Rajd majowy 2006Rajdowy prolog - 28 kwietnia 2006 r.

Trasa autokarowa: Siedlce - Warszawa - Mława - Elbląg - Gdańsk - Kartuzy

Wczesnym popołudniem coraz liczniejsza grupa rajdowiczów zaczęła zbierać się na placu przy kaplicy. Zaraz też przybył autokar oraz samochody bagażowe. Podczas pakowania bagaży, czy też załadunku rowerów nie widać było nadmiernego pośpiechu. Wszystko odbywało się naturalnie i stopniowo. Ksiądz tymczasem dopełniał ostatnich formalności związanych z ubezpieczeniem grupy. W końcu byliśmy gotowi do drogi. Siedlce żegnały nas dobrą, słoneczną pogodą.

Podróż upływała spokojnie na wzajemnym poznawaniu się uczestników oraz oglądaniu jednego z filmów rajdowych. Co ciekawe, w tym roku oprócz oczywiście rodowitych siedlczan i osób z okolicy w grupie rajdowej znalazły się także osoby z Międzyrzeca Podlaskiego, Warszawy, Ostrowca Świętokrzyskiego, a także z Bochni i Nowogrodźca na Śląsku. Kiedy zaś zapadły ciemności, część osób próbowała zażyć choćby odrobiny snu. Ostatecznie około północy dotarliśmy do Kartuz. Niestety Kaszuby przywitały nas deszczem i chłodem. Tym samym nie najlepsze prognozy pogody na najbliższe dni stawały się coraz bardziej realne. Teraz jednak czekał nas co prawda krótki, lecz i tak wyczekiwany sen. Uprzednio jednak cała rajdowa grupa została podzielona na pięć podgrup, pomiędzy które zostały rozdysponowane poszczególne dyżury.

 

Dzień pierwszy - 29 kwietnia 2006 (sobota)

Trasa: Kartuzy - Ręboszewo - Ostrzyce - Wieżyca - Kłobuczyno - Puc - Będominek - Będomin - Mały Klincz - Kościerzyna - Grzybowo - Wąglikowice - Wdzydze - Gołun - Wdzydze Tucholskie - Borsk - Wiele - Karsin - Mokre - Malachin - Czersk
Dystans: 111 kilometrów

Sobotni poranek przywitał nas niestety deszczem. Na dodatek na dworze było nadzwyczaj zimno. Te czynniki nie mogły napawać optymizmem. Pocieszaliśmy się jedynie zasłyszaną opinią o częstych anomaliach pogodowych występujących w tym miejscu. Posileni smacznym i obfitym śniadaniem wyczekiwaliśmy na hasło wyjazdu. Licząc na lepszą aurę, chcieliśmy jak najszybciej opuścić Kartuzy. Jazda rowerem w takich warunkach była prawdziwym wyzwaniem i świadectwem niezwykłej determinacji i hartu ducha. Padający deszcz oraz niezwykle niska jak na tę porę roku temperatura czyniły jazdę niezwykle trudną. Już po pierwszych kilometrach byliśmy cali mokrzy nie wspominając o zgrabiałych z zimna dłoniach i odrętwiałych twarzach.

WieżycaNie mniej deszcz zaczął stopniowo zanikać. To oczywiście znacznie podbudowało morale grupy. Z coraz większą ciekawością rozglądaliśmy się wokoło, podziwiając piękne kaszubskie krajobrazy. Tak oto dotarliśmy pod Wieżycę, będącą największym wzniesieniem regionu. Część osób zdecydowała się na rowerową wspinaczkę, inni wybrali spacer. Co prawda, z okazałej wieży widokowej dostrzec można było jedynie okoliczne drzewa oraz nieprzebraną mgłę. Nie mniej taka wycieczka pod górę, a następnie w dół sprawiła, jakoby stało się nieco cieplej. Po pamiątkowych zdjęciach ruszyliśmy w dalszą drogę.

Muzeum Hymnu Polskiego w BędominieW najbliższej miejscowości odbiliśmy od głównej drogi pragnąc bocznymi traktami dotrzeć do Będomina. Tym oto sposobem mieliśmy okazję pełnego poznania Kaszub. Za pewne wiele osób już po pierwszych kilometrach miało serdecznie dosyć tej eksploracji. Piaszczysta, a miejscami brukowana droga co chwila kręciła - to opadając, to znów wznosząc się pod górkę. Na szczęście obyło się bez kontuzji, lecz nasza grupa bardzo się rozciągnęła. W końcu co prawda nie najkrótszą, lecz dosyć ciekawą trasą, zaczęliśmy stopniowo docierać do Będomina. Tutaj naszym celem było jedyne w Polsce muzeum hymnu narodowego. A zatem po przybyciu całej ekipy udaliśmy się na zwiedzanie zgromadzonych zbiorów. Następnie skorzystaliśmy z pozornej oferty i posililiśmy się, a dokładniej ogrzaliśmy skromnymi porcjami grochówki. Ten właściwy obiad czekał już jednak na nas w Kościerzynie. Oddzielało nas od niego jedynie kilkanaście kilometrów. Wydawać by się mogło, że to niewiele, lecz przy panujących warunkach urastało do rangi nie lada wyzwania. Okazało się jednak, że uczucie głodu i czekający zarazem posiłek stanowią prawdziwy motor napędowy.

Tym sposobem szybko dotarliśmy do Kościerzyny i czym prędzej rozgościliśmy się w urokliwej restauracji "Ratuszowej". Zaraz też na ogromnych talerzach podano niestety już nie tak ogromne porcje obiadowe. Mimo tego okazała się aktualną pierwsza rajdowa zasada, iż jeden po drugim dojada. Na miejskim rynku zziębnięte i przygarbione rajdowe sylwetki nie stanowiły żadnego nowum. W związku bowiem z mającą się lada chwila rozpocząć kaszubską rowerową majówką po uliczkach kręciły się mniejsze lub większe grupki rowerzystów. Za pewne jedni drugim współczuliśmy nie najlepszej aury. W ramach poobiedniej sjesty każdy szukał choćby fragmentu zadaszenia, pod którym mógłby się schronić. Cóż jednak było robić, jak nie ruszać w dalszą trasę. Kto wie, być może powstałby bunt, gdyby ekipa wiedziała przez jak epidemiologiczne tereny przyjdzie nam przejeżdżać. Kolejno bowiem przez Malary i Wąglikowice zmierzaliśmy ku Wdzydzom. Na trasie chwile grozy przeżyło jedno z naszych małżeństw kiedy to podmuch przejeżdżającego tira spowodował ich solidarną kraksę. Ostatecznie w końcu dotarliśmy do Wdzydz.

Późna pora i zmęczenie sprawiły, iż zrezygnowaliśmy ze zwiedzania miejscowego skansenu. Poza tym okazało się, iż do noclegu pozostaje jeszcze 40 kilometrów. Tym samym okazało się jasne, iż dzienny przebieg wyniesie grubo ponad setkę. Pomimo jednak upublicznienia tych informacji nie widać było specjalnego zdenerwowania. Owszem, ekipa była już dosyć zmęczona, lecz trzymała się dzielnie. Podbudowujące było zapewnienie o "asfaltowaniu" do samego Czerska, a tym samym braku terenowych urozmaiceń. Chcąc nie chcąc, rozpoczęliśmy nasze zmagania na niezwykle długim finiszu. Nadal było mokro i dosyć zimno. Każdy pokonany kilometr przybliżał nas jednak do upragnionego i za pewne wyczekiwanego przez niektórych od rana noclegu.

Nareszcie w godzinach wieczornych dotarliśmy do Czerska. Po zakwaterowaniu każdy czym prędzej przebrał się w suche rzeczy. Z prawdziwą ulgą było przyjmowane uczucie suchości po całodziennym brodzeniu w wodzie. Rozpoczęły się też wręcz herkulesowe próby osuszenia mokrego obuwia suszarką do włosów. Również zimne kaloryfery o dziwo zapełniły się od mokrych skarpetek czy rękawiczek. Po chwili wytchnienia na jednym z korytarzy została odprawiona msza święta. Następnie wygłodniali przystąpiliśmy do spożywania kolacji. Każdy na różne sposoby starał się uchronić przed groźbą złapania infekcji. Trudy dnia szybko sprowadziły sen na rajdową ekipę.

Dzień drugi - 30 kwietnia 2006 (niedziela)

Trasa: Czersk - Legbąd - Fojutowo - Legbąd - Klocek - Biała - Wielkie Gacno - Trzebciny - Tleń - Osie - Miedzno - Borowy Młyn - Płochocin - Warlubie - Bzowo - Krusze - Wielki Łubień - Dragacz - Grudziądz
Dystans: 104 kilometry

Niedzielnym porankiem udaliśmy się całą rajdową ekipą na mszę świętą do pobliskiego kościoła. Jak się okazało, przybyliśmy o pół godziny za wcześnie tak, iż najpierw musieliśmy poczekać w kościelnym przedsionku na zakończenie wcześniejszej mszy. Następnie ochoczo zajęliśmy miejsca w ławkach na przedzie. Szybko się jednak okazało, iż nieświadomie wkroczyliśmy na teren prywatny w kościele. Otóż owe miejsca były zarezerwowane. Stopniowo zaczęliśmy się zatem wycofywać z zajmowanych pozycji, czy to będąc wypraszanymi, czy też uprzedzając owo niechybne wyproszenie. Po tym zamieszaniu spokojnie wysłuchaliśmy mszy świętej. Niestety w drodze powrotnej do szkoły z kłębiących się nad naszymi głowami chmur poczęły spadać pierwsze nieśmiałe krople deszczu, które po chwili przerodziły się w regularny opad. Przed wyjazdem czekało nas jeszcze pożywne śniadanie. Nie było ono jednak w stanie złagodzić pierwszych pojawiających się dolegliwości. Trudy dnia poprzedniego sprawiły, iż co niektórym zaczęły mocno dokuczać szczególnie stawy kolanowe. Pomimo deszczu jednak, kto mógł, przygotowywał się do wyjazdu.

Za pierwszy cel naszej podróży obraliśmy pobliskie Fojutowo. Najpierw główną drogą skierowaliśmy się na południe, ażeby tuż przed Legbądem odbić w prawo w leśną drogę. Tym samym wkroczyliśmy na najbardziej błotnisty odcinek na rajdzie. Warto jednak było pokonać tych kilka kilometrów. Wkrótce naszym oczom ukazał się akwedukt w Fojutowie będący architektonicznym unikatem w skali krajowej. Oto bowiem na różnych poziomach krzyżowały się dwa cieki wodne. Nad Czerską Strugą przepływał majestatycznie, jakoby po moście, dosyć szeroki Wielki Kanał Brdy. Myślę, iż miejsce owo nikogo nie pozostawiło obojętnym. Czas jednak było ruszać w dalszą trasę.

Taki skrócik, zwany w tym roku bonusemPowróciliśmy zatem do głównej drogi. Po kilku kilometrach ponownie jednak odbiliśmy w leśny dukt. Ów liczący około dziesięciu kilometrów odcinek okazał się nie lada wyzwaniem. Nasza grupa bardzo się rozciągnęła. Mimo wszystko warunki do jazdy mieliśmy nie najgorsze. Deszcz przestał bowiem padać, a las osłaniał nas od wiatru. Poza tym piach był dosyć ubity tak, iż swobodnie można było po nim jechać. W końcu po przekroczeniu linii kolejowej dotarliśmy do asfaltu, który to fakt zdecydowana większość rajdowiczów powitała z nieukrywaną radością. Teraz po zebraniu całej grupy pozostawało już tylko pokonać ostatnie kilkanaście kilometrów dzielące nas od obiadu.

Ów posiłek czekał na nas w ośrodku wypoczynkowym w Tleniu. Udostępniona została nam sala, w której mogliśmy przynajmniej na czas obiadu zrzucić z siebie przemoczone rzeczy. Pokrzepieni co nieco na ciele i duchu mogliśmy ruszać dalej. Początkowo jazda była może nie najprzyjemniejsza, ale z każdym kilometrem rozkręcaliśmy się wchodząc w odpowiedni rytm. Z racji przebycia już znacznej ilości kilometrów postanowiliśmy jak najkrótszą drogą skierować się do Grudziądza. Tym samym pierwotny wariant trasy uległ znacznej modyfikacji. Uparcie jechaliśmy przed siebie. Tak oto dotarliśmy do miejscowości Warlubie, ażeby po chwili przekroczyć krajową "jedynkę". Nasz dzienny etap powoli zmierzał ku końcowi. Nie oznaczało to jednak końca emocji. Oto bowiem w Kruszach natknęliśmy się na bardzo stromy i dosyć długi brukowany zjazd. Na dodatek padający wcześniej deszcz sprawił, iż było niezwykle ślisko. Mimo wszystko zaczęliśmy powoli zjeżdżać w dół. Niestety nie uchroniło nas to od poważnej kraksy. Na szczęście obyło się bez kontuzji, dzięki czemu po chwili znaleźliśmy się nad Wisłą. Podążając wzdłuż jej wałów dotarliśmy do mostu na rzece. Podziwiając rozległą panoramę Grudziądza wjechaliśmy do miasta. Zaraz też cała grupa z prawdziwą ulgą zjawiła się pod szkołą, która gościnnie użyczyła nam swych progów na nocleg.

Z wielką radością przyjęto informację o włączonym ogrzewaniu. Gdzie kto mógł, szukał wolnego miejsca w pobliżu kaloryferów na mokre buty i inne części garderoby. Prawdziwym nowum był zaś powszechny zapał, z jakim przystąpiono do bardziej lub mniej skrupulatnego czyszczenia rowerów i naoliwiania łańcuchów. Trudy dni poprzednich sprawiły, iż wiele z rowerów wymagało pewnych napraw. Tym samym nasz serwis już wiedział, że przyjdzie mu pracować do późna. Nie mniej panował raczej ogólny nastrój zadowolenia z pokonania kolejnego wymagającego dnia oraz z przekręcenia kolejnej setki. Co prawda miało być mniej, ale cóż, chyba warto było.

Dzień trzeci - 1 maja 2006 (poniedziałek)

Trasa: Grudziądz - Pokrzywno - Okonin - Radzyń Chełmiński - Czeczewo - Rywałd - Jabłonowo Pomorskie - Górale - Zbiczno - Gaj Grzmięca - Pokrzydowo - Jajkowo - Wielki Głęboczek - Brzozie - Boleszyn - Słup - Wlewsk - Lidzbark - Cibórz - Wielki Łęck - Przełęk Duży - Wysoka - Działdowo
Dystans: 110 kilometrów / 133 kilometry

GrudziądzPo tradycyjnej, czyli krótkiej rajdowej nocy nastał poranek. Rozległe kałuże świadczyły, iż deszcz w nocy nie próżnował. Tymczasem póki co jak na razie nie padało. Po porannej toalecie udaliśmy się do jednej ze szkolnych sal na mszę świętą. Po eucharystii czekało już na nas śniadanie. Następnie przystąpiliśmy do stopniowego pakowania bagaży i dopełniania obowiązków w poszczególnych dyżurach. Kiedy już byliśmy gotowi do drogi, okazało się, iż ksiądz ma dla nas niespodziankę. Otóż pani dyrektor goszczącej nas szkoły przygotowała dla naszej grupy mini rajd na orientację po pobliskiej starówce. Zaopatrzeni zatem w mapy udaliśmy się w grupkach na odkrywanie lokalnych zabytków. Grudziądzka starówka chociaż niewielka, okazała się być dosyć urokliwą. Szczególne wrażenie zrobił na nas rozpościerający się z góry zamkowej krajobraz oraz zespół nadwiślańskich spichlerzy. Owa poranna wycieczka znacząco jednak opóźniła nasz wyjazd. Dodatkowo mieliśmy pewne problemy z obraniem właściwej drogi wyjazdowej z Grudziądza. To wszystko sprawiło, iż dopiero około południa opuściliśmy to gościnne miasto.

Niezwykle pocieszający był fakt, iż oto od początku rajdu po raz pierwszy nie nękał nas deszcz, a zza chmur coraz śmielej przebijały się ku nam promienie słońca. Niestety pomimo tego trudno było określić aurę jako sprzyjającą. Otóż byliśmy zmuszeni zmagać się z silnym przednim wiatrem. Niektórym spore problemy sprawiały pojawiające się co rusz krótkie podjazdy. Nie mniej uparcie pokonywaliśmy kolejne kilometry. Tak oto dotarliśmy do Radzynia Chełmińskiego. Po chwili naszym oczom ukazały się monumentalne ruiny zamku krzyżackiego. Zaraz też po zebraniu całej ekipy chętni mogli się udać na zwiedzanie owego zamczyska. Nasza grupa musiała chyba zrobić dobre wrażenie na kustoszach, gdyż bez biletów zostaliśmy wpuszczeni na dziedziniec oraz do jednej z sal zamkowych. Po krótkiej przerwie i zrobieniu pamiątkowych zdjęć należało ruszać dalej. A zatem skierowaliśmy się ku Jabłonowu Pomorskiemu.

Jezioro w drodze do ZbicznaPrędkość jazdy nie była zbyt imponująca, gdyż wiatr skutecznie nas wyhamowywał. W końcu jednak osiągnęliśmy powyższe miasto. Tutaj został zarządzony odpoczynek w celu zregenerowania sił. Po przerwie wjechaliśmy na obszar Brodnickiego Parku Krajobrazowego, chcąc jak najszybciej dotrzeć do nie aż tak już odległego Zbiczna, gdzie czekał na nas obiad. Jazda przez ów park okazała się być prawdziwą przyjemnością. Chyba śmiało odcinek ten można uznać za najurokliwszy na rajdzie. Piękno natury oraz niezwykła cisza i spokój wydawałoby się niczym nie zakłóconej przyrody na wszystkich wywarły duże wrażenie. Po tych wspaniałych doznaniach estetycznych należało czym prędzej wzmocnić także nasze ciała. Z wielkim apetytem zasiedliśmy zatem do smakowitego obiadu. Nie było jednak czasu na sjestę. Późna pora nagliła do dalszej jazdy. Zaczęliśmy zatem zbierać się do drogi. Osoby uskarżające się na różne dolegliwości mogły skorzystać z naszych samochodów, które zaraz miały się udać na nocleg do Działdowa. Liczba miejsc była jednak ograniczona, a do przejechania pozostało jeszcze około 50 kilometrów. Tym samym coraz bardziej realnym stawał się przerzut samochodowy całej grupy.

Póki co zamierzaliśmy jednak jechać tak daleko, jak się da. Plan dalszej trasy został zatem zmodyfikowany tak, aby bocznymi drogami dotrzeć przynajmniej do Lidzbarka. Niestety już po kilku kilometrach jedna z dziewcząt bardzo źle się poczuła. Zciągnięcie któregokolwiek z samochodów było w tym momencie niemożliwe. Niemożliwym było także kontynuowanie przez nią jazdy rowerem. Z naszą poszkodowaną pozostał zatem Darek, gdy tymczasem grupa rowerowa kontynuowała jazdę. Jak się później okazało na transport przyszło im czekać kilka godzin. Nie mniej wkrótce dotarły do nas informacje, iż w Lidzbarku mocno pada w związku z czym ksiądz stara się o zorganizowanie dodatkowego transportu. Wiszące nad nami chmury rzeczywiście nie napawały optymizmem. Ów opad dotarł także w końcu i do nas. Deszcz jednak, chociaż rzęsisty, okazał się przelotnym.

Stopniowo zbliżaliśmy się zatem do Lidzbarka. Powyższe miasto osiągnęliśmy jednak już po zmroku. Tutaj okazało się, iż pomimo starań, księdzu nie udało się znaleźć dodatkowego transportu. Po naradzie ustalono, iż część grupy będzie kontynuowała dalszą jazdę. Warunkiem było jednak posiadanie przy rowerze przedniego i tylnego oświetlenia lub wyjątkowo jedynie tylnego. Pozostali zaś zapakowali swoje rowery do samochodów. Okazało się, iż miejsca wystarczyło w sam raz. Tymczasem siedemnaścioro śmiałków ruszyło na ponad dwudziestokilometrowy, nocny etap do Działdowa. W owej grupie znalazły się trzy dzielne niewiasty: Gosia, Ania oraz Monika. Utrzymując równe tempo stopniowo zmniejszaliśmy oddzielającą nas od Działdowa odległość. Niestety ponownie zaczął padać deszcz. Trudy dnia sprawiły, iż co niektórzy na wpół niemal przysypiając, ubezpieczani i dopingowani przez innych uparcie podążali przed siebie. Tak oto około godziny 21:30 zawitaliśmy do Działdowa. Na przemoczonych i utrudzonych czekała już gorąca herbata i kanapki, przygotowane przez przybyłe wcześniej osoby.

W końcu po pokonaniu 130 kilometrów można było odpocząć. Co ciekawe, tematem ożywionych dyskusji stała się niezwykle niska, bliska zeru temperatura wody w prysznicach. Kwestią sporną pozostawało, czy jest ona "zimną znośną" czy też może już nie. Każdy mógł się przekonać o tym na własnej skórze. Część osób zdecydowała się jeszcze na pierwszą na rajdzie mafię. Po kilku rozgrywkach udaliśmy się jednak na spoczynek. Pomimo późnej pory długo nie mogła zapaść cisza nocna. Dopiero zatem po ostrej słownej reprymendzie wymuszone zostało poszanowanie potrzeby snu dla utrudzonych rajdowiczów.

Dzień czwarty - 2 maja 2006 (wtorek)

Trasa: Działdowo - Iłowo Osada - Mława - Wola Szydłowska - Stupsk - Pawłowo - Ciechanów - Gołotczyzna - Sońsk - Koźniewo Wielkie - Ostaszewo Wielkie - Gzy - Moszyn - Pułtusk
Dystans: 104 kilometry

Nowy dzień przywitał nas blaskiem słońca. Najpierw wzięliśmy udział we mszy świętej odprawionej na szkolnym korytarzu. Następnie zostało spożyte śniadanie. Tym samym bez zbędnej zwłoki wyruszyliśmy na trasę. Przeciwny wiatr ponownie dał jednak szybko znać o sobie tak, iż pierwszy postój został zarządzony już w Iłowu Osadzie. Po odpoczynku sprawnie pokonaliśmy krótki odcinek dzielący nas od Mławy. Tutaj ponownie zatrzymaliśmy się na pewien czas przy sklepie rowerowym. Co niektórzy musieli bowiem dokupić zużyte na rajdzie części rowerowe, jak chociażby klocki hamulcowe. Nie mniej wkrótce ponownie byliśmy na trasie. Tuż za Mławą odbiliśmy na południe kierując się bezpośrednio na Ciechanów. Nasza rajdowa kolumna bardzo się rozciągnęła tak, iż poszczególne podgrupy straciły ze sobą kontakt wzrokowy, a na dodatek podzieliły się na części. Na szczęście obyło się bez kłopotliwych zagubień.

Płaska, dosyć przyjemna i ładnie położona trasa nie nastręczała większych problemów. Jedynie cały czas uporczywie nękał nas przeciwny wiatr. Tymczasem w niewielkim zagajniku tuż obok trasy kolejowej zaplanowany został postój w celu zebrania całej grupy. Po kilku minutach wszyscy stawili się w komplecie. Mając w perspektywie nieodległy już obiad zaraz przystąpiliśmy do dalszej jazdy. Tak oto dotarliśmy do Ciechanowa, gdzie w hotelowej restauracji czekał już na nas posiłek. Posiadany pewien zapas czasowy pozwolił nam nawet na krótką poobiednią sjestę. Niestety zapadła decyzja o rezygnacji ze zwiedzania ruin ciechanowskiego zamku. Tym samym nie zwlekając zanadto opuściliśmy miasto kierując się bocznymi drogami ku Pułtuskowi. Księdzu Markowi zależało na punktualnym tym razem przybyciu na nocleg, gdzie mieliśmy się spotkać z delegacją Podlaskiego Społecznego Komitetu Obchodów Świąt Narodowych.

Sprawnie pozostawialiśmy za sobą kolejne kilometry. Było to tym łatwiejsze, iż wyjątkowo sprzyjały nam warunki. Słońce przyjemnie przygrzewało, wiatr ucichł, a o deszczu zdołaliśmy już zapomnieć. Tymczasem w Sońsku czekała na nas pewna niespodzianka. Otóż planowany, chwilowy postój co nieco nam się wydłużył. Kiedy już bowiem zbieraliśmy się do drogi wyszedł do nas miejscowy ksiądz proboszcz. Zainteresowany naszą grupą rajdową, zaproponował wspólną modlitwę w kościele. Oczywiście przystaliśmy na zaproszenie. Ów kapłan miał jednak prawdziwy dar zwięzłego, szybkiego wysławiania się. Żartowaliśmy między sobą, iż za pewne niedzielną mszę świętą odprawia w góra dwa kwadranse. Nie mniej po tym sympatycznym przerywniku ruszyliśmy dalej.

Mirek w swoim żywioleKlucząc po lokalnych drogach dotarliśmy do Przewodowa, skąd główną trasą ruszyliśmy ku pobliskiemu już Pułtuskowi. Kiedy zajechaliśmy pod szkołę przedstawiciele Podlaskiego Komitetu już na nas czekali. Po przywitaniu i krótkiej prezentacji grupy rajdowej przystąpiliśmy do wypakowywania bagaży. Następnie ze sporym apetytem rozpoczęliśmy pałaszowanie przygotowanych przez Mirka na grillu kiełbasek. Co chwila kolejni chętni na dokładkę podchodzili do rusztu. W zasadzie nie ma się jednak czemu dziwić, gdyż była to bowiem nasza kolacja. Po wspólnym posiłku musieliśmy pożegnać czwórkę rajdujących z nami maturzystów, którzy udali się do domów w celu odpowiedniego wypoczęcia przed egzaminami maturalnymi. My tymczasem udaliśmy się na salę gimnastyczną, gdzie odbyło się spotkanie z naszymi gośćmi. Jeden z panów wyrecytował nam wszystkim obszerny fragment z "Pana Tadeusza". Następnie inni skierowali do nas kilka słów. Po spotkaniu nasi goście powrócili do Siedlec, my zaś zajęliśmy się wieczorną toaletą. Było to tym bardziej przyjemne, iż w natryskach czekała ciepła woda. Ta odrobina luksusu sprawiła, iż co niektórzy zapragnęli jeszcze przed spoczynkiem pograć w mafię. Tym samym na stołówce zebrała się rekordowa w historii rajdów liczba osób chętnych do gry. Z każdą jednak partią pozostawało ich coraz mniej tak, iż w końcu kolejna rozgrywka okazała się być niemożliwą z powodu braku wymaganego kompletu. Nastała najwyższa pora na regenerujący sen.

Dzień piąty - 3 maja 2006 (środa)

Trasa: Pułtusk - Pniewo - Wyszków - Skuszew - Gwizdały - Łochów - Kamionna - Wólka Paplińska - Paplin - Borzychy - Stara Wieś - Węgrów - Szaruty - Mokobody - Kisielany Żmichy - Chodów - Strzała - Siedlce
Dystans: 117 kilometrów

Ostatni rajdowy poranek przywitał nas podobnie jak poprzedni blaskiem słońca na nieba błękicie. Już od rana zanosiło się na ciepły, wręcz gorący dzień. Tradycyjnie po porannej toalecie zebraliśmy się na szkolnym korytarzu celem wzięcia udziału we mszy świętej. Po eucharystii ksiądz Marek niczym rasowy sędzia zabrał się za rozstrzygnięcie pewnej spornej kwestii. Przy wyjaśnieniu zagadkowego terminu, będącego kością niezgody, posłużył się pomocą znawcy kabaretonów, Darka. Ostatecznie spór zakończył się ugodą, lecz ów termin chyba na stałe wszedł do rajdowego żargonu. Nie mniej na wszystkich czekało przygotowane śniadanie. Każdy mógł się zatem odpowiednio posilić przed trudami ostatniego, lecz nie mniej wymagającego od poprzednich dnia.

Po zapakowaniu bagaży i wyregulowaniu co niektórych rowerów opuściliśmy gościnny Pułtusk. Zaraz za miastem przekroczyliśmy rzekę Narew, ażeby wjechać na długą prostą do Wyszkowa. Ujechawszy kilkanaście kilometrów zatrzymaliśmy się jednak na postój w miejscowości Pniewo. Po krótkiej przerwie kontynuowaliśmy naszą wyprawę. Pogoda rzeczywiście nam dopisywała. Mimo wszystko cały czas byliśmy zmuszeni poruszać się pod przeciwny wiatr. Tak oto dotarliśmy do Wyszkowa. Na przedmieściach, w pobliżu ogródków działkowych, zarządzony został kolejny postój. Nie przemęczając się zatem, stopniowo zmierzaliśmy do kresu podróży. Minąwszy Wyszków zaszyliśmy się w nadbużańskie lasy. Liczyliśmy, iż może chociaż tutaj wiatr nam trochę pofolguje. Nasze nadzieje okazały się jednak daremne.

Nie mniej uparcie zbliżaliśmy się do Łochowa. Pokonywana trasa starym rajdowiczom z pewnością przywodziła na myśl majówkę sprzed dwóch lat. Obecnie powielaliśmy bowiem końcowy szlak tamtego rajdu. Siłą rzeczy nasuwały się zatem porównania dotyczące szczególnie warunków pogodowych. W ten oto sposób wjechaliśmy do Łochowa. W barze na południowych rogatkach miasta czekał już na nas obiad. W niewielkiej knajpce z apetytem zasiedliśmy do smakowitego posiłku. Wręcz błyskawicznie zniknęła z półmisków będąca jedynie przekąską sałatka grecka. Nieliczna obsługa uwijała się między nami tak szybko, że aż talerze z trzaskiem leciały na posadzkę. Tym samym poznaliśmy, iż nawet nietłukąca zastawa okazuje się być tłukącą.

Leniwy odpoczynekNie mniej ci bardziej wygłodniali mieli okazję wzmocnić się kilkoma dodatkowymi, "maturalnymi" porcjami. Po obiadku rajdowe grono wyległo na słońce, chcąc zażyć poobiedniej sjesty. W powietrzu dało się już wyczuć zbliżający się kres naszej wyprawy. Zapadła decyzja o bezpośrednim, najkrótszym kierowaniu się do Siedlec. Zrezygnowaliśmy zatem ze zwiedzania Liwu oraz ziemnych wałów nad Liwcem. Zrozumiałym był jednak fakt, iż wiele osób z utęsknieniem wyczekiwało spotkania z bliskimi i powrotu do domowych wygód. Tymczasem jednak po przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę. Co niektórzy, żądni przygód, po zamierzonej zwłoce puścili się w pogoń za grupą w eskorcie busa, tworzącego aerodynamiczny tunel. Jak łatwo się domyśleć, rozwijana prędkość była obca przeciętnemu rowerzyście. W końcu jednak w komplecie zebraliśmy się na krótki postój w Paplinie.

Po chwili jednak kontynuowaliśmy jazdę, ażeby ponownie zatrzymać się dopiero w Węgrowie. Tutaj, kto tylko mógł, włożył zielonkawe rajdowe koszulki, aby w jednolitym ubarwieniu rozpocząć ostatni etap. Tak też skierowaliśmy się ku Siedlcom. Spokojnym tempem pozostawialiśmy za sobą kolejne kilometry. Jeszcze tylko na chwilę zatrzymaliśmy się w Mokobodach. Czas jednak zaczął nas powoli naglić, więc bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy dalej. W Chodowie czekała już na nas policja. Wkraczając do miasta przy policyjnej eskorcie mogliśmy się poczuć naprawdę wyjątkowo. Punktualnie o 19:30 zjawiliśmy się pod pomnikiem Jana Pawła II. Zostaliśmy tutaj przywitani przez liczną delegację na czele z panem prezydentem miasta oraz dyrekcją "Królówki". Oczywiście czekali także na nas nasi bliscy oraz przyjaciele. Po uroczystej odprawie grupy rajdowej udaliśmy się na plac przy kaplicy, w celu rozpakowania bagaży.

Tak oto zamknęło się koło historii kolejnej rajdowej przygody. Tym razem przyszło nam zmierzyć się z wyjątkowo wymagającymi i uciążliwymi trudnościami, szczególnie pogodowymi. Pomimo tych wszystkich przeciwności myślę, iż wiele osób z żalem rozstawało się z tą jak zawsze niezwykłą, po trosze szaloną eskapadą. Wszyscy oni wynosili jednak z tej przygody ogrom satysfakcji oraz wielu niezwykłych wspomnień. Taki rajd to bowiem nie tylko świetna zabawa, to również, a może przede wszystkim prawdziwa szkoła życia.

{akgallery}

Kalendarz imprez
0000-00-00:
Item Title of Your event
Dzisiaj: 2012-02-30 20:58

Wspierają nas

Opel Jastrzębski Siedlce

Urząd Miasta Siedlce

Stalfa

Mostostal Siedlce

Nasze imprezy

Triathlon Siedlecki

Lenie w Terenie

Gra Miejska

 

Logowanie

Polecamy

Noclegi
w Siedlcach