Rajd majowy 2002Jak zwykle trasę wyprawy ułożył Krasnal. Mapa to w zasadzie jego drugie imię, więc byliśmy pewni, że większych niespodzianek nie będzie. Tradycyjnie już pierwszego dnia przed wyjazdem spotkaliśmy się na porannej mszy św. w kościele św.Stanisława w Siedlcach. Na oczach tych, którzy pierwszy raz wybierali się na rajd, widać było lekką obawę i niepewnośc. A wszystko przez pogodę: było naprawdę chłodno, no i od wczesnego rana padało. Nie wróżyło to przyjemnej jazdy, jednak tuż po mszy niebo się przejaśniło, więc nadzieja wróciła.

Grupa przed wyjazdemDzień pierwszy (30 kwietnia 2002)

Trzeba przyznać, że na tegoroczny rajd majowy uczestnicy wyjątkowo pozabierali sprzęt sprawny - niewiele było usterek wymagających natychmiastowego traktowania. Sebastian miał jednak pecha: jeszcze na placu złapał gumę w swoim białym Giancie. Uporał się z tym dość szybko, jednak zapomniał o najważniejszym - usunięciu przyczyny :-( Zaowocowało to przebiciem drugiej dętki tuż po wyruszeniu w drogę. Zaraz po starcie okazało się również, że w przeciwieństwie do rowerów ich właściciele nie byli przygotowani na wyprawę, co znacznie zwolniło tempo -nawet do 15km/h :-((( Ostatecznie można było to jeszcze zrozumieć, bo dla większości był to w zasadzie początek sezonu, a przeciwny wiatr i niska temperatura raczej nie zachęcała do jazdy. W eskorcie nieco spóźnionej policji opusciliśmy Siedlce i bocznymi drogami skierowaliśmy się do Łukowa,a później do Adamowa na obiad. Ta część trasy zmusiła weteranów do przypomnienia sobie, jak to jest, jak się jedzie ze średnią poniżej 20km/h -trzeba było sobie również odpuścić narzekanie, bo to tylko niepotrzebnie stresowało :-)

Gra w bierkiW każdym razie atmosfera się rozluźniła już po obiadku, gdy poznaliśmy Kotka Parszywka, któremu niestety nie dane było długo pożyć :-( oraz podczas gry w bierki :-). Po spożyciu schabowego ruszyliśmy dalej. Po drodze trzeba było pokonać parę podjazdów, ale był również jeden dość długi zjazd (max ponad 60km/h) wprowadzający do Sobieszyna. Zanim dojechaliśmy do szkoły, jednemu z uczestników rozleciała się tylna przerzutka. Grupa pojechała dalej, a do naprawy został tradycyjnie już Borek oraz ja, Trzmiel i kilku chłopaków, co to się chcieli mechaniki rowerowej uczyć :-). Po krótkich oględzinach okazało się, że śrubka trzymająca kółeczko w wózku po prostu wyleciała. Jednak żadnym sposobem nie mogliśmy jej przykręcić. Diagnoza: urwany gwint w wózku (śrubka była cała). Zajęło to nam dość dużo czasu, więc zdążyliśmy zmoknąć, bo akurat jakaś chmura miała taką potrzebę :-/ Poholowaliśmy delikwenta na miejsce, jak nam się wydawało, noclegu. Po jakimś czasie Trzmiel stwierdził, że tą przerzutkę da się jednak uratować i odprawiając jakieś czary udało mu się wkręcić felerną śrubkę :-) I tak czekaliśmy końca dnia...

Oczekiwanie to zostało jednak przerwane przez wiadomość, że trochę drogi pomyliliśmy i to nie jest szkoła, gdzie dane nam było spać :-( Trzeba było skręcić w inną drogę tuż przed wspomnianym wcześniej zjazdem. Dla niektórych była to zła, a wręcz fatalna wiadomość, ale jechać trzeba było. Proboszcz miejscowej parafii wskazał nam drogę na skróty przez las, z której skorzystaliśmy, jednocześnie omijając stromy podjazd. W głębi lasu ukazał nam się przepiękny zjazd po korzeniach o dość sporym nachyleniu. Ksiądz kazał rowery sprowadzać, ale pod pretekstem sprawdzenia, co jest dalej oraz udając, że nie usłyszałem :-) wpiąłem się i popędziłem w dół. Część zjazdu w zasadzie przeleciałem :-). Zaraz za mną zjechał Trzmiel,a później próbowaliśmy się z powrotem wdrapać na górę, żeby jeszcze raz zjechać. Niestety nasze semislicki nie dały rady przy takim nachyleniu na wilgotnej nawierzchni :-(. Wciągnęliśmy jednak sprzęty i jak całą grupa zjechała lub zeszła, zaliczyliśmy jeszcze po dwa zjazdy :-) Rzadko się zdarza takie urozmaicenie na rajdach...Nawet Ewa, zwykle sceptycznie nastawiona do wygłupów na wertepach była zadowolona.

Później już tylko czekało nas wspinanie się po polnej ścieżce prze pola i jeszcze jeden przyjemny zjazd alejką z drzew do właściwej już szkoły, w której internacie mieliśmy przygotowany nocleg. Grupa gospodarcza przygotowała kolację - parówki i sałatkę, a później po krótkim przeglądzie niektórych rowerów udaliśmy się na spoczynek.

Dystans: 96km
Średnia podczas jazdy: 18,2km/h

Rynek w KazimierzuDzień drugi (1 maja 2002)

Rano udaliśmy się tą samą drogą, którą przebyliśmy pod wieczór, na mszę w kościele w Sobieszynie. Po nabożeństwie ruszyliśmy w kierunku Nałęczowa. Tego dnia mojej grupie wypadło jechać na końcu i zbierać wszystkich ociągających się. A że trochę osób się zebrało, wkrótce straciliśmy kontakt wzrokowy z resztą rajdu. Po krótkim wywiadzie w jednej z wsi skręciliśmy na główną drogę na Nałęczów, a parę kilometrów dalej okazało się, że trzeba było skręcić w zupełnie przeciwnym kierunku. Ostatecznie jednak dzięki mapie Krasnala ustaliliśmy, że nie będziemy się wracali, tylko że dołączymy do grupy kilkanaście kilometrów dalej nakładając jedynie ok.5-6km. Te dodatkowe kilometry pozwoliły bliżej poznać się osobom, których szczęściem bądź nieszczęściem (zależy jak patrzeć) było jechanie na szarym końcu. Na jednym z postojów Trzmiel zademonstrował, jak się przeskakuje przeszkody, w tym przypadku mnie leżącego na środku drogi :-)

Na promieOdpoczynek w Nałęczowie

Gdy już zjechaliśmy w miejsce, gdzie czekała na nas calutka grupa, bez dalszych przeszkód ruszyliśmy do bliskiego już Nałęczowa. Tam zjedliśmy solidny obiadek, a po krótkiej sjeście udaliśmy się do tamtejszego uzdrowiska. Zaopatrzeni w źródlaną wodę skierowaliśmy się na Kazimierz Dolny, gdzie mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie, gdyż czekalismy na przeprawę promową do Janowca. Kaśka -nasza kucharka- na rynku w Kazimierzu odnalazła słynnego Wąskiego z Killera i po krótkim pytaniu, czy on zawsze leje przez spodnie, zrobiła sobie z nim zdjęcie (które być może odnajdę i zeskanuję:-). Następnie zaliczyliśmy przeprawę przez Wisłę i osiągnęliśmy Janowiec -miejsce pochodzenia Imbryka Ewy.

Dystans: 60km
Brak danych o średniej :-P

Dzień trzeci (2 maja 2002)

Rano ksiądz Marek wysłał mnie i Borka do kościoła w Janowcu, żebyśmy zaklepali sobie kościół na mszę poranną. Po krótkiej rozmowie z księdzem tam pracującym wróciliśmy na śniadanie, po którym już całą grupą udaliśmy się na nabożeństwo. Pożegnaliśmy również Trzmiela i Adika, którzy ze względu na maturę i egzaminy postanowili wrócić już do Siedlec. Po mszy okazało się, że ksiądz, z którym rozmawialiśmy, też jeździ na rowerze i w dodatku obiecał wyprowadzić nas jakąś ciekawą trasą z Janowca. I owszem -trasa była ciekawa. Jechaliśmy przez pola i łąki, najpierw drogą ułożoną z płyt betonowych, a później typowymi drogami polnymi, jak również wałem przeciwpowodziowym. Najlepsze było jednak to, że te kilkanaście kilometrów można było przejechać znacznie szybciej. Kilka osób jakoś się zostało w Janowcu i później dołączyło do całej grupy robiąc co najwyżej połowę naszego dystansu. Ale ten dzień miał pokazać, że to była jedynie rozgrzewka przed prawdziwymi wertepami...

Przez cały dzień skwar lał się z nieba i wiał przeciwny wiatr. Dla niewprawionych był to prawdziwy sprawdzian silnej woli. Widząc ogólne zmęczenie ksiądz Marek zdecydował się skrócić drogę. Pytając miejscowych oraz korzystając z dokładnych map Krasnala wybrał drogę, która miała nas doprowadzić do Zawichostu na obiad. Lecz los nam nie odpuścił - droga ta okazała się być piaszczystą drogą wiodącą przez pola (gdzie nie było żadnej osłony od dość silnego wiatru) oraz lasy. Było też dość sporo długich podjazdów, które mocno dawały w kość z uwagi na bardzo luźne podłoże. Gdy tak jechaliśmy przez te piachy, nagle zaczął się zjazd. Ale co to był za zjazd! :-) Strasznie nierówny, stromy i pełen kamieni - po prostu odlot. Ja na swoim sztywniaku dość często szybowałem oraz doznałem bardzo intensywnego masażu stóp i nadgarstków. Po przekroczeniu 50km/h już nie patrzyłem na licznik, tylko skupiłem się na próbie przeżycia :-) - zwolnić oczywiście nie mogłem, bo taki zjazd zdarza się nie często, więc musiałem wycisnąć z niego wszystko :-))) Krótki postój na dole był świetną okazją do opowiadania wrażeń. Wszyscy zdawali się zapomnieć na moment o trudach dnia i z ogromnym entuzjazmem opowiadali sobie, jak to ich wytrzęsło.

W końcu trafiliśmy na drogę krajową - równiutki asfalt był ukojeniem dla większości. Myśl o zbliżającym się obiedzie (a było już późne popołudnie) dodawała skrzydeł tym, co jeszcze w ogóle mieli ochotę jechać. Nie wiem, co mi odbiło, ale powiedziałem Ewie, że będziemy pierwsi na obiedzie. Problemem było jednak to, że paru wycinaków ruszyło ostro do przodu i mieli sporą przewagę. Ale jak obiecałem, to trzeba było zrobić. Odcinek ok.12-13km przejechaliśmy z prędkością wahającą się między 37 a 45km/h. Oczywiście wszystkich wyprzedziliśmy, a najlepsze było to, że po morderczym dniu chciało nam się jeszcze bić rekordy i to w pofałdowanym terenie :-)

Po obiedzie w ZawichościePo dość długim odpoczynku w Zawichoście było już za późno, a także ludzie byli zbyt zmęczeni, żeby jechać dalej. Ksiądz zorganizował więc transport do odległego o 20+km Sandomierza, pozostawiając jednak możliwość dotarcia tam na rowerach. Oczywiście wszystkie cyborgi skorzystały z tego :-) Zebrała się dość pokaźna grupa chętnych do pokonania tych kilku podjazdów do Sandomierza. Podzieliliśmy się samoistnie na grupę wycinaków i tych, którzy chcieli dojechać, ale w nieco spokojniejszym tempie. Osiagając na płaskim średnią 35km/h (w co kilka osób nie mogło uwierzyć), trzymając na podjazdach równe tempo dotarlismy wreszcie do Sandomierza. Po takim dniu większość rowerów wymagało drobnych poprawek. Część sterów się rozkręciła na kamienistym zjeździe, trzeba było w ogóle wszystko doregulować i oczyścić napęd i go nasmarować. Około północy zakończyliśmy pracę i poszliśmy spać.

Dystans: 105km (z czego ok.40 w terenie)
Średnia podczas jazdy: 19.4km/h

Dzień czwarty (3 maja 2002)

Dzień zaczął się dość zwyczajnie. Wcześnie rano pobudka, śniadanko i do kościoła na mszę. Naszym szczęściem było znowu spotkać księdza rowerzystę, który nas oprowadził na rowerach po Sandomierzu, a także pokazał nam wąwóz królowej Jadwigi. Twór ten wydawał się dość niepozornym, ale ciężki podjazd na koniec - bądź początek, zależy jak patrzeć - pokazał, że można tam co nieco przeżyć. Złapaliśmy oddech i wycięliśmy w dół. Pierwszy zjazd był dość asekuracyjny ze względu na nieznajomość trasy i obecność pieszych. Ale i tak nie udało mi się uniknąć dwóch prawie niekontrolowanych lotów :-). Gdy znów się wspięliśmy do połowy wysokości, postanowiliśmy z Krasnalem zjechać sobie z bocznej ściany wąwozu, która była prawie pionowa, a na dole niestety nie oferowała miejsca do wyhamowania. Ostatecznie trzeba było zatoczyć łuk po podobnej ścianie po drugiej stronie wąwozu. Potem dojechaliśmy jeszcze raz na szczyt i tym razem zupełnie świadomie przycisnęliśmy mocniej. Moje loty były już zaplanowane (co nie znaczy kontrolowane :-)). Zjeżdżając z dużą prędkością można było się poczuć jak na torze bobslejowym, gdyż więcej się jeździło po ścianach niż po dnie wąwozu :-).

Kiedy odprowadzający nas ksiądz zawrócił, skończyły się atrakcje. Znów zaczęliśmy odczuwać skwar i po raz kolejny wiatr wiał prosto w twarz. Dość powolnym tempem dotarliśmy w końcu do Klasztoru Trynitarzy w Budziskach, gdzie zjedliśmy obiad. W ramach odpoczynku poobiedniego urządziliśmy sobie zawody w podnoszeniu ciężarów. Mieliśmy dostępną 5kg sztangę oraz w sumie 60kg obciążenia. Na początku bawiłem się tylko ja, Yo (Fakir) i Krasnal. Później reszta rajdu się dołączyła i zrobiliśmy sobie konkurencję w rwaniu i wyciskaniu. Były również nagrody:-)

Koziołka nie spotkaliśmyNiestety pora się zrobiła późna, a do celu pozostawało ponad 50km. Do zmroku zostało nam niecałe dwie godziny. Zapadła decyzja - jedziemy, ile się da, a później pakujemy się na jakiś transport :-(. Po drodze mijaliśmy Pacanów, który pierwotnie był na naszej trasie zaplanowany, ale w takich okolicznościach nie mogliśmy sobie pozwolić na postój. Jednak kilkuosobowa grupa, bez wiedzy księdza, odbiła z drogi i udała się do osławionej miejscowości. O powrót do grupy się nie martwiliśmy - zostali sami weterani i to ci mocniejsi. Zrobiliśmy sobie fotkę - ale Koziołka Matołka nie znaleźliśmy :-((( Więc zaczęliśmy gonić grupę. Tempo dość szybkie, więc liczyliśmy na rychłe spotkanie. Jednak po kilkunastu km zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby nie powinniśmy skręcić na jednym ze skrzyżowań. Telefon do Borka - jesteśmy na dobrej drodze, ale niestety dość daleko. Przycisnęliśmy więc jeszcze bardziej i po prawdopodobnie ponad dwudziestokilometrowym pościgu ujrzeliśmy ogon rajdu. A to oznaczało, że właściwa grupa jest znacznie dalej. Zmusiliśmy się do jeszcze większego wysiłku i po dogonieniu księdza spotkaliśmy niedługo całą grupę na parkingu. Na pytanie x. Marka, kto tak z przodu ostro jechał, że dogonić się nie dało, wszyscy zgodnie krzyknęli, że Zapałka. I wszyscy się zdziwiliśmy, ponieważ ja sobie dopiero co dojechałem :-))) Okazało się, że cała grupa pędziła jak szalona, co silniejsi chłopcy dawali z siebie wszystko holując opadających z sił, bo chcieli mnie dogonić i namówić na jakiś postój. Ale tym sposobem średnia odcinka wzrosła niewyobrażalnie, a i przebyliśmy ponad połowę drogi na nocleg.

Niestety zapadł już zmrok, ale mieliśmy już niedaleko, więc włączyliśmy lampki (większość miała diody z tyłu, ale jedynie dwie osoby posiadały przednie oświetlenie). Tak mizernie oznaczeni sunęliśmy jak batmani. Szczęśliwie nic nikomu się nie stało, chociaż Beata przeżyła chwile grozy, kiedy to kierowca jej nie zauważył i zepchnął ją z drogi. Ale ostatecznie bez żadnych szkód dotarliśmy do Opatowca, gdzie ulokowaliśmy się na sali gimnastycznej w miejscowej szkole. Jeszcze tylko krótki mecz w koszykówkę i poszliśmy spać.

Dystans: 115.5km
Średnia podczas jazdy: 21.86km/h

Dzień piąty (4 maja 2002)

Dzień prawie jak co dzień, z tą różnicą tylko, że po niezbyt długim odcinku mieliśmy zakończyć jazdę rowerami. Ruszyliśmy więc przed siebie znowu zmagając się z wysoką temperaturą i przeciwnym wiatrem. Szczerze mówiąc jechało się dość monotonnie - może to perspektywa odstawienia rowerów tak na wszystkich podziałała... Tuż przed Krakowem zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie na parkingu jakiś ćwok zamarzył sobie popisać się przed 45-osobową grupą, co też takiego on potrafi maluchem zrobić. No i było zakręcanie na ręcznym z tym typowym debilnym uśmieszkiem na dresiarskiej gębie.

Później rozpoczęliśmy ostatni etap tego dnia - wjazd do Krakowa. To już był szczyt nudy - ze względu na duże natężenie ruchu nie można było z nikim pogadać, a droga byłą w fatalnym stanie technicznym. Ale jakoś dotarliśmy na parking pod Geantem, gdzie miał być podstawiony samochód ciężarowy. Nie wiem tylko z jakiego powodu (może z radości :-) jedna z dziewcząt pocelowała w największą muldę na ścieżce, w ogóle nie zwalniając, i zaliczyła klasyczne OTB. Rowerowi nic się nie stało, a jak później się okazało rowerzystce też nic, tylko strasznie się pobrudziła.

No i nadszedł ten smutny moment, kiedy trzeba było się rozstać ze swoimi maszynami. Zapakowaliśmy je bardzo ściśle na pakę samochodu i zgodnie z obietnicą księdza udaliśmy się PROSTO na obiad, hmmm.... A pytałem się go, czy mam sobie założyć zwykłe butki - to powiedział, że nie, bo podjedziemy autobusem pod restaurację. No więc w kompletnym stroju kolarskim i w espedach podrałowałem za grupą radośnie postukując blokami na betonie :-) Autobus dowiózł nas nad Wisłę w okolicach Wawelu i zaczęliśmy marsz ku posiłkowi. Po 2km zaczęliśmy się wkurzać, bo wyglądało na to, że ksiądz nie zna drogi :-( Okazało się, że jednak znał, tylko w celach turystycznych postanowił nas przegonić po całym starym mieście, dochodząc do celu, ktróy znajdował się ok. 500m od miejsca, gdzie wysiedliśmy z autobusu :-( . Jeden tylko szczegół umknął księdzu - nikomu nie chciało się nic zwiedzać z pustym żołądkiem i w dodatku w taki upał. Ale w zamian dostaliśmy możliwość opuszczenia miejsca noclegu wieczorem, z czego większość skorzystała, delektując się różnymi specjałami na mieście w ramach kolacji.

Dystans: 64km
Średnia podczas jazdy: 19.7km/h

60 cukierków w ustach - no problemPowrót do domu (5 maja 2002)

Niestety ostatni dzień wspólnej wyprawy zaczął się od nieprzyjemnego incydentu. Tuż przed odjazdem zginęła jednemu z uczestników komórka z ładowarką. Ładowarkę odnaleźliśmy, ale komórkę wcięło na dobre. Najgorsza była świadomość, że to ktoś z nas dopuścił się kradzieży - nikt bowiem z zewnątrz nie mógł wejść do budynku :-(. Po wielu próbach odzyskania telefonu, jak również możliwościach dawanych złodziejowi, komórka się nie odnalazła. W kiepskich więc nastrojach dane nam było opuszczać Kraków. Wszyscy jednak mieli nadzieję, że telefon mimo wszystko wróci jeszcze do właściciela...

Ta myśl pozwoliła na chwile rozluźnienia w autokarze. Zaczęliśmy grać, śpiewać i się po prostu wygłupiać. Najbardziej odbiło chyba mi i Ewie, bo zrobiliśmy sobie konkurs, kto więcej cukierków zmieści w ustach :-). Przy około 20 właściwie nie mieliśmy kibiców. Ale po przekroczeniu 30 wszyscy dookoła zaczęli się interesować naszą zabawą, a ksiądz zaczął nawet robić fotki. Zawody zakońcyły się wynikiem 60:57 (jeśli dobrze pamiętam) dla mnie :-))). Postanowiłem jeszcze tylko zaśpiewać "Przeżyj to sam" mając te 60 cukierków w ustach - to akurat było łatwiejsze niż się spodziewałem, ale dostarczyło sporo śmiechu uczestnikom rajdu :-)

Wieczorem dojechaliśmy do Siedlec. Nasze rowery już na nas czekały, więc od razu przystąpiliśmy do ich odpuszkowywania. Po rozpakowaniu samochodu bagażowego, pożegnaliśmy się i udaliśmy się już na naszych bicyklach do swoich domów. I w ten oto sposób zakończył się kolejny rajd majowy o długości łącznej ok. 450km.

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach