Rajd majowyDzień pierwszy - 28 kwietnia

Około godziny 15 wszyscy zjawili się na placu przy kaplicy Matki Bożej Kodeńskiej. Czekały tam na nas już wszystkie samochody, które miały nam towarzyszyć tj. autokar pana Jurka, samochód dostawczy z firmy Neptun, samochód ciężarowy do przewiezienia rowerów oraz bus księdza Marka. Po dość długim przywitaniu i sprawdzaniu listy i takich tam, zapakowaliśmy się do pojazdów, po czym się okazało, że brakuje nam kilku miejsc siedzących :-| Normalnie byśmy to olali, jednak ze względu na szczyt gospodarczy w Warszawie spodziewaliśmy się paru kontroli po drodze. Ksiądz zdecydował więc wziąć jeszcze swoją Astrę. Teraz już mogliśmy w zgodzie z przepisami opuścić Siedlce.

Ledwie to zrobiliśmy i już w Iganiach na nas czekali mundurowi. Zatrzymywali wszystkie autokary, więc i nas nie mogli pominąć. Ponieważ wszystko było w porządku, po paru minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Muszę stwierdzić, że podróż była nad wyraz spokojna i my jako opiekunowie nie musieliśmy ani razu interweniować w żadnych dziwnych sprawach :-) Późnym wieczorem zjawiliśmy się w Koninie, gdzie odnaleźliśmy schronisko młodzieżowe, które miało nas pomieścić w nocy. Jeszcze tylko rozpakowanie rowerów i bagaży i można było się rozlokować po pokojach (a raczej kołchozach, bo większość mieściła około 12 osób).

Przez cały wieczór bawiliśmy się z Rzywym w upierdliwych opiekunów ;-) - ochotników do każdej roboty nie szukaliśmy długo, tylko wskazywaliśmy pierwszych, którzy się nawinęli. Do tego dochodziły dylematy większości uczestników, jak się do nas zwracać: per pan, czy po imieniu lub ksywce. Postanowiliśmy jednak z Rzywym odpuścić z rana, żeby jednak nikt się nas nie bał (jak to Rzywy określił, nie chcieliśmy być już zomowcami)...

Skromna kolacja zakończyła nasz wspólny dzień. Co wytrwalsi siedzieli do późna oczekując na swoją kolejkę do prysznica. Gdyby jeszcze byli nieco ciszej...

Dzień drugi - 29 kwietnia

Pobudka została zarządzona tradycyjnie o 6 rano. Nie mogliśmy sobie jednak odmówić brutalnego budzenia ;-) Ustawiliśmy się więc z Rzywym na 5:50 i gdy nadeszła pora, zrobiliśmy głośny wjazd do poszczególnych pomieszczeń oznajmiając nadejście nowego dnia. Co bardziej opornych wywracaliśmy razem z materacami. I to był ostatni raz, kiedy to w ten sposób się bawiliśmy - później już sobie darowaliśmy, bo to strasznie męczące ;-)

Po tych atrakcjach poszliśmy z Rzywym do kuchni, gdzie wzięliśmy się do śniadania. Tutaj mała dygresja: o ile na rajdzie wakacyjnym Rzywego można było ganiać cały ranek, a Trzmiel mógł zdzierać sobie na nim gardło, żeby wziął się do jakiejkolwiek roboty, to teraz już jako opiekun sam bez szemrania zabrał się za śniadanie :-)

W międzyczasie spojrzeliśmy za okno, gdzie jak się okazało mieliśmy prześliczny widok na elektrownię i to w każdym pomieszczeniu :-| Całe szczęście dzień się zapowiadał dość ciekawie, więc nikt się nie przejmował takimi pierdółami.

Około 8 rano podzieliliśmy się na grupy oraz ustaliliśmy, kto i jaki będzie pełnił dyżur. Potem wszyscy poszliśmy do kościoła, gdzie czekały na nas nasze rowerki. Jeszcze tylko ostatnie regulacje i w drogę. Naszym pierwszym celem był Licheń, do którego od razu postanowiliśmy uderzyć skrótami, co niektórych napawało bliżej nieokreślonym lękiem - ciekawe czemu? ;-)

Pierwsze kilometry od razu pokazały, kto nie zrobił przeglądu sprzętu przez rajdem, kto jaką miał kondycję i jak ogólnie potrafił obsługiwać rower. Trzeba przyznać, że z tymi sprawami jest coraz lepiej z każdym rokiem, jednak do ideału to jeszcze jak stąd na Alaskę...

Przed sanktuarium w LicheniuPostój zrobiliśmy tuż przed Licheniem w Grąblinie, gdzie miała się ukazać Matka Boża konającemu żołnierzowi. Obeszliśmy święte miejsce, po czym na rowerkach dotarliśmy do sanktuarium w Licheniu. Tam posłuchaliśmy co nieco ojca kustosza, a gdy skończył swoją opowieść, poszliśmy do starego kościoła, gdzie odprawiliśmy mszę. Wprowadziliśmy przez to nieco zamieszania, gdyż wbiliśmy się nieco w grafik nabożeństw i tubylcy byli nieco zdezorientowani - ale to już standard na rajdach. Po mszy świętej daliśmy sobie parę minut na zwiedzenie terenu sanktuarium. Pobieżnie obejrzeliśmy Golgotę oraz zajrzeliśmy do budowanej jeszcze bazyliki. Wrażenia były różne - moim zdaniem za duży tam był przepych i megalomania. Poza tym wraz z wieloma osobami stwierdziliśmy, że stary kościół miał lepszy klimat niż ogromna bazylika budowana nieopodal. Z mieszanymi uczuciami opuszczaliśmy więc miejscowość.

Początkowo droga wiodła po otwartej przestrzeni. Po naszej lewej stronie widniała wielka dziura w ziemi, w której znajdowała się kopalnia prawdopodobnie węgla brunatnego. Wokół krateru jechaliśmy dobre pół godziny, jeśli nie więcej. Poza tym mieliśmy wrażenie, jakbyśmy objeżdżali cały Konin dookoła... Do tego dochodził silny wiatr, który wiał raz z boku, raz w twarz. To wszystko nie napawało specjalnym optymizmem szczególnie nowych rajdowiczów. Na nasze szczęście wkrótce odbiliśmy na mniej uczęszczane drogi biegnące przez lasy, które dawały nam częściową osłonę przed żywiołem.

Nie wiedzieć czemu na odcinku kilku kilometrów doszło do bardzo wielu kraks jak na warunki rajdowe. Bardzo groźnie wyglądającą glebę zaliczyła na asfalcie Gośka, chwilę później na przejeździe kolejowym leżało parę osób, zaś ledwie sto metrów dalej Michał Fiołek władował się w stojącą na poboczu Kaśkę. Nie wiadomo, czy tak się zapatrzył, czy co... ;-)

Wszystko obyło się całe szczęście bez żadnych ofiar w ludziach i kilkadziesiąt kilometrów dalej w Powidzu mogliśmy spokojnie zajechać pod restaurację, która ugościła nas niespotykanym na rajdach obiadem. Nawet najstarsi rajdowicze nie pamiętają, kiedy to zaserwowano nam kotleta wielkości talerza wraz z zestawem surówek do wyboru :-) Mniam, mniam...

Po obiedzie przyszedł oczywiście czas na wygłupy. I tak Rzywy z Krasnalem znaleźli sobie nowego ulubieńca, który przypominał im o koledze Kubusiu z rajdu wakacyjnego. Tym razem był to chrząszcz majowy nazwany przez nas imieniem Stefan. Ku obrzydzeniu dziewcząt chłopaki bawili się nim w najlepsze wspominając wyczyny Kubusia i Malwinki - pary koników polnych ;-) Poza tym Krasnal zaplanował dwa warianty poobiedniej trasy. Każdy mógł sobie wybrać, czy pojedzie szosą, czy może uderzy w las, którego drogi na mapie Krasnala nie były zaznaczone. Nie muszę dodawać, że prawie wszyscy zdecydowali się na wariant uatrakcyjniony, jakby nie pamiętali trudów przeprawy przez Puszczę Kampinoską z zeszłego roku... Eh, niczego ten naród się nie uczy... ;-)

W drodze na spotkanie wielkiej przygodyPo dłuższej sjeście dosiedliśmy więc rowerów i w sile około 50 osób pojechaliśmy w nieznane. Zatrzymaliśmy się jeszcze tylko pod sklepem, by zaopatrzyć się w batony i wodę, które miałyby nas wspomóc w razie dłuższego nieplanowanego pobytu w lesie. Potem już nic nie stało na przeszkodzie i ruszyliśmy na spotkanie przygody. Kiedy skończył się asfalt, zaczęły się piachy. Kilkadziesiąt osób momentalnie się rozpierzchło na skraju drogi i pozeskakiwało z rowerów. Widok jest nie do opisania - to trzeba zobaczyć samemu :-)

Z mniejszymi lub większymi problemami jechaliśmy jednak dalej. Niestety nie obyło się bez zgrzytów. Goniąca zaciekle przed siebie czołówka zapomniała całkowicie, że osoby gorzej radzące sobie z tyłu, nawet wsparte przez bardziej doświadczonych rajdowiczów, same nie wygłówkują, gdzie należy jechać. Po opierdzieleniu kogo trzeba na najbliższym postoju, wszystko było już jak należy: każde skrzyżowanie było obstawione przez kilka osób tak, że nikt nie miał wątpliwości, którędy pojechała reszta.

Tak sobie jechaliśmy przez lasPiaszczysta droga przekształciła się w końcu w bardzo przyjemną leśną drogę. Pomiędzy drzewami ukazało nam się jezioro, zaś budząca się do życia przyroda wynagradzała trudy, jakie większość podejmowała jak do tej pory na rajdzie. Nawet nie zauważyliśmy, gdy minęliśmy most, do którego najbardziej obawialiśmy się drogi, zaś potem było już z górki. Bardzo szybko wyjechaliśmy z lasu do jakiejś cywilizacji i nieco zawiedzeni małym współczynnikiem hardcorowości trasy zbliżyliśmy się do Gniezna. Na spotkanie wyjechała nam fordem ekipa, która powiedziała nam, jak należy dalej jechać. I tak dotarliśmy w końcu do Uniwersytetu Ludowego, gdzie mieliśmy spędzić najbliższą noc. Zanim się zakwaterowaliśmy, Kaśka była już gotowa z kolacją. Kiedy się nasyciliśmy ryżem z mięsem, udaliśmy się po swoje bagaże, które ostatecznie wylądowały w kilkuosobowych pokojach. W międzyczasie rowerki znalazły swoje lokum w nieopodal stojącej komórce.

Wieczorny apel zakończył teoretycznie nasz dzień. Udało się jednak znaleźć pomieszczenie, w którym można było bez obaw o zakłócanie spokoju innym mieszkańcom pograć i pośpiewać co nieco. W parę osób ustaliliśmy repertuar na najbliższą mszę świętą i około godziny 1:30 poszliśmy w końcu spać.

Dystans: 102km, AVS: 21km/h

Przed katedrą gnieźnieńskąDzień trzeci - 30 kwietnia

Z samego rana odprawiliśmy mszę świętą. Potem było śniadanie, poranna modlitwa i ruszyliśmy do centrum Gniezna z zamiarem drobnego pozwiedzania. Pod katedrę dotarliśmy bez problemu. Rowerki zostawiliśmy pod murami, sami zaś poszliśmy obejrzeć świątynię, a później mieliśmy trochę czasu na ewentualne zakupy na rynku. W międzyczasie zaczęło mi z Rzywym odwalać i popakowaliśmy ludziom kamienie do sakw (taka drobna tradycja rajdowa ;-)). Największym pakunkiem była około 2kg cegła, którą wpakowalismy komuś do sakwy na bagażniku. Ciekawi byliśmy, kiedy i kto się zorientuje ;-)

Kiedy wszyscy znów się zebrali przy rowerach, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pogoda była świetna, jednak gdy wyjechaliśmy z miasta, zaczął nas smagać bardzo silny wiatr. Całe szczęście był to boczny wiatr, który zapodawał nieco od tyłu. Nie utrudniał więc za bardzo jazdy - przynajmniej przez pierwszych kilkanaście kilometrów. Pecha miała jednak Gośka, która glebnęła z niewiadomych przyczyn tuż po wyjeździe z Gniezna. Potem skręciliśmy z asfaltu na skrócik i tam, gdy wyjechaliśmy na pole, to dopiero poczuliśmy, co natura dla nas przygotowała na ten dzień. Łatwo nie było, a w dodatku droga wiodła jakby ciągle pod górę i po strasznych wertepach. Nie żebym narzekał, bo ja to lubię, ale innym niekoniecznie się to musiało podobać ;-)

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu ;)Kiedy osiągnęliśmy z powrotem jakąś cywilizację, okazało się, że jest kilka dętek do łatania. Grupa pojechała więc dalej, podczas gdy Paweł z Borkiem zostali z nieszczęśliwcami. Parę kilometrów dalej zostałem i ja na skrzyżowaniu, by wskazać im później właściwą drogę. Po dobrych kilkunastu minutach zobaczyłem pomarańczowego forda, co oznaczało, że ekipa się zbliża. Po chwili ujrzałem też Neptuna, więc byłem pewny, że ogon już dojeżdża. Ustawiłem się więc za fordem w nadziei rychłego dogonienia grupy. Jednak przy prędkości około 50km/h nawet zasłona samochodu nie dawała wystarczającej ochrony przed bocznym wiatrem, który ostatecznie wywiał mnie i Krzyśkowi nie chciało się już na mnie czekać. Walczyłem więc samotnie z wmordewindem, aż w końcu dojechał do mnie Neptun. Dołączyłem więc do ekipy, która chowała się za samochodem i razem dojechaliśmy do Rzymu, gdzie reszta już czekała i przymierzała się do fotek.

Zahaczyliśmy o Paryż...We wsi (o pardon - metropolii ;-)) okazało się, że tempo było mizerne. Zbliżała się godzina 13, a za nami było ledwie 20km. Zdecydowaliśmy więc zapakować się w autokar, który miał nas zawieźć do Żnina na obiad, a później do Paryża. Na koniec miał nas znowu odwieźć do Rzymu, gdzie ponownie byśmy dosiedli rowerów. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. W Żninie zjedliśmy obiadek, który jednak nie mógł się równać do posiłku z dnia poprzedniego. Bądź co bądź, zapełniliśmy żołądki i udaliśmy się do Paryża. Tam zrobiliśmy pamiątkowe foto i odjechaliśmy. Miejscowi musieli się nieźle zdziwić, gdy podjechał do wsi autokar, wyleźli ludzie, zrobili sobie zdjęcie przy znaku i pojechali :-)

W Rzymie rowerki stały tak, jak je zostawiliśmy. Zbliżała się 17, kiedy dane nam było ponownie wyryszuć w drogę. Bez zbędnego ociągania się obraliśmy więc kierunek na Biskupin. Po paru kilometrach Krasnal ponownie zdecydował się na odbicie od głównej drogi. Głównym powodem było to, że po szosie i tak wolno jechaliśmy ze względu na przeciwny wiatr, a na szutrówkach i polnych drogach było przynajmniej bezpieczniej i można było sobie bez obaw pogadać z innymi. Skrócik wyprowadził nas wprost do Biskupina, gdzie zatrzymaliśmy się przy zabytkowej osadzie. Oczywiście nie omieszkaliśmy wybrać się na rekonesansik, by dowiedzieć się, jak to się żyło naszym przodkom. Zaliczyliśmy muzeum, a następnie obeszliśmy cały skansen, by trafić w końcu do zrekonstruowanej osady. Parę fotek i czas się zbierać.

Zrekonstruowana osada w BiskupinieKilka kilometrów od Biskupina czekała na nas Wenecja ze swoim muzeum kolei wąskotorowej. Tutaj już niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne zwiedzanie, więc ograniczyliśmy się jedynie do zrobienia paru zdjęć i pojechaliśmy dalej. Niestety bardzo szybko doszło do kraksy, w wyniku której paru otarć dorobiła się Ola, która zawzięcie walczyła z żywiołami przez cały dzień. Niestety dla niej, tym razem zdecydowaliśmy się zapakować ją do busa...

Nikt się nawet nie spodziewał, co mogło się jeszcze tego dnia wydarzyć. Konsekwentnie trzymaliśmy się bocznych dróg oraz staraliśmy się jechać jak najdłużej pod osłoną lasu. Krasnal przy pomocy mapy prowadził nas nieco na czuja w kierunku Inowrocławia. W międzyczasie nie mogliśmy sobie z Borkiem i z Trzmielem odmówić przyjemności powygłupiania się na kilku żużlowych nasypach, które wyrosły na naszej drodze. W rezultacie przeżyliśmy dwie gleby, przy czym gleba Trzmiela było bardzo efektowna i niestety skończyła się urwaniem mocowania flagi. Kiedy w końcu dołączyliśmy do grupy, nikt nie mógł wpaść na pomysł, co też takiego mogło się fladze przydarzyć, podczas gdy w rzeczywistości jej los był wynikiem niekontrolowanego lotu przez kierę ;-)

Gondolierów brak :(Po postoju pojechaliśmy dalej. Jednak w pewnym momencie cała grupa zatrzymała się i co się okazało? Droga się w zasadzie kończyła, a przed nami był gigantyczny krater. Nawet Krasnal się zdziwił, gdyż żadnej kopalni na swojej mapie nie miał :-o Dłuższą chwilę potrwało więc, zanim Krasnal odważył się podjąć jakąś decyzję. Wskazał nam w końcu drogę biegnącą skrajem kopalni, która poźniej odbiła w nieco innym kierunku i wyprowadziła nas do jakiejś wsi tak długo oczekiwanej przez wielu. Robiło się coraz chłodniej, zaś my nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie dokładnie jesteśmy. Późna pora również robiła swoje i niektórych zaczęło ogarniać zwątpienie.

Udało nam się jednak w końcu dotrzeć do większej miejscowości, w której spotkaliśmy księdza, który wcześniej odłączył od nas w celu poszukiwania miejsca noclegu. Poprowadził on nas teraz skrótem to miasta, z którego pozostało jeszcze 15km do Inowrocławia. Mimo zmroku postanowiliśmy kontynuować jazdę ze względu na przyzwoite oświetlenie grupy oraz dość szeroką drogę, którą mieliśmy jechać.

W oddali migotały światła, jednak za nic nie chciały się do nas zbliżyć. Cały czas jechaliśmy i jechaliśmy. Nawet kiedy minęliśmy tablicę z nazwą Inowrocław, droga strasznie się dłużyła. Jakoś ciągle nie mogliśmy wjechać do tego miasta... Kiedy to się w końcu udało, czekało na nas jeszcze kilka kilometrów, zanim ostatecznie dotarliśmy do kościoła, przy którym była szkoła, w której mieliśmy nocować. Całe szczęście kuchnia już pracowała pełną parą i po paru minutach danych na obmycie się mogliśmy zjeść kolację i ogrzać się nieco przy ciepłej herbacie.

Po kolacji ekipa serwisowa w składzie ja, Trzmiel, Borek i pan Mirek udała się do rowerów, które czekały na dopieszczenie. Całe szczęście robota nie zajęła nam zbyt wiele czasu - głównie były to rozregulowane przerzutki i przebite koła. Już dawno na rajdzie tak lekko nie mieliśmy, jeśli chodzi o dłubanie przy sprzęcie :-)

Wieczorem nie mogliśmy sobie odmówić rozegrania partii w mafię. Kto grał, to wie, o co chodzi, kto nie grał, musi kiedyś spróbować. Dość powiedzieć, że rozgrywka przeciągnęła się do 2 w nocy, co najlepszym pomysłem nie było ze względu na czekający nas ciężki dzień. Ale mafia, to mafia :-D

Dystans: 97km, AVS: 19km/h

Dzień czwarty - 1 maja

Oczywiście z rana okazało się, że niektórzy miewają poważne problemy ze słuchem, gdyż parę razy mówiliśmy, żeby wszelkie usterki zgłaszać wieczorem, a tu ledwie powstawaliśmy i już za rowery trzeba się było brać. Ale nic to - z Rzywym mieliśmy pomysł na odwdzięczenie się - poprzedniego dnia nabyliśmy tabasco, które wylądowało w co niektórych bidonach w celu uatrakcyjnienia monotonnej jazdy czekającej nas tego dnia ;-)

Jeszcze przed śniadaniem dołączył do nas Nawrot z Aśką i około 9:30 udało nam się w końcu odjechać z miejsca noclegu. Od samego początku musieliśmy zmagać się z silnym przeciwnym wiatrem. Jednak zaprawa z dni poprzednich pozwoliła na utrzymywanie co prawda nie wysokiego, ale stałego i równego tempa. Dzięki temu udało nam się jechać na tyle sprawnie, by pozwolić sobie na odprawienie mszy jeszcze przed planowanym obiadem. Była to okazja to złapania oddechu, gdyż musieliśmy chwilę poczekać na kościelnego, który mógłby nam otworzyć kościół we wsi Służewo, gdzie zawitaliśmy około południa.

Msza święta we wsi SłużewoPo mszy mieliśmy akurat tyle czasu, ile potrzebowaliśmy na przebycie 15km do Ciechocinka tak, by zdążyć na obiad. Ruszyliśmy więc myśląc tylko o smakowitym obiadku. I tu zonk! - gdyby tak jeszcze co niektórzy pomyśleli o tych, co z różnych powodów jadą całkiem z tyłu i nie mają kontaktu wzrokowego z resztą grupy, to byłoby wspaniale. Jednak rzeczywistość była inna, czego skutkiem było, że o ile udało nam się skręcić z głównej drogi tam, gdzie pozostali, to już nie mieliśmy pojęcia, że w ogóle trzeba gdzieś później było skręcić w boczną drogę. Efektem było to, że dojechaliśmy ostatecznie do krajowej jedynki kierując się cały czas na Nieszawę. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, więc zadzwoniliśmy do księdza, gdyż próby złapania kogokolwiek na krótkofali spełzły na niczym. Po krótkiej wymianie zdań skręciliśmy na krajówkę, jednak to, co zobaczyliśmy dalej, nijak się miało do opisu księdza :-| Wróciliśmy więc do skrzyżowania, które można łatwo namierzyć i znów telefon do szefa. Tym razem Trzmiel nie przebierając w słowach powiedział, co o tym wszystkim myśli i co zrobi tym, którzy nawalili oraz wyjaśnił, gdzie jesteśmy. Ksiądz obiecał przysłać Krzyśka, który miał nas zaprowadzić na miejsce.

Jak się okazało, gdzieś na drodze komunikacyjnej my-Krzysiek coś padło, bo nie trafił tam, gdzie byliśmy, więc zdani byliśmy tylko na siebie. Trzmiel zasięgnął języka w pobliskiej stacji paliw, po czym zdecydowaliśmy się na jazdę do Ciechocinka na własną rękę, a potem się zobaczy. Do miasta w końcu wjechaliśmy i dzięki temu, że pamiętaliśmy nazwę restauracji oraz że Trzmiel znał adres, trafiliśmy już bez większych przygód. Na miejscu Trzmiela poniosło, a że Krasnal był najbliżej i w sumie miał sporo na sumieniu, jeśli chodzi o tą sytuację, to jemu się najmocniej dostało. Najgorsze jednak było to, że cały zapas czasu, który wypracowaliśmy od rana, teraz przepadł w tak idiotyczny sposób. Mieliśmy 1,5 godziny straty i bardzo niewiele czasu na dotarcie do Nieszawy, gdzie czekała nas przeprawa promowa.

Zapadła decyzja, by cała grupa jechała rowerami do Nieszawy podczas, gdy my mieliśmy w tym czasie zjeść spóźniony obiad, a później dojechać busem tak, by zdążyć na tą samą przeprawę. Wyjścia nie mieliśmy, więc zrobiliśmy, jak zostało powiedziane. Najlepszy to był jednak Rzywy w tym wszystkim. Należał on do tych, co na obiad przybyli na czas. Jednak kiedy grupa odjeżdżała już spod restauracji, dostałem telefon od niego z zapytaniem, gdzie ja jestem, bo on mi rower pilnuje, a wszyscy już dawno pojechali. Biedak miał przywidzenia, bo twierdził, że widział mnie wcześniej na obiedzie i myślał, że poleciałem teraz sobie pocztówki jakieś kupić ;-) Trochę się zdziwił :-)

W każdym razie zapakowaliśmy się w końcu do samochodów i mając naprawdę mało czasu uderzyliśmy na Nieszawę. Jeszcze przez jakiś czas nie mogliśmy się uspokoić po tym, jaki nam numer wycięto, ale ostetecznie przeszło nam w zasadzie, zanim dotarliśmy na miejsce. Nie mogliśmy sobie jednak odpuścić przyjemności zapytania przez krótkofalówkę o Rzywego. Trzeba było widzieć to zamieszanie w grupie, gdy chcieliśmy pogadać z Rzywym, a jego tam nie było i nikt nawet nie wiedział, co z nim się działo. Wydawało się, że wystarczy, że zgubili wcześniej 7 osób na trasie i będą się teraz bardziej pilnować, ale gdzie tam...

Ostatecznie musieliśmy poczekać chwilę na prom, który w końcu przerzucił nas na drugi brzeg Wisły. Tam musieliśmy poczekać jeszcze na nasze zaplecze techniczne, po czym pojechaliśmy dalej. Z powodu wiatru Krasnal zdecydował się na skróty przez las. Tym razem obrał drogę, którą śmiało można nazwać skrótem nad skrótami :-) Cały czas jechaliśmy po głębokim piachu, który w końcu przeistoczył się w... jeszcze głębszy piach ;-) Miejscami albo ledwo dało się rower prowadzić, albo trzeba było uciekać głebiej w las, by jechać pomiędzy drzewami. Po kilku kilometrach katorgi zatrzymaliśmy się na postój.

Skrót nad skrótami ;)Ze względu na piaszczyste otoczenie wszyscy wspominali ubiegłoroczny mecz wirtualnej siatkówki. Tym razem chłopaki postanowili rozegrać mecz rugby - mniej wirtualny ze względu na butelkę, która teraz robiła za piłkę. Zespoły w składzie Krasnal+Borek oraz Kuba+Świder stanęły na przeciw siebie z groźnymi minami i pozami. Pierwszy do ataku rzucił się Borek, który został powstrzymany przez przeciwników. Zdołał jednak oddać w porę butelkę Krasnalowi, który przypuścił szturm w kierunku linii końcowej, jednak i jemu się to nie udało. Butelkę przejął znowu Borek, który po karkołomnych akbrobacjach zdołał zbliżyć się do linii, by w końcu oddać Krasnalowi butelkę, który to ostatecznie zdobył punkt dla swojej drużyny.

Dzikie rozgrywki pośrodku lasuNastępna runda wyglądała znacznie inaczej. Świder zaatakował z prawej strony, zaś Kuba jako człowiek z dużym zasięgiem ramion zdołał objąć i Krasnala, i Borka i powstrzymać ich przed jakimikolwiek próbami zatrzymania Świdra. Efektem był bardzo szybki punkt zdobyty przez Marcina i wynik był teraz remisowy.

Decydująca runda była, trzeba przyznać, nudna :-( Niewiele się działo, co można by poopisywać. Krasnal z Borkiem ostatecznie przegrali, zaś mecz zakończył się rzuceniem się wszystkich, któzy byli w poblizu na Krasnala. Musiały interweniować służby porządkowe w mandarynach, by pogonić pseudokibiców ;-)

Krasnal po spotkaniu z pseudokibicami ;)Po tej dłuższej chwili przerwy wiedzieliśmy już na pewno, że do Sierpca na nocleg nie zdołamy zajechać rowerami. Nieprzyjemny to moment, kiedy człowiek sobie coś takiego uświadamia, jednak wyjścia nie mieliśmy: robiło się coraz zimniej, nie mieliśmy zapasów wody i jedzenia, a do celu nie wiadomo było, ile dokładnie kilometrów pozostało. Brzmi groźnie, ale i tak w zasadzie było... Przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów, aż w końcu dojechaliśmy do jakiejś wsi. Tam udało się namówić gospodarzy na użyczenie studni w celu napełnienia bidonów, po czym ruszyliśmy przed siebie. Jechaliśmy teraz dość przyjemną szutrówką, która zamieniła się w asfalcik. Droga pięła się cały czas pod górę, by co jakiś czas gwałtownie opaść i jeszcze gwałtowniej piąć się ponownie wzwyż. Po kilku takich podjazdach zobaczyliśmy w oddali zabudowania, które świadczyły o tym, że Lipno było już tuż tuż. Zatrzymaliśmy się zaraz przy wjeździe do miasta, gdzie zostały wezwane wszystkie nasze samochody po to, by zapakować wszystkich i przewieźć sprzęt i ludzi do oddalonego jeszcze o ponad 35km Sierpca. Kilka osób musiało pozostać na miejscu z paroma rowerami i czekać na drugą turę podwózki. Dość dodać, że co nieco zmarzli i się naczekali łądnych parę godzin...

Droga do Sierpca strasznie się dłużyła. W samym mieście mieliśmy drobne problemy z odnalezieniem internatu, w którym mieliśmy umówione spanie. Kiedy jednak tam trafiliśmy, okazało się, że księdza jeszcze tam nie było, zaś dyrektorka nie była skłonna do jakichkolwiek ustaleń ze mną, czy innymi opiekunami. Efektem było to, że siedzieliśmy na zewnątrz wcześniej wypakowawszy sprzęt kuchenny i rowery oraz wysławszy Piotrka po czekających w Lipnie.

Ksiądz na miejsce przybył prawie półtorej godziny po nas. Okazało się, że miał on dużo większe problemy z odnalezieniem smaego miasta niż my :-| Całe szczęście udało mu się bardzo szybko załatwić wszystkie formalności i wreszcie mogliśmy się rozlokować po pokojach i obmyć się. Około 23 zjedliśmy kolację, po czym teoretycznie wszyscy mieli pójść spać :-)

Praktyka była taka, że prawie wszyscy sobie jakoś inaczej zaplanowali najbliższe godziny. Oczywiście królowała mafia, w którą to pogrywano w dwóch pokojach, po czym gra przeniosła się do nas, gdzie o losy miasta walczyło około 15 osób. Około 2 stwierdziliśmy z Rzywym, że nikogo na rano nie wyznaczyliśmy do gospodarczego - efektem był nocny nalot na prawie wszystkie pokoje w poszukiwaniu naszych grup. Udało się namierzyć kilka osób od Rzywego, które pół przytomne otrzymały dyspozycje dotyczące poranka. Teraz mogliśmy już położyć się i zaznać tych kilku godzin snu.

Dystans: 82km, AVS: 17km/h

Część naszej rajdowej ekipy w czasie jazdyDzień piąty - 2 maja

Tradycją na rajdzie stało się już, że co najmniej jednego dnia musimy pomylić drogę z samego rana. I to był ten dzień :-) Pokręciliśmy się trochę po Sierpcu, aż w końcu opuściliśmy miasto. W terenie czekał na nas co prawda wiatr, ale jego siła była nieporównywalnie mniejsza niż do tej pory. Jazda szła więc bardzo sprawnie, choć tempo nie było wysokie. Obierając ciągle drogi o znikomym natężeniu ruchu mogliśmy sobie pozwolić na swobodną jazdę całym peletonem, która nie dość że ułatwiała jazdę, to ją znacznie uprzyjemniała ze względu na możliwość pogadania. Postoje wyznaczyliśmy sobie co około 20km i tej wersji się trzymaliśmy. Po drodze otrzymywaliśmy groźne wieści o rzekomych opadach deszczu w Płońsku, do którego chcieliśmy zawitać na obiad. Za specjalnie nikt się tym nie przejmował - jednak na wszelki wypadek każdy zaopatrzył się w jakąś kurtkę, którą teraz wiózł cały czas przy sobie.

Gdy wjeżdżaliśmy do Płońska żar lał się z nieba i nie widać było żadnego zagrożenia na niebie. Trafiliśmy do restauracji położonej nieopodal remizy strażackiej, w której była jakaś impreza oficjalna, więc i sporo strażaków (i strażaczek :-)) się kręciło tam w mundurach wyjściowych. Obiad zjedliśmy na dwie tury i mieliśmy czas na odpoczynek. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o obsłudze w restauracji - otóż cały czas miałem wrażenie, jakbyśmy byli jakimiś intruzami i strasznie przeszkadzali obsłudze w pracy. Jak my w ogóle śmieliśmy u nich zamówić obiad?! :-(

Po obiadku zebrało się trochę chmur i zaczęło delikatnie kropić. Lekką panikę widać było w szeregach, jednak ostatecznie chmura poszła sobie gdzieś na bok, tak jak i większość kurtek. Mając 70km już przejechane patrzyliśmy optymistycznie na najbliższe czekające nas kilometry. Kiedy już postanowiliśmy wyruszyć z Płońska, zrobiło się nieco chłodniej i znacznie nudniej. Nie mogliśmy sobie bowiem już pozwolić na jazdę obok siebie, gdyż poruszalismy się dość uczęszczanymi drogami. Całe szczęście z pomocą jak zwykle przyszedł Krasnal, który wynalazł skrót. Co prawda na sam dźwięk słowa skrót niektórych przeszywały dreszcze, jednak tym razem rzeczywiście mieliśmy szansę zaoszczędzić czas i kilometry, co nie zdarza się za często :-)

Jechało nam się tak dość beztrosko przez kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Dłuższy postój zrobiliśmy jakieś niecałe 20km od Pułtuska po to, by zebrać całą grupę, która strasznie się rozciągnęła ze względu na liczne upadki i usterki. Gdy patrzyliśmy w niebo, byliśmy już pewni, że lada moment spadną na nas hektolitry wody, jednak każdemu było tak gorąco, że mało kto zdecydował się na założenie czegoś przeciwdeszczowego.

Kiedy odjeżdżaliśmy z postoju, Trzmiel przeżył chwile grozy: niespodziankę mu przygotowano w postaci rozpięcia obu hamulców. Efektem było głośne rąbnięcie rowerem w nieopodal stojącego Borka, ku uciesze ekip samochodowych ;-) Trzmiel poprzysiągł zemstę na Rzywym, który nie wiedzieć czemu ;-) był jego głównym podejrzanym.

Kiedy na dobre się rozkręciliśmy, zgodnie z przewidywaniami zaczęło padać. Coraz mocniej i mocniej. Kiedy wyjechaliśmy już na główną szosę dosłownie lało, zaś jazdą po nierównym asfalcie w taką pogodę równała się przemoczonym do cna ubraniom i butom. Natura zapewniła nam takie atrakcje przez jakieś 15km, po czym zawitaliśmy przed zespołem szkół w Pułtusku, do którego przejechaliśmy dokładnie 130km. Przemoczeni, lecz szczęśliwi - to chyba najkrótszy opis sytuacji na miejscu :-) Mimo ciężkich przejść z twarzy uczestników nie znikał uśmiech.

Po drobnym zamieszaniu odnośnie odnalezienia właściwego wejścia do szkoły, udało nam się wprowadzić do środka wszystkie rowery oraz naprędce przebrać się w suche ciuchy. Ksiądz postanowił rozdać też koszulki rajdowe, których jak się okazało było za mało oraz które miały poważny feler - widniało na nich "hasło na rajd" - dosłownie ;-) Podejrzenia o zawalenie sprawy padły na Trzmiela, jednak szybko on się od tego wymigał, więc powstało jeszcze kilka teorii na ten temat, których tu jednak przytaczał nie będę.

Tuż przed godziną 20 zebraliśmy się wszyscy przed szkołą po to, by udać się do pobliskiego kościoła na mszę świętą razem z przedstawicielami Podlaskiego Społecznego Komitetu Obchodów Świąt Narodowych, którzy w międzyczasie przybyli do Pułtuska na tradycyjne spotkanie z rajdowiczami. Po nabożeństwie wróciliśmy do szkoły, gdzie czekała na nas już kolacja, na którą dostaliśmy gotowane kiełbaski, które planowaliśmy wcześniej piec nad ogniskiem, jednak ze względu na pogodę musieliśmy zrezygnować z tego pomysłu.

Teatrzyk w wykonaniu grupy DominikaUrodziny ChmielaW czasie posiłku nasi goście wręczyli księdzu drobne upominki wraz z nagrodą dla najlepszego turysty-rowerzysty, zaś wszyscy otrzymali małe co nieco do przegryzienia w postaci czekolady. Później nadszedł czas na przedstawienie, które przygotowała grupa Dominika. Teatrzyk pt. "Rowerzysta przed i po" wzbudził co nieco wesołości w grupie, gdyż opowiadał o pierwszych rannych minutach rajdowicza na poczatku rajdu i pod koniec. Krótko mówiąc chopaki pokazali samo życie, za co otrzymali gromkie brawa. Po przedstawieniu pożegnaliśmy naszych gości, zaś sami uczciliśmy prowizorycznym tortem osiemnaste urodziny jednego z uczestników.

Potem tradycyjny apel, podsumowanie, podziękowania i spać. Teoretycznie :-) Nie wiem, co się stało, ale na tym rajdzie wszyscy naprawdę niewiele spali. Najpierw rozłożyliśmy się z gitarą i do około 1 w nocy graliśmy i śpiewaliśmy. Potem nadszedł czas mafii, zaś około 3 kilkanaście osób urządziło sobie grę śpiworem na sali gimnastycznej. Około 4 nad ranem większość ostatecznie się położyła spać, jednak dana im była tylko godzina snu. O piątej bowiem lotne brygady z pastami do zębów atakowały poszczególne pomieszczenia w celu upiększenia śpiących tam ludzi. Burdel się zrobił totalny, jednak całe szczęście wszystko ucichło dość szybko. Przed nami jeszcze godzinka do oficjalnej pobudki...

Dystans: 130km, AVS: 21,5km/h

Dzień szósty - 3 maja

Tak to już bywa, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. Nadszedł ostatni dzień rajdu, który większość uczestnikó przywitała z nieco zaspanymi minami. Wiekszość także nie wyrobiła się na śniadanie, które rozpoczęło się punktualnie o 7, zaś skończyło pół godziny później. To była swoista kara za nocne wygłupy. Dalszą pokutą było szorowanie przez winowajców upaćkanych w paście posadzek szkoły. Dyżur porządkowy w tym czasie zasuwał z mopem i doprowadzał do stanu używalności dolny korytarz, na którym przez całą noc ociekały nasze rowery po popołudniowych przejściach dnia poprzedniego.

Czy to ptak? Czy to samolot?Całe szczęście całą robotę udało się zakończyć trochę po 9 i wreszcie mogliśmy dosiąść naszych maszyn i skierować się w stronę Łochowa, gdzie zaplanowaliśmy obiad. Jechało nam się nieźle - było dość chłodno ze względu na niedawne opady i wilgotno. Niestety musieliśmy się poruszać główną drogą, więc jazda trochę się nużyła, a i niewyspanie grupy powodowało, że atmosfera nie była za wesoła. Poganiani nieco przez chmury deszczowe zbliżaliśmy się powoli do Łochowa. Nie, to Nawrot na Mielcu ;)Po drodze zrobiliśmy jeszcze postój w Wyszkowie, gdzie Nawrot dał popis akrobacji rowerowych skacząc przez siedem osób położonych obok siebie, czy wzbudził powszechne ochy i achy ;-) Po tych atrakcjach przyszedł czas na wyruszenie w dalszą drogę. Kilkanaście kilometrów przed miastem dostaliśmy informację od księdza, że musimy przyspieszyć tak, by zdążyć na południową mszę z ludem. Hmmm, zadanie dość karkołomne, bo ksiądz swoim zwyczajem obliczył dla nas średnią jazdy około 30km/h :-|

Po dłuższej gonitwie poprowadzonej tak, by nikogo nie pogubić wpadliśmy spoceni na plac przed kościołem w Łochowie. Była godzina 12:10 i w tym momencie usłyszeliśmy początek celebracji. Księża już dłużej czekać nie mogli, a my trafiliśmy idealnie - zajęliśmy miejsca z tyłu i... przez resztę mszy walczyliśmy, by nie usnąć na stojąco :-\

Po nabożeństwie przemieściliśmy się niecały kilometr dalej do restauracji, w której czekał na nas już obiad, a w zasadzie obsługa. Niezrozumiałe dla mnie było to, że kolejne porcje donoszono co 15-20 minut i to w ilości sztuk 4-5. Tak jakby dopiero zbierali ziemniaki na frytki :-o Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - w międzyczasie rozszalała się burza, więc nikt nie żałował za bardzo ślamazarności obsługi. Znaleźliśmy również czas na pogranie sobie w mafię i porobienie różnych ciekawych zdjęć ;-)

Po dłuższej przerwie okazało się, że ksiądz kombinuje już, jakby tu nas zapakować do aut i przetransportować gdzieś w okolice Węgrowa tak, by mieć większy zapas czasu. Podziałało to na wszystkich jak płachta na byka i momentalnie wszyscy byli gotowi do jazdy. Świadomi czekających nas jeszcze około 60 kilometrów staliśmy zwarci i gotowi tuż obok swoich zalanych rowerków z mokrymi siodełkami. W końcu nadeszła chwila odjazdu i już byliśmy na ostatnim odcinku tegorocznego rajdu majowego. Całe szczęście szosa była dość dobrej jakości, więc nie musieliśmy lawirować pomiędzy nieskończoną ilością kałuż, jak to ma miejsce na większości dróg.

Postój zrobiliśmy jeszcze w miejscowości Starawieś, po czym zatrzymaliśmy się dobiero w Budziszynie przy kapliczce. Tam ksiądz porozumiał się z siedlecką policją odnośnie naszego wjazdu do miasta i dosłownie parę minut później towarzyszyły nam dwa radiowozy. Kolejne dwa czekały na nas w Chodowie, skąd poruszaliśmy się już całym pasem eskortowani przez policjantów, którzy nie wahali się używać kogutów w celu poinformowania wszystkich o naszej obecności :-)

Tradycyjne powitanie przy pomniku papieżaZ wielką pompą dojechaliśmy wreszcie pod pomnik papieża przy placu Sikorskiego, gdzie tradycyjnie na nasze powitanie wyszli rodzice oraz przedstawiciele władz miasta oraz sponsorów. Po krótkich wzajemnych podziękowaniach pozostało nam tylko przenieść się pod kaplicę Matki Bożej Kodeńskiej, by tam po rozpakowaniu samochodów móc ostatecznie zakończyć XIV Rajd Majowy Szlakiem Europejskim. Dla wielu była to niezapomniana przygoda, pełna bólu i wyrzeczeń, ale chyba warto było - no nie? :-))

Dystans: 122km, AVS: 22,5km/h{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach