Rajd majowy 2005Dzień pierwszy - 29 kwietnia

Tradycyjnie rajd majowy w tym roku rozpoczął się poranną mszą świętą w kościele p.w. św. Stanisława w Siedlcach. Po mszy wszyscy uczestnicy spotkali się pod kaplicą, gdzie czekały już zapakowane poprzedniego dnia samochody. Pogoda na razie nie rozpieszczała: było przenikliwie zimno, wilgotno, zaś po niebie snuły się całe tabuny szarych chmur. Nie zniechęciło to jednak chyba nikogo, gdyż już nieraz dane nam było ruszać nawet w deszcz i jakoś nikt później nie narzekał...

Po dość długim oczekiwaniu na dopięcie ostatnich szczegółów około godziny 9 pod eskortą policji wyjechaliśmy dziesięcioosobowymi grupami na ulicę Starowiejską. Tempo jak zwykle w na początku nie było zbyt wysokie, ale w końcu mieliśmy sprawnie i bez zbędnego rozciągania peletonu opuścić Siedlce. I to nam się udało - wkrótce byliśmy na krajowej dwójce i jechaliśmy w kierunku Zbuczyna. Po kilku kilometrach skręciliśmy w boczną drogę i tam też pożegnaliśmy się z naszą drogówką. Od tej pory sami już musieliśmy zadbać o bezpieczny przejazd.

Pierwszy postój zorganizowaliśmy w Borkach Wyrkach. Była to doskonała okazja do zrzucenia z siebie paru ciuchów, gdyż w międzyczasie zrobiło się ciepło. Przezornie warto było jednak zabrać coś ze sobą, gdyż tego dnia temperatura wahała się strasznie i trudno było się uniwersalnie ubrać. No ale póki co należało się przygotować na zwiększone ilości potu, chociaż nie wszyscy jeszcze o tym wiedzieli. Ksiądz "wyczuł temat" i szybko znalazł sobie powód, żeby nie jechać rowerem tylko samochodem. Oficjalna wersja brzmi: niezbędne zakupy ;-) Jednak my wiedzieliśmy, o co chodzi. Po kilkunastu minutach wyruszyliśmy i po chwili się zaczęło...

Piaszczysta drogaZnana z porzednich rajdów droga nie zmieniła się ani trochę. Głęboki, kopny piach, do tego wilgotny po ostatnich opadach, uniemożliwiał jazdę. Większość więc przestawiła się na spacerek obok roweru, zaś nieliczni uparcie walczyli, co okupili litrami potu spływającego na i tak wilgotny piach. W dodatku był to pierwszy test bojowy dla rowerów i serwisów, które przeglądały sprzęty przed rajdem. I niestety nie wszyscy zdali :-( Pierwszym, który oblał, był zielony rower Karoliny, w którym łańcuch zaklinował się między zębatkami a rurą suportową. We znaki dały się też wielu osobom niesprawnie działające przerzutki. Jednak mimo tych przeciwności wszystkim udało się dotrzeć do upragnionego asfaltu, gdzie Krasnal zarządził należny postój. Trochę czasu minęło, zanim wszyscy dotarli na miejsce, zaś potem jeszcze się zeszło, zanim wszystkie usterki zostały usunięte.

Skrót nad skrótami ;)Pierwsze zmęczenie już niektórych dopadło, jednak czekającej wkrótce niespodzianki chyba nikt nie przewidział. Otóż po kilku kilometrach asfaltu skończyła nam się droga. Nie, Krasnal się nie pomylił. To były skróty ;-) Dobrych parę minut zajęło nam przebrnięcie przez bagnisty teren do strumyka, na którym leżała wąska prowizoryczna kładka. Potem jeszcze błonista ścieżka i po chwili znów byliśmy na asfalcie, ale po drugiej stronie. Pod sklepem trzeba było znów się zatrzymać, gdyż podczas przeprawy była wolna amerykanka i niektórym się zeszło dłużej niż innym ;-)

Po krótkim postoju ruszyliśmy, jednak nie dane nam było ujechać zbyt daleko. Tym razem Krasnal się pomylił ;-) Jednak po krótkiej konsultacji z mapą i miejscowymi już wiedział, ile trzeba się wracać i gdzie skręcić. Szkoda tylko, że kilka osób zdawało się wiedzieć lepiej i psotanowiły się odłączyć... Była okazja do wyjaśnienia paru spraw i przypomnienia zasad obowiązujących na rajdzie.

Droga wiodła przez pola ładnych parę kilometrów, po czym znów wróciliśmy na asfalt. Ze względu na znikome natężenie ruchu można było sobie pozwolić na większą swobodę i jazda była znacznie przyjemniejsza. W międzyczasie dołączył do nas kolarz z Parczewa, który wcześniej wiedział o naszej wyprawie i postanowił trochę z nami się przewieźć. Na około 50 kilometrze znaleźliśmy się w Kąkolewnicy, gdzie w szkole czekał na nas dwudaniowy obiad. Dla mnie była to okazja do opatrzenia ran, po tym jak wpadłem "w taaakąąąą dziurę" ;-) Tą wersję przyjąłem i tej wersji trzymał się będę ;-)

Po obiedzie mieliśmy chwilę odpoczynku, którą niektórzy wykorzystali do wymiany swoich siodełek na wielkie wygodne kanapy na sprężynach, inni zaś po prostu ucięli sobie drzemkę. W międzyczasie opiekunowie zagrali w chamskiego marynarza, w wyniku czego rozdzielone zostały dyżury pomiędzy poszczególne grupy. Teraz już mogliśmy spokojnie ruszyć w dalszą drogę.

Około godziny 18 znaleźliśmy się w Parczewie po drodze zaliczając jeszcze kilka postojów. Szkołę, w której czekał na nas nocleg, odnaleźliśmy bez problemu, po czym każda z grup zajęła się swoją robotą, szczególnie gospodarcza. Po rozpakowaniu samochodów i rozlokowaniu się na sali gimnastycznej czekała już na nas skromna kolacja. Po posiłku było trochę czasu dla siebie. I znów jedni od razu oddali się w objęcia Morfeusza, inni kipiący jeszcze energią kopali piłkę, a jeszcze inni korzystali z gorących pryszniców, których jak nigdy dotąd nie brakowało ;-)

Późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, o co chodziło z tajemniczą kroniką rajdową, która znalazła się w programie rajdu na ten dzień. Otóż było to nic innego jak nieco dłuższa opowieść o naszych poprzednich wyprawach, tak krajowych jak i zagranicznych, a także o rajdowych początkach poszczególnych osób ze starej ekipy. Wielu młodych, których sen jeszcze nie zmorzył, słuchało z zaciekawieniem, co wróży, że może parę osób się zarazi i tradycja rajdowa będzie podtrzymywana.

Dystans: 94km

Dzień drugi - 30 kwietnia

Poranek przywitał nas słonecznie, ale mimo to bardzo chłodno. Pogoda zapowiadała się więc ciekawie, chociaż na razie nikomu nie chciało się wychodzić ze szkoły. Ale też takiej potrzeby jeszcze nie było. Kiedy wszyscy się budzili, śniadanie "już się robiło", tak więc około godziny 7 mogliśmy już zjeść. Potem nastąpiło wielkie sprzątanie, które musieliśmy przerwać, aby zdążyć na ósmą do kościoła na umówioną mszę. Po nabożeństwie wróciliśmy do szkoły i dokończyliśmy porządki. Potem po porannej gimnastyce poprowadzonej przez pana Dudę i ogłoszeniach mogliśmy już wyruszyć na trasę drugiego dnia rajdu.

Wybór nie był prosty ;)Poza przenikliwym chłodem przez pierwsze kilometry nie wydarzyło się nic szczególnego wartego odnotowania. No dobra - z nadmiaru, jakby się wydawało, czasu wprosiliśmy się do jednego domu na cukierki z okazji ślubu jakiejś młodej pary i zaczęliśmy zwracać uwagę na liczną obecność bocianów w mijanych przez nas wioskach ;-) Pierwszy większy postój wypadł nam w Sosnowicy, gdzie każdy musiał dokonać tradycyjnego już na majówkach wyboru: asfalt czy skróty? ;-)

Nie wszyscy nowi rajdowicze znali historię poprzednich takich wyborów, co zapewne odbiło się w dość dużej liczbie osób, które zdecydowały się pojechać asfaltem mniejszą ilość kilometrów zamiast zaliczenia kółka po drogach niewiadomej jakości zapewniających zawsze większe wrażenia (czyli zamiast skrótów) ;-) W każdym razie trzydzieści parę osób zdecydowało się na jazdę terenową, więc po policzeniu grupy bez dalszego opóźniania ruszyliśmy przed siebie.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi doświadczeniami, a także prawami Murphy'ego wraz z lasem zaczął się upierdliwy piach, w którym siedziało jakieś świństwo, które z kolei pocięło komuś oponę. Tym razem tym kimś był Grzesiek ujeżdżający księdzowego Merkanta. Sprawa wydawała się banalna - zdjąć oponę, założyć drugą dętkę, założyć oponę. Schody zaczęły się już przy tym pierwszym :-/ Ciasną oponę z wysokiej obręczy ściągnęliśmy po dobrych paru minutach siłowania się we trzech. Ale żeby za cudownie nie było, to okazało się, że zapas Grześka miał za krótki wentyl. Tak więc łatanie... Mistrzostwem świata jednak okazało się ułożenie połatanej dętki w oponie bez jej uszczypania, a następnie równe ustawienie koła w widełkach. Kilkanaście minut mieliśmy z głowy, a w tym czasie reszta zdołała przejechać kilka kilometrów.

Którędy dalej?Grupa czekała na nas w miejscu, gdzie kończyły się piachy. Przynajmniej chwilowo... Po złapaniu oddechu ruszyliśmy więc dalej i tradycyjnie już ominęliśmy skrzyżowanie, na któym szlak odbijał. Winę za to ponoszą jednak ludzie oznaczający szlaki w Polsce, a nie Krasnal ;-) Po dłuższym poszukiwaniu właściwej drogi odnaleźliśmy ścieżkę, która od razu przywitała nas zwalonymi drzewami i krzakami, które trzeba było przebrnąć. Ale co to dla nas! ;-)

Bez dalszych przygód wyjechaliśmy we wsi, której nazwy nie pamiętam, na szosę. Z dalszego uskuteczniania skrótu (czyli jeszcze bardziej na około ;-) musieliśmy zrezygnować, gdyż była już godzina, o której miał być podany obiad w Starym Brusie, dokąd zostało nam bagatela 10 kilometrów z hakiem. Chcąc, nie chcąc, już gęsiego zaczęliśmy łykać szosowe kilometry, by wkrótce znaleźć się w szkole, która ugościła nas zupą i kotletami, a także kompotem w ilości "ile kto może" ;-)

Na miejscu mieliśmy trochę czasu na wygłupy i odpoczynek, a także na łapanie słońca przez blade po zimie ciała. Jeszcze tylko odmówiliśmy wspólnie koronkę i znowu ruszyliśmy w trasę, która z każdym kilometrem zbliżała się do granicy wyznaczonej przez Bug.

W promieniach popołudniowego słońca zbliżaliśmy się do celu, czyli Woli Uhruskiej. Na powitanie mieliśmy podjazd, dla niektórych masakryczny, a następnie zjazd, na którym chyba każdy spróbował złapać jakiegoś przyzwoitego maxa ;-) Kiedy byliśmy już na dole we wsi, okazało się, że musimy się czymś zając przez jakieś dwie godziny, gdyż na stadionie, obok którego czekał na nas nocleg, odbywał się akurat jakiś mecz i nieco podpite towarzystwo mogłoby nam co najmniej uprzykrzyć pobyt.

Trafiliśmy na ślubUdaliśmy się więc do kościoła, gdzie...akurat skończył się ślub. Nie zwlekając ani chwili utworzyliśmy szpaler z rowerów i odśpiewaliśmy "Sto lat" młodej parze, która odwdzięczyła się nam czekoladkami ;-) Potem okazało się, że miejscowego księdza już nie ma, więc postanowiliśmy znaleźć jakieś miejsce do przygotowania kolacji. Tym miejscem okazał się miejscowy bar, gdzie pod parasolami dyżur gospodarczy uwijał się, jak mógł, by nakarmić wygłodniałych rowerzystów.

Kiedy zaczęło się ściemniać oraz robić zimno, wsiedliśmy znów na rowery i pojechaliśmy już na miejsce noclegu. Tam czekała na nas niespodzianka, gdyż na sali nie było światła :-/ Ale od czego mamy studentów elektroniki oraz pana Mirka? Odnalezienie skrzynki rozdzielczej i przywrócenie oświetlenia w obiekcie nie zajęło zbyt dużo czasu. Jeszcze tylko podłubaliśmy nieco przy rowerach i można było zająć sobie kolejkę pod prysznic.

Warto zaznaczyć, że woda była lodowata, gdyż pierwsze osoby spuściły całą ciepłą, oraz że prysznice był dwa, ale razem, więc podział na męski i żeński nie dawał się wykonać - przynajmniej według dziewcząt ;-) Mycie trwało do późnych godzin nocnych, zaś cisza była przerywana coraz to dzikimi krzykami spowodowanymi potwornie zimną wodą ;-)

Dystans: 76km

Dzień trzeci - 1 maja

Poranne ostre słońce zbudziło najpierw tych, którym zaczęło świecić po oczach przez okna ;-) Wkrótce potem wstała też cała reszta. Wszyscy za to jednakowo zmarznięci, gdyż noc była wyjątkowo zimna. Wychylenie nosa na zewnątrz gwarantowało natychmiastowe oprzytomnienie - delikatnie mówiąc było bardzo rześko ;-) W każdym razie najważniejsze, że świeciło słońce, co zapowiadało ciepły dzień.

To za puszczone bramki! ;)Po śniadaniu zorganizowanym na stołach pingpongowych dyżury porządkowy i gospodarczy wzięły się za sprzątanie, zaś liturgiczny za przygotowanie mszy. Głosy trzeba było rozgrzać, więc śpiewaliśmy dużo, a potem wzięliśmy się za dopingowanie z trybun chłopaków, którzy zdążyli już dostać się na boisko i zacząć biegać za piłką. Oczywiście nie bylibysmy sobą, gdybyśmy niespodziewanie nie pobiegli całą watahą na boisko w celu dorwania Krasnala i zrobienia "kanapki" ;-) A co, nie będzie takich szmat więcej puszczał na bramce! ;-)

Po tych zabawach udaliśmy się do dobrze nam już znanego kościoła, gdzie odprawiliśmy mszę. Po mszy grupa pojechała na strażnicę, gdzie Mr Duda znów zorganizował rozgrzewkę, zaś ja pojechałem z powrotem na stadion, żeby dopilnować, że bus wracający z Siedlec trafi do nas, a przy okazji wziąłem się za wymianę osi, którą urwał Paweł. Wszystko szło jak z płatka do momentu, jak się okazało, że suport, którym dysponowaliśmy, był za krótki :-( Cóż, postanowiliśmy na najbliższym postoju złożyć to do kupy na starych miskach i nowej osi. Przy okazji czekała nas wymiana ośki u pana Krzyśka, który nieznanym nam sposobem złamał ją w nocy :-o

Było już dość późno, kiedy wreszcie opuściliśmy Wolę Uhruską. Jechaliśmy jakimś dziurawym asfaltem, po drodze minęliśmy kolumnę motocyklistów oraz natknęliśmy się na nie lada niespodziankę ;-) Otóż w jednej z wsi w bramie jednego z gospodarstw stało takie oto cudo:

Kupa moralnego gnoju

Dalsze kilometry zaprowadziły nas w pobliże Sobiboru. Tam zrobiliśmy odpoczynek i mimo, że planowaliśmy, to niestety musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania obozu zagłady, gdyż ekspozycje nie były jeszcze po zimie ponownie wystawione :-( Wylegiwaliśmy się więc na słońcu pewnie ze 20-30 minut, po czym Krasnal zarządził, że czas jechać dalej.

I tak spokojnie dotarliśmy do Okuninki, a po dłuższej chwili do Włodawy, gdzie czekało nas zwiedzanie Muzeum Pojezierze Łęczycko-Włodawskiego oraz synagogi. W muzeum tym Emilka miała swoją przygodę, której opis już daruję Emilce, bo i tak wszyscy mieli niezły ubaw - może poza nią samą ;-) Kiedy grupa się dokształcała, ja z Trzmielem i Darkiem walczyłem z suportem Pawła oraz osią pana Dudy. Co nieco się usmarowaliśmy, ale robota była zrobiona i więcej już niespodziewaliśmy się w tych rowerach niespodzianek.

Po tej dłuższej przerwie udaliśmy się do kościoła na obrzeżach Włodawy, gdzie w salach parafialnych czekał na nas bigos oraz pączki :-) Mniam, mniam :-) Po obiedzie tradycyjnie zalegliśmy na trawnikach opalając się i grając w mafię.

Bitwa na szyszkiKiedy już każdy wypoczął, trzeba było dosiąść ponownie rowerów. Koniec dnia był bliżej niż dalej, a my nie mieliśmy jeszcze przejechanej połowy trasy. Sprężaliśmy się oczywiście, jak mogliśmy, więc kilometry mijały szybciej chyba niż zwykle. Ale żeby się za bardzo nie przemęczać, gdzieś po drodze zrobiliśmy postój, który przerodził się w regularną bitwę na szyszki: jedna strona ulicy kontra druga strona ulicy ;-) Walka była zacięta i zakończyła się przejęciem tamtej strony drogi przez reprezentantów tej strony drogi ;-)

Takie wygłupy zawsze sprawiają, że kolejne kilometry nie nużą tak bardzo i jakoś przemijają znacznie szybciej. I tak też było tym razem. Kiedy słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, my odbiliśmy z głównej drogi, gdyż chcieliśmy odwiedzić jeszcze monastyr w Jabłecznej. Jako że prawosławni obchodzili tego dnia Wielkanoc, atmosfera w zakonie była, powiedzmy, imprezowa ;-) Pobieżnie zwiedziliśmy obiekt i po odpoczynku wróciliśmy się do głównej drogi. Przed nami pozostało już tylko niecałe 10 kilometrów do Kodnia, gdzie czekał na nas nocleg.

Na miejscu pan Mirek z brygadą gospodarczą przygotowali makaron z sosem, który potem jeszcze poprawialiśmy kanapkami z pasztetm i dżemem. Niezła mieszanka ;-) Drobne usterki sprzętowe też zostały szybko naprawione, więc mieliśmy cały wieczór do dyspozycji. Wadą, chociaż ja bym to nazwał urozmaiceniem, był brak pryszniców w szkole, w której nocowaliśmy. Oczywiście potrzeba matką wynalzaku, toteż wkrótce podwędzone zostały dzbanki i zimny (bo ciepłej wody nie było) prysznic był gotowy. A jaka zabawa była, to tylko ci wiedzą, co się skusili. A reszta niech żałuje ;-)

Dystans: 84km

Dzień czwarty - 2 maja

Tradycją na tym rajdzie są już zimne, acz słoneczne poranki. Ten dzień wcale nie okazał się pod tym względem wyjątkowy. Poranne śniadanie, sprzątanie i potem msza w sanktuarium kodeńskim. Po mszy mieliśmy zbiórkę i codzienną porcję ogłoszeń, zażaleń, podsumowań itp. ;-) Potem był czas, żeby odwiedzić sklepy, po czym rozgrzewka i w drogę.

Zaś wspomniana droga nie należała do najłatwiejszych, gdyż od samego rana wiał przeciwny wiatr, który skutecznie zniechęcał do jazdy, a także teren zaczął się robić trochę pofałdowany. Co prawda górami tego nazwać nie można, ale po trzech dniach płaskiej jak lotnisko drogi, każde wzniesienie wydaje się swoistym Mount Everest ;-)

Cerkiew w KostomłotachI tak sobie jechaliśmy, to w dół, to w górę, aż zawitaliśmy w Kostomłotach, gdzie poszliśmy zwiedzać cerkiew. Dłuższy postój był spowodowany tym, że ksiądz prawosławny bardzo ciekawie opowiadał o historii świątyni. Po tej sporej dawce historii mogliśmy ruszyć dalej. Tak się składa, że tego dnia dość często się zatrzymywaliśmy, ale to pewnie ze względu na warunki jazdy. Tym razem postój był pod Terespolem na zebranie grupy, a potem już w samym Terespolu, żeby zastanowić się, co dalej.

No i plan był taki, że zatrzymujemy się przy najbliższych sklepach, a potem pomykamy gdzieś na obiad. Oryginalnie, prawda? ;-) Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Dwa wiejskie sklepy, któe nawiedziliśmy, opustoszały doszczętnie, ale za to ponad pięćdziesięcioosobowa grupa mogła jechać dalej z pełnymi żołądkami ;-)

Jak już wspomniałem pod wiatr jechało się źle. Dodatkowo podjazdy spowodowały, że coraz to nowe kontuzje dawały o sobie znać niektórym uczestnikom. W wielu przypadkach ból był do pokonania, jednak czasem trzeba było wołać Neptuna, żeby zabrać nieszczęśliwców. Nie powiem, oczekiwanie na samochód wynagradzane było z nawiązką możliwością bujania się w tunelu ciężarówki aż do najbliższego postoju. Tym razem było to kilkanaście kilometrów ;-)

Zaś na wspomnianym postoju w miejscowości nieopodal Pratulina, czekał na nas już gar gorącej wody, która posłużyła do przygotowania zupek chińskich oraz ugotowana kiełbasa jako dodatek do zupki. Głód został oszukany, zaś grupa Trzmiela miała bojowe zadanie - pozmywać miski po tłustych zupkach - współczuję ;-)

Kiedy wszyscy już się najedli i odpoczęli, ruszyliśmy w stronę Pratulina. Od razu było widać, że miejscowość dostała spory zastrzyk gotówki przed wizytą śp. papieża Jana Pawła II - drogi dojazdowe były w doskonałym stanie, gdzieniegdzie porobione był ronda wraz ze zjazdami, które na razie prowadziły w pola. Ale cóż - pomyślano na przyszłość ;-) W samym Pratulinie odwiedziliśmy oczywiście sanktuarium, w którym niemile nas zaskoczył ksiądz, który opowiadał historię męczenników w sposób z założenia dowcipny, a w wykonaniu po prostu żałosny... Wszyscy chyba pamiętają jakieś zdania z jego opowieści, z których nie wiadomo, czy się śmiać, czy ... no właśnie, co?

Zahaczyliśmy jeszcze o ołtarz, który został po wizycie papieża zabrany z Siedlec do Pratulina i pojechaliśmy dalej. Wiatr już przestał tak dokuczać, podjazdy zaś teraz coraz częściej kończyły się zjazdami, więc trochę radochy było ;-) Po drodze zatrzymaliśmy się gdzieś w polu po to, żeby chwilę spędzić na skarpie na przełomie Bugu. Trzeba przyznać, że widok był bardzo ładny i mimo, że nie było to 300 metrów w dół, jak twierdził ksiądz ;-), to i tak było warto.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Janowie Podlaskim, a potem już prosto przez Serpelice udaliśmy się do Zabuża. Niestety po drodze Marta miała wypadek, który zakończył się poważnym urazem ręki :-( Ale cóż znaczy ból, jeśli się chce jeździć na rowerze? Marta nie dałą się wsadzić do samochodu i zawzięła się, że dojedzie. I się udało :-)

Ognisko w MielnikuW Zabużu spodziewaliśmy się promu, a okazało się, że czekały na nas dwie tratwy, którymi musieliśmy przeprawić siebie i rowery na drugi brzeg do Mielnika. Samochody musiały pojechać na około przez Sarnaki. Cała operacja zajęła pewnie ponad godzinę, gdyż musieliśmy się przeprawiać na dwa razy, a i ułożenie rowerów na tratwach zajęło sporo czasu.

W Mielniku czekał na nas niedokończony hotelik, w którym warunki mogły przerażać, ale w momencie gdy się dowiedzieliśmy, że jest ciepła woda i prysznice, to większość odetchnęła z ulgą. Po przywitaniu z przedstawicielami Podlaskiego Społecznego Komitetu Obchodów Świąt Narodowych zaserwowano nam bigos, a potem odbyło się ognisko. Oczywiście z mafią i kiełbaskami :-) A w międzyczasie każdy po kolei się rozkoszował gorącą wodą i kapielą :-)

Dystans: 91km

Dzień piąty - 3 maja

Ostatni poranek rajdowy przywitał nas lekką mżawką i tradycyjnym już chłodem. Większość po 3, góra 4 godzinach snu, strasznie ociężale podosiła się ze śpiworów. Najgorzej miał dyżur gospodarczy, który musiał wstać wcześniej i od razu wziąć się do roboty, gdyż do ugotowania czekały jajka na sniadanie. Wszystko dłużyło się niemiłosiernie, każda czynność była rozciągnięta w czasie jak nigdy, ale to z niewyspania. W końcu udało nam się dobrnąć do śniadania. Jeszcze tylko modlitwa, rozgrzewka, pakowanie samochodów i można było wyruszyć w drogę. I już na pierwszych kilometrach czekała nas przygoda, którą zaserwował nam Borek. Otóż Borek odwiedził nas wraz z Marzeną i postanowił się przejechać parę kilometrów z nami, szczególnie że parę rowerów było na pace. Wybrał więc sobie jeden i pojechał. Wyprzedził całą grupę, a następnie wracał drugą stroną jezdni na koniec. I tak się nieszczęśliwie złożyło, że postanowił zawracać dokładnie w momencie, gdy z tyłu nadjechał samochód. Uderzenie wyglądało groźnie, ale całe szczęście takie się nie okazało. Ale strachu najedli się wszyscy, a najwięcej Borek i kierowca Tico. Kierowca uznał jednak, że zarysowania maski może przeboleć i stwierdził, że jak dla niego nie ma sprawy. I dobrze dla Borka ;-)

Wspominając wybryk starego gwardzisty dojechaliśmy do Grabarki - świętej góry prawosławnych. Tam rozpadało się, więc każdy zaczął szukać jakiegoś schronienia. Co prawda deszcz nie trwał długo, ale siodełka zdążyły nasiąknąć, co spowodowało ciekawe doznania, gdy już opuszczaliśmy święte miejsce ;-)

Z Grabarki znaną mi chociażby z majówki 2000 drogą szutrową dojechaliśmy do Siemiatycz. Jechało się strasznie - szutrówka pokryta był upierdliwymi "wibratorkami" ;-) a i boczny wiatr robił swoje. Ale całe szczęście do miasta dojechaliśmy w komplecie i o własnych siłach. Tam odnaleźliśmy kościół, w któym dane nam było uczestniczyć w świątecznej mszy świętej. O tym, co się działo w trakcie, opowiada psalm napisany przez ekipę z klasy Ia.

Z Siemiatycz również nie rozbijając się po głównych drogach pojechaliśmy w kierunku Drohiczyna. Asfalt szybko przerodził się znów w marnej jakości szuter, potem piach. Jechało się tak sobie, a w przypadku Buły nie jechało się wcale ;-) Buła bowiem złamał tylną ośkę i w towarzystwie Darka zaliczył dość długi spacerek po rozgrzanym od słońca piachu. Korzystając z tego, że okolicę znaliśmy, Trzmiel udał się po samochód lepszą niż obrana przez Krasnala droga, ja zaś pogoniłem za resztą grupy.

Kiedy wreszcie dotarłem do szosy, gdzie czekał ksiądz i reszta, okazało się, że niechcący zgubiłem po drodze Gośkę i Martę. Tak więc wszyscy pojechali, a ja znów zostałem, ale za to w towarzystwie chłopaków z mojej grupy. Nie zdążyliśmy się dobrze rozłożyć do opalania, a dziewczyny uśmiechnięte wyjechały z lasu, to znaczy, że nie pomyliły drogi ;-) Już w komplecie dojechaliśmy do Drohiczyna do seminarium, w którym przygotowano nam solidny obiadek.

Na górze zamkowejPo obiedzie do serwisowania czekał Bułowóz. Trochę nam się zeszło, bo trzeba było znaleźć ośkę, wszystko wyczyścić, potem nasmarować i złożyć do kupy. A że spać się wszystkim chciało, to i robota nie szła ;-) Ale gdzieś tak po pół godzinie sprzęt był gotowy i pojechaliśmy wszyscy na pobliską górę zamkową, gdzie przypadkiem spotkaliśmy panią Miturę, która była z nami na rowerach we Francji. Spotkanie równie miłe, jak i niespodziewane :-)

Już było dość późno, jak opuszczaliśmy Drohiczyn. Niestety trzeba teraz było zachować dyscyplinę, gdyż na głównej drodze, którą siłą rzeczy musieliśmy się poruszać, był spory ruch z powodu kończącego się długiego weekendu. Po kilkunastu kilometrach zrobiliśmy postój w Skrzeszewie, po czym z wielką ulgą skręciliśmy w boczną drogę na Siedlce. Czuć już powoli było, że zbliżamy się do domu. Coraz częściej wspominało się to, co się wydarzyło, pogawędkom nie było końca i nawet nikt nie zauważył, jak znaleźliśmy się w Paprotni. Po krótkim postoju zdecydowaliśmy się dojechać do pobliskiej Hołubli, gdzie pozwoliliśmy sobie na dłuższą przerwę.

Do Golic jechaliśmy już zorganizowanymi małymi grupkami rozciągnięci w sumie na około kilometr. Dzięki krótkofalówkom byliśmy w stanie się porozumiewać i dzięki temu ułatwiać kierowcom za nami wyprzedzanie. W Golicach dołączyły do nas dwa radiowozy, które już do końca nas eskortowały. Rajd zakończyliśmy na placu, z którego pięć dni wcześniej ruszaliśmy. Przywitali nas rodzice, nauczyciele oraz wielu znajomych. Na koniec odbyło się krótkie podsumowanie rajdu i oficjalne zaproszenie na wyprawę wakacyjną, a po rozpakowaniu obu samochodów każdy z nas udał się do domu z bagażem nowych doświadczeń i wspomnień.

Dystans: 95km{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach