony ośrodek "Turbacz", w którym zamówiliśmy domek. Na miejscu się okazało, że domek jest tak malutki, że nie pomieści 7 osób i rowerów. Lecz właścicielka ośrodka okazała się być osobą życzliwą młodzieży z zainteresowaniami, więc udostępniła nam drugi domek nie dość, że nie pobierając dodatkowej opłaty, to jeszcze obniżając wcześniej ustaloną cenę . Ulokowaliśmy się w tych dwóch teoretycznie 5-osobowych domkach w konfiguracji: chłopcy w jednym, a dziewczęta z rowerami w drugim. Po przejrzeniu stanu rowerów, jeszcze tego samego wieczora pojechaliśmy zwiedzić po krótce Rabkę Zdrój. Tak się złożyło, że przejeżdżaliśmy obok miejscowego parku. Bez zastanowienia wpadliśmy więc w ciemności wyposażeni jedynie w zwykłe lampki halogenowe. Było o tyle ciekawie, że w ogóle nie znaliśmy terenu. Poziom adrenaliny podnosiły kończące się asfaltowe alejki oraz wąskie błotniste ścieżki, a także szum rzeki, która jak się okazało, płynęła tuż obok. Poza tym lekka mgiełka - po prostu żyć, nie umierać - taki klimat

Dzień pierwszy (15 lipca 2002)

DST: 120km
AVS: 20km/h

Dzień ten miał być rozgrzewką przed czekającymi na nas karkołomnymi szlakami m.in. Gorców. Postanowiliśmy więc uskutecznić wariant szosowy Tour de Gorce. Toteż wstaliśmy o 6 rano, zrobiliśmy, co do zrobienia mieliśmy, i ok. 8 dosiedliśmy naszych maszyn. Krasnal wyprowadził nas z Rabki drogą nr 98 prowadzącą na Nowy Sącz. Po 13km byliśmy już w Mszanie Dolnej, gdzie skręciliśmy na drogę nr 968 na Zabrzeż. Minęliśmy Mszanę Górną i w Lubomierzu zaczął się podjazd, który po kilku kilometrach doprowadził nas na przełęcz Przysłop (693m n.p.m). Niestety, już na tym odcinku próbowano skasować naszą grupę - jakiś ćwok w ciężarówce nie przejął się tym, że jedziemy dość szybko i że brakuje miejsca do wyprzedzania. Jechał wprost na czołówkę i jedynie równe pobocze nas wyratowało. Nie zniechęciło to nas i jechaliśmy dalej. Z przełęczy mieliśmy piękny kilkunastokilometrowy zjazd do wsi Szczawa. Już na płaskim znów ledwo uszliśmy z życiem :-(. Tym razem coś mniejszego próbowało zakończyć naszą wycieczkę, ale w bardzo podobny sposób. Z naprzeciwka jechał autobus(?), a że był to dość długi i jedyny w okolicy odcinek prosty, to wszyscy zaczęli go wyprzedzać. Kierowca minibusa zdążył zmieścić się przed nami, ale już seicento, którego kierowca nawet nie spojrzał, czy ma wolne, nie. I znów z pomocą nam przyszło szutrowe pobocze.

Po tych dwóch akcjach stwierdziliśmy, że nasza wycieczka miała być relaksująca. Zgodnie więc darowaliśmy sobie szosową zaprawę i w miejscowości (nieoznaczonej) Kamienica, tuż przed kościołem skręciliśmy na niebieski szlak. Na razie była to asfaltowa droga. Na podjeździe zrobiliśmy parę fotek i w drogę. Jak się okazało, nie było to takie proste - droga miała nachylenie nie spełniające chyba żadnych norm - najlżejsze przełożenie 24-30 pozwalało mi osiągać całe 8km/h i to nakładem sporych sił. Inni mieli do dyspozycji nawet 22-32, ale i tak się nieźle zmachali. Na zaledwie 2-3 kilometrowym odcinku wypociliśmy niewyobrażalną ilość wody, jednak satysfakcja z pokonania takiego podjazdu była również ogromna. Co prawda Ewa stwierdziła to dopiero, po tym jak się na nas wkurzyła za takie trasy i zarzekła się nie jeździć więcej z nami:-)). Do historii przeszła już jej mina oraz tekst: "Zejdźcie mi z oczu!!!".

Tuż po zakończeniu podjazduZrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w miejscu, gdzie się asfalt skończył. Po odpoczynku znów ruszyliśmy pod góre - tym razem już po drodze gruntowej pełnej kolein i kamieni. Na efekty nie trzeba było długo czekać - Karol uczący się dopiero jazdy w SPD zaliczył bliski kontakt z naturą w pobliskich krzakach . Jeszcze tylko parę minut i wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, skąd rozciągały się przepiękne widoki na pasma górkie. Nie omieszkaliśmy uwiecznić tego na światłoczułej kliszy. Lekko w dole znajdowało się osiedle Klinina. Zjechaliśmy tam z nadzieją uzupełnienia zapasów, ale okazało się to niemożliwe :-( z niewiadomych mi przyczyn. Aż tak źle z nami nie było, więc pojechaliśmy dalej. Po osiągnięciu grzbietu w niewytłumaczony sposób wszelkie oznaczenia szlaków zniknęły nam z oczu, chociaż na mapie ciągle istniały. Po krótkim zastanowieniu udaliśmy się główną ścieżką w stronę lasu.

Przy pierwszej kępie drzew zaliczyliśmy krótką sesję fotograficzną i zdecydowanie dłuższy odpoczynek. Później już czekały na nas głównie zjazdy. Najlepsze było jednak to, że otaczała nas tylko natura, droga była wyboista, gdzieniegdzie zalegało błoto i kamienie. To wszystko powodawało, że prawie ze sobą nie rozmawialiśmy - każdy skupiał się na jeździe, która wymagała sporo koncentracji. Czasem tylko ciszę przerywał dziki ryk oznajmiający aktualny wynik w glebach. Raz po raz Karol lub Ewa lądowali na ziemi nie zdążając wypiąć się z espedów. Dzień ten był dla nich prawdziwą szkoła przetrwania - oboje jeździli w klikach dopiero kilka dni, a dodatkowo trudny teren wymagał od nich sporo samozaparcia i silnej woli.

Jechaliśmy ciągle szukając oznaczeń szlaków. Zbytnio się nie martwiliśmy o zabłądzenie, gdyż było dopiero południe, a i nasza dotychczasowa droga była dość łatwa do zapamiętania. Jedynie Krasnal nalegał, żebyśmy zawrócili. Mimo wszystko jechaliśmy dalej, kierując się jedynie intuicją i mapą, bardzo przyjemną, mało uczęszczaną drogą wiodącą cały czas przez las. Po kilku kilometrach wyjechaliśmy już z lasu i dojrzeliśmy krowy. Jakież było nasze zadowolenie, gdyż obecność bydła, oznaczała również, że możemy liczyć na spotkanie z jakimiś istotami ludzkimi, które wzkażą nam drogę. Jeszcze tylko wyminięcie byczka w bezpiecznej odległości i znaleźlismy się na gospodarstwie oznaczonym nr 27. Miejscowi użyczyli nam świeżej wody oraz skierowali nas w stronę cywilizacji. My jednak nie do końca się ich posłuchaliśmy i zamiast drogą pognaliśmy w dół szlakiem dla pieszych. Nie wiem, dlaczego tak zrobiliśmy, ale bardzo mi się podobało .

Szlak ów już na samym początku przywitał nas bardzo stromym (jak na nasze XC maszynki) zjazdem. Dodatkowo poziom adrenaliny podnosiła obecność dużych głazów już dawno wyślizganych przez piechurów oraz bardzo strome zbocze po lewej stronie ścieżki szerokiej jedynie na ok. 1-1,5m. Trzmiel pojechał, więc czemu ja bym miał tego nie zrobić? Rzuciłem się za nim, ale po drodze doszedłem do wniosku, że nie był to najlepszy pomysł . Niestety było już za późno - musiałem jechać, gdyż nie miałem możliwości zatrzymania się. Balansowałem jedynie ciałem oraz wykorzystywałem maksymalnie dostępną przyczepność. I udało się - na bardziej przyjazną ścieżkę dojechałem z czystym kontem :-). U Karola, Ewy i Krasnala rozsądek wziął górę i oni sprowadzili swoje rowery po najtrudniejszym odcinku.

Zakręt podczas zjazduTak skończył TrzmielDalej szlak był mniej lub bardziej stromy, jednak tuż przed dojechaniem do pierwszych zabudowań znów kąt się zwiększył. Udało nam się jednak bezpiecznie wyhamować i dopytać o drogę. Ruszyliśmy dalej, z lekka trawersując drogę. Niestety Ewie nie udało się dobrze wyczuć przedniego hamulca i zaliczyła bardzo efektowne OTB. Jako że nic jej się nie stało, pognaliśmy dalej. Teraz był zjazd wyłożony średniej wielkości kamieniami. Znów należało się maksymalnie skupić na jeździe, gdyż każdy upadek mógł być bardzo groźny. Po jakimś czasie dojechaliśmy w końcu do rzeki. W oddali widzieliśmy most, jednak my zapragnęliśmy przeprawić się w poprzek bez korzystania z takich wynalazków . Z powodu dotychczasowej suszy, rzekę stanowiły dwa niewielkie strumienie. Jeden z nich można było bez problemu przejechać na rowerze, zaś drugi był już zbyt głęboki. Nie mniej pierwszy z nich przejechaliśmy mniej lub bardziej sprawnie (ja i Krasnal przejechaliśmy, Ewa przeprowadziła, Karol się cały skąpał, a Trzmiel sam wskoczył z roweru do wody mocząc się jedynie od pasa w dół). Drugi zaś strumień każdy przebrnął na swój sposób, jednak zawsze z rowerem na plecach.

Po wyjechaniu na drogę okazało się, że jesteśmy już w Ochotnicy, czyli tam, dokąd zmierzaliśmy. Pojechaliśmy w górę rzeki, jednak już po kilku minutach rozszalała się burza. Znaleźliśmy schronienie w miejscowym sklepie. Mieliśmy rónież czas zająć się Karola przednim kołem, które topornie się kręciło i bardzo szybko się nagrzewało. Okazało się, że winę za to ponosiła plastikowa uszczelka, która zeskoczyła z gwintu i należało ją najpierw ostrożnie wykręcić, a później z wyczuciem dokręcić kluczem 23, którego użyczył nam miejscowy mechanik. Jak tylko pogoda się poprawiła, udaliśmy się w dalszą drogę kierując się na Nowy Targ. Po drodze spotkaliśmy dwoje turystów rowerowych z Francji, którzy ciągnąc swój dobytek na przyczepce jechali z Warszawy na południe Europy, skąd zamierzali się udać z powrotem do Francji. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów z nimi odłączyliśmy się i pojechaliśmy nieco żwawszym tempem w swoją stronę.

Zaczęliśmy się wspinać na Przełecz Knurowską (846m n.p.m.). Po jej osiągnięciu zaczął się bardzo długi zjazd, jednak po tak fatalnej nawierzchni, że nie można było nawet myśleć o łapaniu jakichś kosmicznych prędkości. Mimo to, wszystkie samochody, które do tej pory nas wyprzedzały, my doganialiśmy. Dojechaliśmy już do głównej drogi, którą jechaliśmy aż do Zakopianki. Tą z kolei przekroczyliśmy pod mostem i cały czas kierowaliśmy się już na wieś Morawczyna, a potem Dział. W okolicach Pieniążkowic dojechaliśmy do drogi nr 958, którą już cały czas jechaliśmy prosto do Rabki.

Po całym dniu byliśmy wykończeni. Zgodnie stwierdiliśmy, że nie należy łączyć tras szosowych i górskich, gdyż powoduje to znaczne zmęczenie, które w pewnych warunkach uniemożliwi powrót do bazy. Nam się jednak udało i zadowoleni poszliśmy spać ok. 22.

Dzień 2 (16 lipca 2002)

DST: 38,3 km
AVS: 10,23 km/h

O godzinie 6:00 zerwaliśmy się z łóżek i ok. 9:00 byliśmy już gotowi do wyjazdu. Ruszyliśmy ze stacji kolejowej w Rabce ulicami Orkana i Dietla. Jest to początek oznaczonego szlaku czerwonego. Po kilku minutach podjazdu szlak mija zabudowania i wychodzi na bezleśny grzbiet. Później pojawia się już las. Dorga wiedzie szutrami, czasem zalanymi wodą, tu i ówdzie trzeba pokonać błotniste odcinki. Pokonaliśmy jedno czy dwa ostre podejścia i dotarliśmy na Maciejową (815m n.p.m.), skąd widać wyciąg narciarski. Pół kilometra dalej znaleźliśmy się w schronisku na Maciejowej, gdzie posililiśmy się i odsapnęliśmy nieco.

Po zrobieniu kilku fotek zaczęliśmy piąć się po kamienistych podjazdach w górę. Czasem mogliśmy złapać oddech na nielicznych zjazdach. Wreszcie dotarliśmy na polanę - Stare Wierchy (983 - 998m n.p.m.). Tam przy schroniksku mieliśmy odpocząć, jednak kilka wycieczek pieszych skutecznie blokowało miejsce, więc udaliśmy się dalej i dopiero w lesie się zatrzymaliśmy. Ze Starych Wierchów szlak prowadzi grzbietem górskim. Po drodze minęliśmy szczyt Obidowiec (1106m n.p.m.) oraz pomnik upamiętniający katasftrofę lotniczą. Teraz już coraz częściej wspinaliśmy się, czasem część z nas zmuszona była zsiąść z rowerów i podprowadzać. Ale to wcale nie był najcięższy etap. przed nami czekał szlak pełen korzeni i dziur wymytych przez strumień. O ile to było jeszcze przejezdne (z przy dużym uporze, ale zawsze), to ostatni etap upłynął nam pod znakiem wnoszenia rowerów. Przewalone w poprzek ścieżki drzewa uniemożliwiały poruszanie się na rowerach :-((.

Ostatecznie dotarliśmy jednak na Turbacz. Najdziwniejsze jest to, że na właściwym szczycie (1310m n.p.m.) jest obelisk, ale niestety bez żadnej informacji, że to właśnie najwyższy punkt w okolicy . O tym dowiedzieliśmy się nieco niżej w schronisku, gdzie spędziliśmy pewnie z godzinkę.

Po regeneracji sił udaliśmy się szlakiem niebieskim w dół. Początkowo był to łagodny zjazd pełen błota, które powstało w wyniku regularnego rozjeżdżania przez ciągniki do wyrębu lasu. Gdy szlak wyłonił się już zza drzew, znaleźliśmy się na ogromnej polanie. Przecięliśmy ją i na rozwidleniu szlaków nadal trzymaliśmy się niebieskiego. Przed nami wyrosła całkiem spora skała, której nie zdołaliśmy zdobyć na rowerach, Po osiągnięciu wzniesienia okazało się, że dalsza jazda szlakiem niebieskim jest zabroniona. W tym momencie siedzący tam piechur usłyszał całkiem siarczystą wiązankę na temat oznaczeń i organizacji w Gorczańskim Parku Narodowym. Ale łącząc się z nami w bólu, zasugerował, że szlak mimo iż jest pieszy, to jest przejezdny. Momentami miały na nas tylko czekać naprawdę spore stromizny. Krótka decyzja: jedziemy!

Zaczęło się nawet ostro - zjazd po korzeniach i ogromnych kamieniach w sumie wąską ścieżką. Już tutaj Karol, Ewa i Krasnal postanowili sprowadzać rowery. Dotarliśmy do polany Średniej i później Szałasiska, gdzie dość trudno mi i trzmielowi było zahamować ze względu na spore nachylenie zjazdu :-). Później pojawił się odcinek tak stromy, że nawet Trzmiel mający wyłączoną część mózgu odpowiedzialną za rozsądek w czasie jazdy rowerem, zatrzymał się i zaczął sprowadzać. Kiedy jednak szlak skręcił w prawo na błotnistą ścieżkę, znów dosiadł swojego Authora i pomknął w dół, mimo że najrozsądniejszym wydawało się być sprowadzanie rowerów po ścieżce trawersującej zbocze. Jednak widząc, że trzmielowi całkiem nieźle szło, sam postanowiłem zjeżdżać po tej wąskiej i błotnistej ścieżce. Tam poziom adrenaliny miałem największy, ale warto było :-))) Reszta brygady dopiero pod koniec trawersu rozpoczęła jazdę.

W końcu wyjechaliśmy na oznakowany szlak rowerowy, którym była bardzo szeroka i płaska droga usłana drobnymi kamyczkami. po krótkiej przerwie udaliśmy się dalej, opuszczając już teren parku. Wyjechaliśmy do osady Koninki, po czym ją minęliśmy. Dalej skręciliśmy między zabudowaniami wsi Olszówka w lewo i znowu musieliśmy pożegnać się na jakiś czas z asfaltem. Zaczęliśmy się piąć dość ostro i dość długo pod górę. Gdy już byliśmy na szczycie wzniesienia, dopadła nas burza. Postanowiliśmy jednak jechać dalej. pokonaliśmy jeszcze różnymi technikami baaaardzoooo stromy podjazd długości kilkuset metrów i rozpoczęliśmy zjazd do Rabki. Najwięcej problemów miał Krasnal, któremu ciągle parowały okulary od deszczu. W końcu szutr się skończył i wyjechaliśmy na ulicę w Rabce. Tam schroniliśmy się w sklepie i przeczekaliśmy oberwanie chmury. Po ok. pół godzinie ruszyliśmy dalej. Nie wiedzieliśmy jednak, że czeka nas spływ - ulica Piłsudskiego zamieniła się w strumień głębokości kilkunastu cm. Dodatkową atrakcję stanowiły kamienie, butelki i drewno, które niesione prądem nieraz wyłaniały się tuż przed naszymi kołami. To jednak nic - w samym środku strumienia Ewka złapała gumę. Widok nas naprawiających jej detkę wśród potoku stanowił dla przejezdnych nie lada widok . Później już bez przeszkód dotarliśmy do naszych domków, gdzie rozpoczęliśmy suszenie i odrdzewianie sprzętu. Chwilę po nas wróciły także Emilia z Kaśką, które również niemiłosiernie zmokły.

Najgorszą rzeczą tego dnia było jednak to, że nie mamy żadnych zdjęć. Nie to, że nie robiliśmy - już w Siedlcach okazało się, że klisza jest uszkodzona i najbardziej ekstremalny dzień naszego wypadu w góry pozostanie utrwalony jednynie w naszej pamięci i w tej o to relacji

Dzień 3 (17 lipca 2002)

Wcześnie rano Krasnal wsiadł w pociąg i udał się z powrotem do Siedlec. Doszedł do wniosku, że jego rower nie pozwala mu na czerpanie przyjemności ze szlaków - brakowało mu espedów i amorka. My zaś wstaliśmy ok. 7:00 i kończyliśmy suszenie ciuchów. Zaraz po śniadaniu wzięliśmy się także trochę za pranie oraz za nasze rowery. W trakcie oględzin doszliśmy do wniosku, że parę kół potrzebuje podciągnięcia oraz że klocki mojej Univegi już długo nie pociągną

Wsiadłem więc na rower i pojechałem szukać sklepu rowerowego w Rabce - znalazłem dwa i w obu nie było wyboru. Znaczy się wybór był: albo biorę tandetne klocki za parę zeta albo nie ;-). Stwierdziłem, że poszukam w Zakopcu. Po powrocie wyczyściliśmy już wszystkie napędy oraz nasmarowaliśmy i wyregulowaliśmy wszystko, co tego wymagało. W międzyczasie skoczyliśmy na obiad do jadłodajni, w której uraczono nas pieczenią z indyka, jakąś zupką i kompocikiem za jedyne 12pln) Jedyną wadą stołówki był brak możliwości wyboru dania - dawali po prostu to, co ugotowali danego dnia. My akurat trafiliśmy świetnie...

Spotkanie pod Wielką KrokwiąDokładnie o 14:59 czekaliśmy już w Chabówce na pociąg do Zakopanego. Gdy już dotarliśmy do zimowej stolicy Polski, zaczęliśmy się martwić o nocleg. Jednak długo nie musieliśmy tego robić, gdyż jeszcze na peronie nocleg znalazł się sam :-) Zapakowaliśmy bagaże do samochodu właścicielki kwater i na jej zderzaku ze średnią >40km/h udaliśmy się na Harendę, gdzie tuż przy muzeum Kasprowicza mieliśmy się ulokować w bardzo dużym 6-osobowym pokoju z oddzielnym wejściem i łazienką za 20zł/os.

Po tzw. urządeniu się wybraliśmy się na przejażdżkę po Zakopanem. Zaliczyliśmy lody na Krupówkach, gofry pod Wielką Krokwią. Tam też spotkaliśmy tłuściochów, którzy akurat przebywali na obozie językowym w Kirach. Aha, kupiłem również jakieś klocki: nonamy na tył i jakieś niby ceramiczne na przód. Hamowały nieźle, ale tylko na sucho, więc zmuszony byłem kupić inny zestaw . No i w Zakopanem okazało się także, że nie jesteśmy w stanie ustawić klocków Trzmiela i Ewy tak, by nie piszczały. Żadne kąty nie wchodziły w rachubę - musieliśmy się przywyczaić do oznajmiania przez nieszczęśników ich zamiarów hamowania...

Gubałówka na piechotęDzień 4 (18 lipca 2002)

O 6:00 rano zerwaliśmy się z łóżek z zamiarem dotarcia na Gubałówkę. Zadanie nie wydawało się trudne, szczególnie że mieliśmy na mapie oznaczoną drogę wprost spod naszego domu. Miejscowi nas ostrzegali, że tędy się nie da, ale skoro było na mapie, to czemu nie . Wyjechaliśmy o 8:30 i nie przejechaliśmy nawet 0,5 km, gdy musieliśmy zacząć podprowadzać rowery - jednak górale wiedzieli, co mówili . Tak więc droga na Gubałówkę zeszła nam spacerkiem...

Postój podczas zjazdu z GubałówkiGdy już nasza ścieżka się skończyła, dotarliśmy do głównej drogi idącej grzbietem. Po jej równiutkim asfalcie zaczęliśmy się toczyć w kierunku Gubałówki. Pod kolejką znów spotkaliśmy Grześka i Bartka, z którymi zaliczyliśmy zjazd po torze saneczkowym. Jeszcze tylko jakieś lody i picie i rzuciliśmy się w dół wzdłuż kolejki. Już na początku Karol prawie zaliczył spotkanie z płotem, po tym jak stracił panowanie w koleinie - ale udało mu się. Chwilę później Ewa przesadziła z siłą na hamulcu przednim i wykonała OTB. Tymczasem ja z Trzmielem byliśmy już na mostku nad kolejką, gdzie postanowiliśmy poczekać na resztę. tam też spostrzegliśmy, że nasze obręcze już po tak krótkim zjeździe wymagają chłodzenia :-((. Dłuższy postój, fotki i dalej przed siebie. O ile my zachowywaliśmy jakiś tam rozsądek, to Trzmiel postanowił jechać jak najdłużej bez hamowania. W efekcie obrał błędny kurs i swoją jazdę zakończył obok koleiny, w którą wpadł. Straty: otarty bok oraz urwana linka i prawdopodobnie pęknięty amortyzator (dopiero w Siedlcach Trzmiel zauważył pęknięcie, ale podejrzewamy, że to właśnie wtedy, go tak urządził).

Na samym dole Karol, który cały czas powtarzał, by uważać na dobicia koła, złapał snake'a . Z naszych planów zaliczenia Doliny Chochołowskiej tego dnia musieliśmy już zrezygnować. Trzmiel musiał kupić linkę od przerzutki (oczywiście fachowa obsługa dała mu linkę hamulcową ). Pod sklepem jeszcze okazało się, że zgubiliśmy narzędzia , na szczęście mieliśmy jeszcze jeden komplet w domku. Udaliśmy się więc tam i naprawiliśmy różne awarie m.in. centry na kołach. Potem jeszcze raz udaliśmy się do miasta w poszukiwaniu dobrych scyzoryków narzędziowych - niestety w całym Zakopanem znaleźliśmy chyba tylko 3 sklepy, przy czym jeden prawie nic nie miał na stanie, a obsługa wiedziała jedynie, co to rower, a w pozostałych narzędzia były towarem deficytowym . Nie obyło się bez przygód - droga powrotna to ucieczka przed deszczem, co miało się stać już naszą tradycją, podczas powrotów na kwatery. Na miejscu wysuszyliśmy się i łyknęliśmy po browarze, a potem zaczęliśmy rąbać do nocy w karty )

DST: szkoda gadać, jakieś 20 parę kilometrów, może 30, a o średniej nawet nie wspominam

W Kuźnicach pod kolejkąDzień 5 (19 lipca 2002)

DST: 50,5 km
AVS: 16,15 km/h

Na ten dzień zaplanowaliśmy wyprawę nad Jezioro Czorsztyńskie bądź do Murowańca i z powrotem. Toteż wstaliśmy już przed 5:00, by ok 6:50 wyruszyć w trasę. Niestety było bardzo mokro i zimno. Wyjeżdżając z Harendy skręciliśmy w lewo w kierunku Krakowa. Po ok. 1km skręciliśmy w prawo na szlak im. Jana Kasprowicza (pomarańczowy), który miał nas doprowadzić na Pardałówkę. Niestety zgubiliśmy oznaczenia i ostatecznie wyjechaliśmy na drogę na Olczę. Asfaltem jechaliśmy w kierunku Kuźnic, gdzie zrobiliśmy sobie parę zdjęć i udaliśmy się w drogę powrotną. Chcieliśmy jechać na Jaszczurówkę i Topolową Cyrhlę, jednak już po kilku kilometrach postanowiliśmy wrócić po cieplejsze ubrania. Baliśmy się trochę o kolana. W domku napiliśmy się gorącej herbaty i ubraliśmy, co kto miał. A mieliśmy niewiele - Trzmiel oddał swoje długie spodnie rowerowe Ewie, sam zaś z Karolem owinął sobie kolana skarpetkami i bandażami. Ja natomiast narzuciłem swoje rajstopki, które nie wiedzieć czemu zabrałem ze sobą W każdym razie zrobiło nam się nieco cieplej.

Problem ze szprychąZ racji dość późnej pory zmieniliśmy nasze wcześniejsze plany i postanowiliśmy nadrobić dzień poprzedni. Udaliśmy się więc do centrum Zakopanego, a potem pod Wielką Krokwię, gdzie wjechaliśmy na Drogę pod Reglami. Drogą tą zamierzaliśmy dotrzeć do Doliny Chochołowskiej. Sama jazda dostarczała wielu wrażeń: mieliśmy kilka krótkich, ale ostrych podjazdów, były też zjazdy. Może nie warto by było o tym wspominać, gdyby nie pogoda. Otóż było tak wilgotno, że należało bardzo ostrożnie jechać, jednak na tyle pewnie, by przypadkowo nie poślizgnąć się na którymś z kamieni. Gdy już dojeżdżaliśmy do Kir, zaczął się dość długi zjazd. Już kamienie nie były tak duże jak wcześniej, jednak nie był to zjazd nudny. Jazdę urozmaicały poprzeczne kanały odprowadzające wodę, które można było pokonać na dwa sposoby: albo przeskakując przy dość dużej prędkości, albo przejeżdżając z niemalże zerową prędkością. Oczywiście wszyscy wybraliśmy metodę pierwszą - nawet Ewa, która dopiero zaczynała się uczyć skakać . Na efekty nie trzeba było długo czekać - Trzmiel tak się rozochocił, że raz prawie wypadł z zakretu, który pojawił się tuż po lądowaniu przy prędkości ok.45km/h. Wyszedł z tego jednak obronną ręką. Później czekał nas lekki podjazd i znowu zjazd o podobnej charakterystyce jak poprzedni: ślisko, drobne kamyczki, ostro w dół i parę zakrętów no i oczywiście poprzeczne kanały. Hamowanie przed szlabanem tuż przed Kirami sprawiło nam trochę problemów - każdy chciał jak najdłużej utrzymać swoją prędkość, jednak nikt nie był przywyczajony do zatrzymywania się w określonym miejscu z prędkości ponad 50km/h. Na szczęście wszyscy trafili w bramkę między szlabanem a płotem.

Po powrocieW samych Kirach zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek pod sklepem spożywczym. Potem udaliśmy się drogą na Chochołów, po czym skręciliśmy na szlak zielony, który miał nas zaprowadzić wprost do Doliny Chochołowskiej. Niestety już na pierwszym podjeździe jedna ze szprych w mojej Univedze odmówiła posłuszeństwa i postanowiła pęknąć Mi to bardzo nie przeszkadzało, bo miałem mocne felgi i chciałem jechać dalej. Ale o naszym powrocie zadecydowała gorączka Ewy Po drodze na kwatery wstąpiliśmy jeszcze do znanego już nam sklepu rowerowego, gdzie zakupiłem dwie szprychy. Na miejscu okazało się, że kupiłęm nieco za długie, ale mam bardzo wysoki profil obręczy, więc nie było problemu, szczególnie że gwint był bardzo długi. No i oczywiście zdobyłem cenne doświadczenia w dziedzinie zakupu szprych Trzmiel natomiast próbując naprostować hak w swoim Authorze, urządził go tak, że z ust jego szły tylko przekleństwa. Uszkodził gwint w haku i pozostało już mu tylko wkręcenie przerzutki "na chama" i modlenie się, że nic więcej się nie przydarzy. (BTW: po powrocie Trzmiel bez problemu kupił sobie dwa haki, co jak się okazało i mi umożliwiło odrestaurownie rowerka

Dzień 6 (20 lipca 2002)

DST: 47,26 km
AVS: 16,38 km/h

Pobudkę zaliczyliśmy już o 7:00, jednak nikomu się nie chciało wstawać i tak byczyliśmy się do 9:00. Kiedy jednak wstaliśmy, postawiliśmy sobie za cel dojechać do schroniska w Dol. Chochołowskiej niezależnie od okoliczności. Wybraliśmy się więc znaną nam już Drogą pod Reglami, gdzie byo jeszcze bardziej ślisko niż dnia poprzedniego - cały czas lekko siąpił deszcz. Podczas przejażdżki wynik w glebach ustalił się na 17:11 dla Karola oraz 2:0 dla Trzmiela, który chcąc zmienić kurs na kamieniach spadł z głazów i uszkodził sobie lekko dłoń (rękawiczki zostawił do suszenia ).

Gdy opuszczaliśmy Kościelisko deszcz juz zaczął padać i przestał przypominać jedynie mgłę. Jednak był na tyle niewielki, że postanowiliśmy jechać dalej. Gdzieś w połowie zielonego szlaku rozpadało się na dobre, lecz my byliśmy zdeterminowani i koniecznie chcieliśmy zaliczyć obrany rano cel. W strugach deszczu dotarliśmy do schroniska na Polanie Chochołowskiej, gdzie zjedliśmy ciepły posiłek, trochę się ogrzaliśmy i mimo braku poprawy pogody udaliśmy się w drogę powrotną. To okazało się być trudniejszym zadaniem - kilkukilometrowy bruk tak rozmasował moje i Ewy dłonie, że jeszcze przez kilka dni czuliśmy ból w paliczkach . Asfaltowa droga do Chochołowa była dla nas prawdziwym wybawieniem...

Gdy w drodze powrotnej mijaliśmy Kościelisko, zaczęły dokuczać nam kolana. Nie byliśmy przygotowani na takie warunki, więc nic dziwnego, że zaczęły szwankować. Spokojnym tempem dotarliśmy do Zakopanego, gdzie zaczęła się prawdziwa ulewa, która zmusiła nas do szaleńczej gonitwy ulicami, by jak najkrócej przebywać w nieprzyjaznych nam warunkach. Gorący prysznic na miejscu oraz piwko pozwoliły nam zapomnieć o niesprzyjającej aurze. Jeszcze tylko masaż z BenGayem w wykonaniu Ewy i nasze kolanka też przestały protestować. Resztę dnia i wieczór spędziliśmy na graniu w karty i różnych tam wygłupach . Spać się położyliśmy ok.2 w nocy.

Dzień 7 (21 lipca 2002)

Ten dzień był już dniem ostatnim. Rano spakowaliśmy nasze rzeczy, posprzątaliśmy pokój i naszywkowaliśmy się do podróży do Siedlec. Jeszcze tylko rozdzielenie wspólnych zapasów żywności i innych i mogliśmy spokojnie udać się na stację PKP. Tam pociąg do Krakowa już na nas czekał. Wykupiliśmy bilety i zapakowaliśmy nasze maszynki do przedziału maszynistów, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni, bo dzięki temu nasze rowery nikomu nie przeszkadzały, a i my nie musieliśmy się martwić o ich stan. Przesiadka w Krakowie i ok. 20:00 byliśmy już w Warszawie. Tam z kolei pożegnaliśmy się z Kaśką, a sami wsiedliśmy do pociągu podmiejskiego do Siedlec.

W ten sposób nasza wyprawa się zakończyła. Było to dla nas pierwsze tego typu przeżycie, więc nie powinno tak bardzo dziwić nasze mizerne przygotowanie do jazdy po górach. Mimo że nie zrealizowaliśmy kilku zaplanowanych wariantów szlaków, to i tak jesteśmy zadowoleni z wyjazdu. każdy z nas inaczej sobie wyobrażał góry na rowerze, lecz teraz wiemy, jak to wygląda naprawdę, więc na następną taką wyprawę już się przygotujemy, jak należy. Z tego, co przeżyliśmy, możemy wysnuć jeden główny wniosek - lepiej darować sobie Tatry, a pojechać w góry nieco niższe. Tam przynajmniej jest mniejszy tłok, a i nikt raczej nie ma przeciwko, jeśli się jedzie nawet po szlaku pieszym. Najbardziej żal nam tylko zdjęć z Turbacza, no ale wszystkiego mieć nie możemy - najważniejsze jest to, co sami przeżyliśmy.

Tak więc do zobaczenia na szlaku...{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach